Bartosz Bednorz: Zawsze jestem gotowy do gry dla reprezentacji

- Mam swój charakter, którego nie zmienię. Nie jest to osobowość gówniarza, który pyskuje i szuka problemów, a raczej osoby, która szanuje innych i oczekuje tego samego - mówi w Sport.pl Bartosz Bednorz.
Zobacz wideo

Bartosz Bednorz, zawodnik Azimut Modeny, najlepszy przyjmujący Final Six Ligi Narodów 2019, nie zagrał w kwalifikacjach olimpijskich. W Sport.pl mówi o tym, jak poczuł się po braku powołania i czy wierzy, że zagra na igrzyskach.

Jak zbudować zaufanie Vitala Heynena?

Bartosz Bednorz: - Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że z mojej strony zrobiłem wszystko, co mogłem, a nawet troszkę ponad oczekiwania, zdobywając nagrodę podczas finału Ligi Narodów. Mimo to nie udało mi się zdobyć zaufania trenera. Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Czuł się pan w formie życia? Za panem był świetny sezon ligi włoskiej, bardzo udana Liga Narodów i mecze sparingowe, których był pan jednym z największych bohaterów.

- Nie wiem, czy to była forma życia. Na pewno czułem, że jestem gotowy do gry o najwyższe cele. Liga włoska jeszcze bardziej wykreowała mój charakter, dała mi bardzo dużo doświadczenia. Nie można też powiedzieć, że granie o jej najwyższe cele to walka o „regionalne” trofeum. Wiedziałem, co muszę zrobić w te wakacje, aby dobrze się przygotować do sezonu reprezentacyjnego. Czułem, że moja dyspozycja była bardzo dobra - może nie najlepsza z możliwych, ale wystarczająca do tego, by znaleźć się w składzie i zwyciężać z kadrą.

Żeby pójść dalej w rozmowie, musimy cofnąć się o rok. Dlaczego wtedy nie pojechał pan na mistrzostwa świata?

- Wydaje mi się, że argumentem były konflikty z Vitalem. To prawda, że w naszej relacji przewijały się spory czy spięcia. Śmiałem się jednak, kiedy ludzie zaczęli je przekładać na ten rok. Wszyscy byli przekonani, że cały czas się kłóciliśmy, co w tym sezonie nie było prawdą. Nie było żadnego zgrzytu ani sytuacji, która mogła byś odebrana za kłótnię czy sprzeczkę. Ostatnie tygodnie były idealne, wszystko sobie wyjaśniliśmy i nasza współpraca układała się bardzo dobrze. Byliśmy gotowi do tego, by przeżyć ze sobą bardzo dobry sezon.

Kiedy rozmawiałam z Vitalem, gdy zrezygnował z usług pana i Jakuba Kochanowskiego, to powiedział, że nie był pan tak zintegrowany z drużyną, jak Artur Szalpuk. To przez to mogło pana zabraknąć?

- Wydaje mi się, że jest to trochę śmieszne wytłumaczenie. Z każdym mam dobry kontakt, zawsze staram się dbać o to, by zachować w drużynie dobre relacje. Nigdy nie miałem z nikim konfliktu. Przecież znam się z chłopakami od lat. Dla mnie takie tłumaczenie jest odejściem od tematu typowo siatkarskiego. Czułem się mocny, byłem mocny i miałem na to argumenty. Jeśli finalnie nie skupiamy się na temacie sportowym, a przechodzimy na jakiś inny, to świadczy to o tym, że decyzja nie jest siatkarska a prywatna.

Od razu zaznaczę - w poprzednim sezonie też nie miałem problemu czy spięć z chłopakami w drużynie, a wyłącznie z trenerem. Mam swój charakter, którego nie zmienię. Nie jest to osobowość gówniarza, który pyskuje i szuka problemów, a raczej osoby, która szanuje innych i oczekuje tego samego.

Kto był pana najlepszym kolegą w zespole? Wilfredo Leon?

- Bardzo go lubię, bardzo szanuję to, że wszyscy go uwielbiają i robią wokół niego fajną otoczkę. Myślę, że tym, jak gra i jak ciężko pracuje, zasługuje na to. Byliśmy razem w pokoju, mamy wspólne tematy, gramy razem w lidze, więc między nami wszystko super funkcjonuje.

Jak można się zintegrować z grupą, jeśli nie ma się ważnego wspólnego momentu - na przykład turnieju „na śmierć i życie”?

- Każda osoba, która jest w kadrze, gra na najwyższym poziomie. Potrafimy odnaleźć się w grupie i stworzyć jeden zgrany kolektyw, który będzie funkcjonował przez najbliższy czas. Nie potrzeba specjalnego bodźca, by skleić grupę profesjonalistów. Przykładem na to może być Superpuchar, o który z klubem graliśmy zaraz po mistrzostwach. Nie znaliśmy się jakoś wybitnie, dopiero zaczynaliśmy wspólną pracę, a wygraliśmy.

Jak dowiedział się pan o tym, że nie pojedzie na kwalifikacje?

- Dowiedziałem się na pierwszym dniu Memoriału. Vital poprosił mnie na rozmowę przed śniadaniem i oznajmił swoją decyzję.

Był pan bardzo zaskoczony?

- Bardzo. Byłem bardzo zaskoczony aż zaparło mi dech w piersi.

Zawsze będzie pan gotowy, by grać dla kadry?

- Zawsze - byłem, jestem i będę. Trenerów jest wielu, zmieniają się, a orzełek na piersi zawsze pozostaje. Gram dla kraju, a nie dla trenera.

Skoro zawsze, to dlaczego nie na Pucharze Świata?

- Decyzji nie ma jeszcze podjętych. Wszystko leży w rękach trenera. Ja na to czekam. Jeśli nie dostanę powołania na mistrzostwa Europy, to wracam do Włoch. Mam przed sobą bardzo ważny sezon. Reprezentacja jest dla mnie istotna, ale priorytetem jest klub, który jest moim pracodawcą, pozwalającym na wykonywanie swojej pasji i zarabianie pieniędzy. Muszę się na nim skupić. Mam nadzieję, że kolejne rozgrywki w Italii również dadzą mi bardzo dużo.

Ma pan jeszcze nadzieje na znalezienie się w składzie na igrzyska?

- Zawsze miałem bardzo duże ambicje. Staram się myśleć do samego końca optymistycznie. Przez to później mogę być rozczarowany - jak to było przed kwalifikacjami. Mimo to będę walczył do końca, by pokazać swój charakter i umiejętności przed igrzyskami. Będę też robić swoje. Skupię się na tym, co tu i teraz, bo razem z klubem chcemy podbić ligę włoską - mamy bardzo dobry skład i duże szanse.

Widzę się w składzie kadry cały czas. Nic nie zależy jednak ode mnie, bo na wszystkim mogą ważyć względy pozasiatkarskie. Szkoda. Człowiek traci przez to motywację. Przed kwalifikacjami czułem, że zrobiłem wszystko - co było opinią nie tylko moją, a i ludzi ze środowiska siatkarskiego. Brak powołania to zaskoczenie. Znalezienie mobilizacji w przyszłości może być trudne - skoro zrobiło się wszystko i się nie udało, to co zrobić więcej? Nikt mi jednak skrzydeł nie podetnie.

Kiedy miał pan ostatni raz kontakt z Vitalem?

- Kilka dni temu. Ja jestem zawsze gotowy na grę w kadrze. Czekam na listę powołanych.

Więcej o: