Poszukiwanie ojca, twarda ręka i choroba syna. Ireneusz Mazur: Sam się zastanawiam, skąd miałem tyle siły

- Jestem zamknięty kokonem, rzadko się wychylam i nie chcę robić nikomu krzywdy. To właśnie wyniosłem z walki o życie syna - mówi w wywiadzie w Sport.pl były siatkarz, trener reprezentacji Polski, a obecnie komentator sportowy, Ireneusz Mazur.
Zobacz wideo

Ireneusz Mazur to jedna z najważniejszych postaci polskiej myśli szkoleniowej. Jego zawodnicy narzekali na trud prowadzonych przez niego zajęć, jednak doceniali go, zapisując na swoim koncie sukcesy w kadrach młodzieżowych. Swego czasu zapatrzony w Huberta Jerzego Wagnera, musiał dźwigać ciężar zmiany pokoleniowej w reprezentacji i przyjścia większych pieniędzy do siatkówki. Obecnie jest komentatorem Polsatu Sport.

W Sport.pl opowiada o poszukiwaniu ojca, wzorach trenerskich, trudach i urokach pracy między innymi z Krzysztofem Ignaczakiem, Pawłem Zagumnym i Piotrem Gruszką, a także o chorobie syna, która była dla niego najtrudniejszą batalią.

Dla wielu był pan synonimem bardzo ciężkiej pracy i wyrzeczeń na treningach. Niektórzy uciekali z pana zajęć. Skąd wzięła się trudna szkoła Ireneusza Mazura?

Ireneusz Mazur: - Pierwsi trenerzy, którzy odcisnęli na mnie piętno, paradoksalnie byli bardzo rodzinnymi, ciepłymi ludźmi. Wychowywała mnie mama, więc pragnienie opieki ojcowskiej dawało mi się we znaki. Teraz z perspektywy czasu widzę, że podświadomie poszukiwałem taty. Chciałem go dostrzec w każdym z moich szkoleniowców.

Nie trafiłem w swoim życiu na trenerów, którzy w metodach szkoleniowych byli bardzo twardzi i zdecydowani. Nikt nie wpajał mi rygorów i „stylu pruskiego”. Jako dojrzały zawodnik takiego wzorca szukałem u Huberta Jerzego Wagnera. To była postać, która była wręcz świętością. Wyszukiwaliśmy informacje na temat jego metod treningowych, obserwowaliśmy ćwiczenia. Niewiele empirycznie wiedzieliśmy o tym, jak rygorystycznym był szkoleniowcem. Jego słowa i działania przekazywał nam redaktor Wojciech Zieliński, a także dziennikarze tygodnika „Sportowiec”. Dziś mogę jednak stwierdzić, że ta „hardość”, którą wielu dostrzegało w moich treningach, wzięła się z głębi mnie.

Wspomniał pan o autorytecie męskim, a właściwie o jego braku. Co się stało z pana ojcem?

- Pierwszy nasz kontakt miał miejsce podczas zgrupowania, gdy miałem 30 lat i byłem asystentem trenera w żeńskiej kadrze. Mój tata mieszkał w Raciborzu.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie?

- Raczej nie zdecydowałbym się na ten krok, gdyby nie namowy kolegów. Powiedzieli mi „teraz albo nigdy”, zachęcali, mówiąc, że nie mam nic do stracenia. O tym, gdzie mieszka, dowiedziałem się w Urzędzie Miasta. Zdobycie adresu nie było łatwe, jednak urzędniczka okazała się bardzo wrażliwa na moją historię.

Początkowo nie chciałem do niego iść - po prostu byłem ciekawy, gdzie żyje. Nie liczyłem na to, że zbiorę się w sobie i zdecyduję na poznanie osoby, której dotychczas tak bardzo mi brakowało. Poszedłem jednak, zapukałem, a drzwi otworzył mi obcy mężczyzna. Od tego momentu w moim życiu była kolejna osoba.

Wytłumaczył kiedyś decyzję o nieuczestniczeniu w pana życiu?

- Nie. Kiedy go spotkałem, rozmawialiśmy raczej po męsku. Nie robiłem z tego dramatu, choć wewnętrznie bardzo się stresowałem. Zapoznanie miało miejsce mniej więcej w połowie zgrupowania. Od tego czasu odwiedzał mnie w hali, a ja w wolnych chwilach chodziłem do niego. Wkrótce jego żona wyjechała do Niemiec, on pojechał z nią. Pomogłem mu załatwić formalności związane z mieszkaniem. Jakiś czas później dostałem wiadomość - ojciec był ciężko chory. Sytuacja była o tyle dramatyczna, że nałożyło się to czasowo z chorobą mojej mamy. Stanąłem przed trudnym wyborem - z jednej strony chciałem się opiekować mamą, którą kochałem, a z drugiej był tata. Najpierw zmarł on, a następnie ona.

Jaka była pańska mama?

- Zawsze mnie kochała bez względu na to, jak się zachowywałem. Często byłem krnąbrny i miałem wiele wewnętrznych pretensji do życia. Mimo wszystko była cierpliwa i znosiła to ze spokojem. Miałem charakter ojca, a ona potrafiła go załagodzić. Pamiętam, jak na studiach często wyjeżdżałem na zajęcia w buncie bez słowa, a ona do mnie przyjeżdżała.

Czuję, że w moim życiu nie dopełniłem wobec niej wielu rzeczy. Czas niestety uciekł i teraz mogę tylko żałować.

Sport był pana towarzyszem w trudnym czasie. Określiłby się pan mianem „solidnego ligowca”?

 - Miałem warunki do tego, by uprawiać sporty walki, jednak nie siatkówkę. Rodzice amatorsko zajmowali się tą dyscypliną. Pierwsze z nią wspomnienia mam z czasu, gdy mieszkałem u babci w Owczarach koło Buska-Zdroju. Po niedzielnej mszy mieszkańcy wioski zbierali się i grali, co było dość zaskakujące, bo to piłka nożna wtedy królowała. Uznałem, że to musi być łatwe. Sport bardzo szybko mnie zweryfikował - zacząłem wpadać w siatkę. Okazało się, że jestem zwyczajnie niezgrabny. To, że nie grało się łatwo jeszcze bardziej zachęciło mnie jednak do tego sportu.

Czy byłem „solidnym ligowcem”? Występowałem w klubach z III, II i akcentem I ligi. Moim wielkim pragnieniem było to, by umieć świetnie grać w siatkówkę. Były to jednak czasy, kiedy Hubert Wagner powiedział, że siatkarz powinien mieć co najmniej dwa metry wzrostu. Co mogłem zrobić z moimi 185 centymetrami? Niby umiałem wszystko, ale inni byli wyżsi. Starałem się nadrabiać skocznością, jednak to niewiele zmieniało. Nie udało mi się znaleźć w kadrze Wagnera jako zawodnik, lecz w końcu doszło między nami do współpracy.

Jak z niższych szczebli ligowych trafił pan na kadrową ścieżkę? Słyszałam, że studiował pan na kierunku trenerskim AWF-u.

- Tak było. Był to bardzo wymagający projekt. W odróżnieniu od innych charakteryzował się elementami nie tylko treningowymi, ale także medycznymi - straszna kobyła!

Jeden z moich trenerów, Jan Ryś, zauważył, że ciągnie mnie do kierowania zespołem. Widział moje zaangażowanie. Powołał mnie do prowadzonej przez siebie kadry kobiet na stanowisko asystenta. Pracowałem z nim przez kilka lat.

Byłem też sekretarzem Wydziału Szkolenia Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Zostałem asystentem u Zbigniewa Zarzyckiego w kadrze seniorów. Dostrzeżono mnie, a Władysław Heller, ojciec Bartosza Hellera, który był wtedy szefem szkolenia PZPS, zaproponował mi pracę z juniorami.

Przyszli do pana Gruszka, Szymański i Zagumny i od razu wiedział pan, że będzie to złote pokolenie?

- Nie, choć Piotr Gruszka był najpiękniejszy w klasie, a w oczy od razu rzucał się jego talent, haha. Nawet ślepy, by to zobaczył. Miałem spore szczęście, że udało mi się z nim pracować, choć teraz nazwałbym to “półpracą”, ponieważ cały czas zabierano mi go do innych drużyn. Trochę stał się ofiarą swojego talentu. Niekiedy chciałem przymusić go do większych obciążeń, jednak buntował się, wyliczając swoje sukcesy, haha. To zupełnie standardowy bunt młodego człowieka. Bardzo miło wspominam tę współpracę.

Był też Grzegorz Szymański, który przy pierwszej możliwej okazji zwiał z prowadzonego przeze mnie zgrupowania w kadrze młodzieżowej.

Tak, razem z Marcinem Prusem i Radosławem Wnukiem.

- Był jeszcze jeden leworęczny chłopak z Torunia, którego do dziś nie mogę odżałować, ponieważ dysponował niesamowitą skocznością. Jako nastolatek miał 340 cm zasięgu i nie grał prawą ręką! Niestety, zakochał się w koszykówce. Ci chłopcy wyjechali ze zgrupowania, zostawiając za sobą jedynie karteczkę z hasłem “Powiedzta trenerowi, że wróciliśmy do domu”.

Nawalczyłem się, by Marcin Prus wrócił do kadry. Dyplomatycznymi sposobami przekonałem jego ojca do tego, by przyjechał do MDK-u. Do dziś uważam, że Marcin był jednym z największych talentów siatkarskich na środku. Miał niezwykłą siłę i zdolność ruchową. Jednocześnie był lekkoduchem z duszą artysty – troszeczkę, jak Łukasz Kadziewicz. Kadziu miał w sobie jednak większą dyscyplinę mimo naturalnych predyspozycji do skupiania się na czymś innym niż sport. Podziwiam go za to, choć czuję, że nie do końca wykorzystał talent, którym dysponował. Z drugiej strony karierę zrobił - to wicemistrz świata, a za ten tytuł oddałbym pół życia.

Marcin szedł podobną drogą. Dostał mikrofon do ręki, robił wywiady, ale stracił przez swoją wewnętrzną lekkomyślność. Prawdopodobnie nie doceniał tego, co dało mu życie. Łukasz tak nie postąpił i zaszedł bardzo daleko. Prawdopodobnie ma w sobie jeszcze pokłady, które w branży rozrywki nie zostały odkryte.

Po byciu uczestnikiem czas na prowadzenie “Tańca z Gwiazdami”?

- Bardzo możliwe, haha! Wracając do Marcina, on również zwiał na pierwszym zgrupowaniu, ale wiem, że zrobił to wyłącznie dlatego, że tak postąpili jego koledzy. Poza tym nie chciało mu się trenować, bo wszystko przychodziło mu łatwo. Jako młody człowiek osiągał świetne wyniki na piasku. Synowie marnotrawni wrócili jednak do kadry.

Z podkulonymi ogonami?

- Nie, byli hardzi. Tylko Radek Wnuk miał przestraszone, bawole oczy. Swoje w Zakopanem później przeszedł. Nie chciałbym przeżywać z tego nawet jednej czwartej.

Co przeszli?

- Byli odpowiedzialni za sprzęt, sprzątanie, organizację grupy... Sebastian Świderski przyciął trochę ogon, mówiąc, że byli karani ćwiczeniami. Nigdy tego nie robiłem. Nigdy nie spowodowałem, że ktoś za karę robił pompki.

A przewroty po całej sali?

- Zawodnicy wykonywali przewroty na materacach w ramach gimnastyki. Zalecałem natomiast sporo ćwiczeń akrobatycznych czy rozgrzewki z przewrotami, ale nigdy nie była to forma kary. Dziś zachwycamy się tym, że trener Heynen korzysta z różnorodnych form rozgrzewki. Ja podpisuję się pod tym rękami i nogami, bo sam tak robiłem.

Pracując w PZPS, miałem możliwość kontaktu z siatkarską Europą. Wyjeżdżałem na szkolenia ze świętej pamięci Olkiem Skibą. Ola Śliwowska, teraz chyba nazywa się Berlińska, była sekretarzem generalnym PZPS i ciągle wysyłała mnie w różne miejsca - do Włoch, Grecji czy Francji. Pamiętajmy, że działo się to w czasach, gdy wyjazd do Czech był największym osiągnięciem! Byłem nasiąknięty wiedzą niczym poncz alkoholem i starałem się to sprzedać młodzieży. Niestety, nie usystematyzowałem tego w formie periodyku czy książki dla młodych siatkarzy.

Antenką któryś z chłopaków dostał?

- Tak, dostał. Nie było jednak chłosty, haha. Jak ktoś miał nogę za nisko, to ją klepnąłem antenką. Przyznaję, że Krzysztof Ignaczak był strasznie krnąbrny. Był przeuroczym dzieciakiem z tysiącem wad i milionem pomysłów na minutę. Jego ojciec, Janusz, przyjechał kiedyś na zgrupowanie i zapytał, co ja się z nim tak certolę. Powiedziałem, że nie jestem jego ojcem. Odpowiedział, że na niego nie ma wpływu, bo mu się buntuje. Nie pamiętam dokładnie, ale Igła chyba kilka razy dostał antenką w tyłek. Oj, zasłużył! Nie zmieniło to mojej sympatii do niego.

Dziś taki styl ćwiczenia charakteru jest nie do realizacji, jednak gdybym wtedy uległ tym diabełkom, to nic by z nich nie było, a ja mógłbym podziękować za pracę. Sam się zastanawiam, skąd miałem tyle siły. Większość z nich to byli synowe prezesów klubów, siatkarzy czy prezesów związków. Wyjeżdżałem na zgrupowanie i zaraz dostawałem prezenty z hasłem “Ale mój syn pojedzie na turniej”. Mówiłem wtedy, że nie, bo się nie załapał sportowo i nic mojej opinii nie zmieni.

To nie były jedyne trudne sytuacje. W styczniu 1998 roku przejął pan kadrę po Wagnerze. Dwa lata później pański zespół reprezentacyjny nie awansował na igrzyska olimpijskie, a sponsor zagroził że bez awansu się wycofa. Jak się pan wtedy czuł?

- Turniej kwalifikacyjny na igrzyska odbywał się w składzie – my, wicemistrzowie świata z Jugosławii, Holandia, czyli mistrz olimpijski, Bułgarzy, a więc medaliści mistrzostw Europy i Łotwa, która nie miała w tamtym czasie złego zespołu. Polska kadra przegrywała wcześniej z Grecją, Hiszpanią, Austrią i Belgią. To była nasza rzeczywistość.

Każdy realnie oceniał nasz start w tych rozgrywkach. Nagle w ciągu jednego dnia zmieniono zdanie – mieliśmy koniecznie wywalczyć awans. Czułem się jak na imprezie na obcej wsi, gdzie byłem sam i wiedziałem, że dostanę w łeb. Dzień po spotkaniu ze sponsorem, który powiedział, że ta drużyna nie jest niczego warta, pokonaliśmy wielkich Holendrów. Zrobiliśmy to zespołem, który w dużej mierze złożony był z juniorów, z którymi wcześniej pracowałem.

Brak logiki.

- To tak, jak kiedyś jeden z trenerów powiedział mi, że z Pawła Zagumnego straszny leń, bo zadał mu do zrobienia 20 pompek, a ten zrobił tylko 4. Wtedy odparłem, że nigdy w życiu nie zmusiłbym Pawła do zrobienia tylu, ponieważ wiem, że zwyczajnie nie jest w stanie. Wiedział, że coś jest ponad jego siły i bronił się, bo jak każdy młodzieniec w tym wieku nie chciał pokazać, że jest słabszy. Jakie miał możliwości? Ucieczka w cwaniactwo. Gdybym mu powiedział, że ma robić mniej niż koledzy, to zdyskredytowałbym go w ich oczach. Dlatego właśnie podczas treningów siłowych na stacjach zasłaniałem go i patrzyłem na innych, nie zwracając na niego uwagi. Gdy trzeba było jednak odbijać piłkę, to nie dawałem mu taryfy ulgowej.

Można było przegapić talent Mariusza Wlazłego?

- Po raz pierwszy zobaczyłem go w Wieluniu, kiedy odbijał piłkę ze swoją przyszłą żoną. Grzegorz Ryś jako trener kadry juniorów bardzo chciał, by trafił do Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Władze zaczęły w tym czasie wychodzić z założenia, że jeśli ktoś nie pójdzie do SMS-u, to nie trafi do kadry.

Czemu nie poszedł do SMS-u?

- Miał dziewczynę, swoje podwórko, chyba po prostu nie chciał. Taki charakter. Patrząc na dalszą karierę Mariusza, nie można się dziwić, że wtedy tak postąpił. Przestał występować w kadrze. Trener Ryś bronił się przed ponownym powołaniem atakującego tym, że miał w składzie Patuchę.

Kiedy przeszedłem do Bełchatowa, zobaczyłem, że w Zduńskiej Woli Wlazły wygrywał swojemu zespołowi wszystkie mecze. Z nim w składzie zawsze dostawaliśmy od tego pierwszoligowca w tyłek! Aż głupio mi było tak przegrywać, haha. To właśnie Mariusz robił tam różnicę – serwował 4 asy, brylował w kontratakach... Poprosiłem moich szefów, by podziałali w sprawie pozyskania tego atakującego, jednak początkowo moja prośba nie wzbudziła entuzjazmu. W połowie rundy klub ze Zduńskiej Woli miał problemy finansowe, więc kilka zespołów m.in. ten z Kędzierzyna-Koźla, zaczęły się bić o Mariusza. Przemysław Mochnik, prezes SPS, przyjechał do Bełchatowa, powiedział, że jest szansa na pozyskanie atakującego. Poszliśmy więc do władz bełchatowskiego zespołu i podpisaliśmy kontrakt. Mariusz Wlazły jest w tym klubie do dziś.

Najtrudniejszym momentem w pana karierze była chwila, kiedy w Skrze 10 z 12 zawodników zagłosowało przeciwko panu? Nie chcieli pana za trenera.

- Nie. Było mi przykro, ale to nie było najgorsze. Bolało jednak na pewno, bo na część z tych zawodników w pewnym momencie postawiłem. Przyznaję, byłem twardy i dla wielu szorstki, ale zawsze działałem uczciwie, a za zawodnikami szedłem w ogień.

Najtrudniejszą chwilą sportową była sprawa ze wspomnianym sponsorem, który nie wierzył, że nasza reprezentacja cokolwiek wygra. Coś się wtedy we mnie złamało. Pamiętam, jak Piotr Dębowski po wygranym spotkaniu z Holandią przyszedł do mnie z mikrofonem, na trybunach było 10 tysięcy ludzi. Głos mi się wtedy załamał, a w oczach pojawiły łzy.

Twardy człowiek potrafi płakać?

- Biologia, haha! To była składanka wielu zdarzeń. Nie chciałem pokazać swojej słabości przed współpracownikami i zawodnikami. Chciałem przyjąć twarde stanowisko wobec tej całej sytuacji, jednak kumulacja emocji zrobiła swoje.

Czuł pan wstyd?

- Wszyscy śpiewali „Polska, biało-czerwoni”, a ja się wzruszyłem. Czułem dyskomfort jako mężczyzna, trener. Każdy mecz odreagowywałem, ale tym razem nie dałem rady. Nie czuję przez to wstydu. To było niezręczne, ale radość z wygranej z wielką Holandią wzięła górę.

Najważniejszą walką była walka o zdrowie pana syna?

- To bardziej była walka mojej żony. Byłem w tym wszystkim pod ochroną. Prawdopodobnie moim lekarstwem było to, co zrobił dyrektor Polsatu Sport, Marian Kmita. Powiedział, że mam „zasuwać”. To chyba było najlepsze, co na tamten moment mogło mi się trafić w życiu.

Cała batalia o syna spoczęła na barkach mojej żony. Do dziś niesie tego konsekwencje. Syn może chodzić, a na głowie ma tylko bliznę.

Co to za choroba?

- Trzeba w niej odprowadzać płyn śródmózgowy czwartej komory do cewki moczowej. Niesie to konieczność założenia drenów, antysyfonów. Synowi nie wolno się przeziębić, bo w tym przypadku nastąpi zgęstnienie płynu, rośnie ciśnienie i trudniej go odprowadzać.

Cierpiałem, a o życie dziecka walczyła moja żona. Była zdeterminowana, silna. Walczyła z lekarzami, z ich prognozami, była bardzo dzielna. Trafiła do neurochirurga z Bydgoszczy, który diagnozował syna przez miesiąc. Tyle czasu spędziła w hotelu. Przypłaciła to depresją i wieloma chorobami, które są wynikiem tej psychologicznej walki.

Zabiera pan syna wszędzie ze sobą, bo kiedyś prawie wymknął się wam z rąk?

- Wiem, jak bardzo brakowało mi ojca i jak brakuje nadal. Nie chcę, by mój syn doświadczał tego samego. Chcę, by kiedyś, gdy już mnie nie będzie, wiedział, że ten czas, który spędzaliśmy razem, był dla niego.

Przez jego chorobę nadal nie potrafię otworzyć się na rzeczywistość. Nie jestem towarzyski mimo tego, że mam dookoła siebie wspaniałych ludzi, z którymi pracuję. Jestem zamknięty kokonem, rzadko się wychylam i nie chcę robić nikomu krzywdy. To właśnie wyniosłem z walki o życie syna.

Jak wygląda teraz pana życie?

- Przede wszystkim zachowałem w nim namiastkę sportu, który jest moją pasją. Nie jestem i już prawdopodobnie nie będę trenerem. W moim życiu prywatnym wydarzyło się za dużo spraw, które nie pozwalały na analizy i pracę w ciągłych rozjazdach. Mogę mieć jednak namiastkę tego, co kocham w sporcie. Kiedyś przyjeżdżałem na każdy mecz z tonami papierów i analiz. Kiedy zobaczył to Krzysztof Wanio, powiedział, że powinienem przestać, bo wszystko mam w głowie.

Jest pan szczęśliwy?

- Tak, bo mam syna i mogę pracować przy sporcie. To jest najważniejsze.