Jacek Nawrocki: Nawet przez moment nie pomyślałem, że coś się nam nie udało w kwalifikacjach czy Lidze Narodów

- Nie, nie studzę emocji. Staram się oceniać według swoich kryteriów z bardzo chłodną głową. Co do dziewczyn, to chciałbym, by były pewne siebie, ale nie zarozumiałe - mówił po meczu ze Słowenią w Sport.pl selekcjoner polskiej kadry siatkarek, Jacek Nawrocki. Biało-czerwone wygrały swój mecz otwarcia mistrzostw Europy 3:0. W sobotę czeka je gra z Portugalią.

Vital Heynen w "Wilkowicz Sam na Sam": Nie pomyślałbym pięć lat temu, że będę mistrzem świata

Zobacz wideo

Mecz ze Słowenią pokazał chyba, że siatkówka kobieca ma wiele kolorów. Pierwszy set to bardzo pewna wygrana, drugi - więcej emocji, ale nadal spokojne zwycięstwo. W trzecim natomiast końcówka od stanu 24:18 to już horror. Skąd te wahania?

Jacek Nawrocki: - Nazwałbym to troszeczkę inaczej. Pierwszy set - tu się zgodzę. Początek drugiego to natomiast moment, w którym prowadziliśmy wyrównaną grę i oddaliśmy kilka punktów po błędach technicznych. Trzecią partię dziewczyny grały doskonale. Chęć zaadaptowania innych zawodniczek do boiska spowodowała jednak, że rytm został zaburzony. Ale kiedy powinno się próbować, jak nie w sytuacji, w której ma się 7-8 punktów przewagi?

Słowenia to nie był mocno zagrywający rywal. Skąd więc postawienie na Natalię Mędrzyk w podstawowym składzie? Nie chciał pan szkolić i wprowadzać do gry przyjmujących bardziej ofensywnych, jak Magdalena Stysiak?

- Nie ma czasu na doszkalanie. Dobieramy skład pod kątem danego meczu i rozwoju zespołu w kontekście kolejnych spotkań. Musimy dbać o dyspozycję siłami zawodniczek. Mamy rozeznanie odnośnie do tego, która jak wytrzymuje spotkania - stąd takie decyzje. Szczerze mówiąc, to Natalia poza meczami, w których ją oszczędzaliśmy, za każdym razem była podstawową zawodniczką.

W czasie Ligi Narodów rozmawialiśmy o tym, jak rozłożony jest polski atak. Jest pan zadowolony z dystrybucji piłek pomiędzy Malwiną Smarzek-Godek a pozostałymi zawodniczkami?

- Docelowy jest system grania, który jest najbardziej skuteczny. Wielokrotnie atakowano nas, że Malwina atakuje po 70, 60 razy. Powtarzam, że jeśli zajrzy się do statystyk półfinałów mistrzostw świata i zobaczy, ile razy atakowały Egonu czy Bosković, to ujrzy tam liczby około 60 ataków. To normalne w żeńskiej siatkówce. Chciałbym, byśmy mieli zrównoważoną dystrybucję, ale nie pod kątem liczb, a skuteczności. Mieć 3-4 opcje w ataku - to jest moje marzenie.

Jakie nastawienie macie do meczu z Portugalią - rywalem, który serwował tak, że Włoszki utrzymywały 90 procent dokładności przyjęcia, samemu nie zdobywając więcej niż 15 punktów w secie? To oddech po pierwszym przetarciu w turnieju czy nie możecie sobie na niego pozwolić?

- Jak pokazują takie turnieje, dla drużyn takich, jak reprezentacja Polski, która gra u siebie, ciężko o oddech. Niezależnie od składu, którym wyjdziemy, to pod kątem presji czy prestiżu towarzyszyć nam będzie nadal duże napięcie.

Zdaję sobie sprawę z tego, w jakim miejscu jest polska żeńska siatkówka. Nie udało się jej jednak zdobyć medalu Ligi Narodów czy kwalifikacji olimpijskiej. Czy po 4 latach pana pracy z kadrą czuje pan, że to jest turniej, na którym trzeba w końcu postawić kropkę nas "i"?

- Nie, absolutnie. Nawet przez moment przez głowę mi nie przeszło, że coś się nam nie udało w kwalifikacjach czy podczas Ligi Narodów. Możemy powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że w Lidze Narodów udało nam się zagrać kilka fajnych spotkań i wejść do Final Six, a w kwalifikacjach pokazać się z dobrej strony. Ten cel został spełniony. Mówienie o medalach czy awansie łączy się z tym, że trzeba być pierwszą, drugą lub trzecią siłą w Europie. Nie wiem czy w tej chwili nas na to stać.

Mój kolega z redakcji nazwał pana rozważnym, a dziewczyny romantyczne. Pan uspokaja, a one zapewniają, że idą po medal. Pomiędzy wami też studzi pan tak głowy?

- Nie, nie studzę emocji. Staram się oceniać według swoich kryteriów z bardzo chłodną głową. Co do dziewczyn, to chciałbym, by były pewne siebie, ale nie zarozumiałe.

Więcej o: