Siatkówka. Adam Gorol, prezes Jastrzębskiego Węgla: Kluby nie powinny dopłacać do Ligi Mistrzów

- "Domowe" starcie może kosztować 30-40 tysięcy złotych, a wyjazdowa rywalizacja z reguły jest o wiele droższa - mówi o kosztach udziału w Lidze Mistrzów prezes Jastrzębskiego Węgla, Adam Gorol.

Jastrzębski Węgiel zakończył udział w Lidze Mistrzów na etapie play-off 12. Zespół prowadzony przez Ferdinando De Giorgiego odpadł w rywalizacji z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, z którą przegrał 1:3 i 0:3.

Udział w imprezie okazał się kosztowny. Jak podał Polsat Sport, poza wadium kluby płacą za przeloty drużyn droższymi liniami oraz hotele. Opłacają także koszty przylotu, zakwaterowania oraz diet arbitrów.

Obecnie Jastrzębski Węgiel walczy o miejsce w najlepszej szóstce rundy zasadniczej PlusLigi. Znajduje się na 5. pozycji, wyprzedzając Indykpol AZS Olsztyn jednym punktem.

Zakończyliście zmagania Ligi Mistrzów, odpadając w play-off 12 w rywalizacji z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. W świetle przedsezonowych założeń ten wynik pana satysfakcjonuje?

Adam Gorol: - Na pewno nie możemy być zadowoleni z tego, że przegraliśmy z ZAKSĄ i odpadliśmy z rozgrywek. Wracając do momentu, w którym rozpoczynaliśmy trwający sezon, to naszym założeniem był awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów i przejście o szczebel dalej – można więc powiedzieć, że go zrealizowaliśmy.
W play-off 12 trafiliśmy na zespół, będący w bardzo dobrej dyspozycji, który trzeci sezon z rzędu pokazuje formę na najwyższym poziomie. Dzięki temu starciu zobaczyliśmy różnicę i wiemy, ile mamy do zrobienia, by pójść do przodu. Plan minimum został jednak osiągnięty.

Ile zainwestowaliście w tym roku w Ligę Mistrzów? Ponoć samo bezzwrotne wadium wpisowe to koszt 25 tysięcy euro.

- Nie zrobiłem jeszcze podsumowania kosztów udziału w rozgrywkach, jednak fakt, że koszty zawsze są większe niż przychody, to jasna sprawa.

5 tysięcy euro za porażkę, a 10 za wygraną.

- Tak, ale skala finansowa nie jest poparta żadnymi umowami. Wiemy, że każdy mecz to wysokie koszta.

Ile mniej więcej płaci klub za rozegranie jednego meczu w Lidze Mistrzów?

- Dziesiątki tysięcy złotych – od 30-40 tysięcy wzwyż. Wszystko zależy od tego, gdzie rozgrywane jest spotkanie. Nawet „domowe” starcie może kosztować 30-40 tysięcy złotych, a wyjazdowa rywalizacja z reguły jest o wiele droższa.

W tym roku w play-off mieliśmy szczęście z logistycznego punktu widzenia, ponieważ trafiliśmy na Kędzierzyn-Koźle, więc kwestie finansowe związane z wyjazdami były znacznie mniej dotkliwe. Nie zmienia to faktu, że kluby nie powinny dopłacać do Ligi Mistrzów.

Licząc na powtórzenie waszego wyniku z poprzedniego roku, czyli trzeciego miejsca, to nowy ranking pozwoli wam na grę w Pucharze CEV. Tam wyjazdy są jeszcze droższe, bo i przeciwnicy bywają bardziej egzotyczni. To kolejny aspekt, który odstrasza od tych rozgrywek.

- Patrzę na to dwuobszarowo. Pierwszy z nich to aspekt sportowy. Klub z ambicjami, jakim na pewno jest Jastrzębski Węgiel, zawsze chce pokazać się w europejskich rozgrywkach – najlepiej w Lidze Mistrzów. W tym wszystkim chodzi o rozwój sportowy, budowanie marki i radość kibiców. Z drugiej strony – logistycznej – koszty są ogromne, a im dalej, tym drożej.

Mimo zakończenia rywalizacji na fazie play-off 12 można powiedzieć, że sportowo występ Jastrzębskiego Węgla się opłacił?

- Zawsze się opłaca. Nigdy nie powiem, że jest inaczej. Kropką nad „i”, która odpowie na pytanie, czy inwestycja była w stu procentach trafiona, będzie nasz awans do najlepszej szóstki przed play-off PlusLigi.

To nie jest bardzo spokojny sezon Jastrzębskiego Węgla. Najpierw mieliście problem z dogadaniem się z klubem kibica, a następnie rozstaliście się z Markiem Lebedew. Jak ocenia pan zmiany, które zaszły w drużynie i klubie od tego czasu?

- Przede wszystkim zacznę od tego, że poprzednie rozgrywki również nie były dla nas aż takie spokojne. Dwa lata temu klub popadł w poważny kryzys i ciągle jesteśmy na etapie odbudowy finansowo-organizacyjnej. Jesteśmy niemalże na finiszu, a to, co pozostało do pokrycia, jest bardzo dobrze uporządkowane.

W tym sezonie mieliśmy dość głośną sprawę z klubem kibica, ale według mnie wszystko zakończyło się jak najlepiej, co udowadniają mecze wyjazdowe, na których pojawiają się ci, którzy nas wspierają. 90 procent członków KK pozostało, a klub się rozwija.

Jeżeli mówimy o zmianie szkoleniowca, to byłem i jestem przekonany, co do zasadności tego ruchu. Roszada ta pokazuje, że myślimy perspektywicznie, idziemy w dobrą stronę i troszczymy się o przyszłość. Ferdinando De Giorgi ma podpisany kontrakt do końca tego sezonu i na dwa kolejne.

Ruch zmiany na stanowisku szkoleniowym w kuluarach komentowano jako decyzję odnośnie do przyszłości. Mimo ostatniego wyniku osiągniętego przez trenera De Giorgiego z reprezentacją Polski, jest to świetny fachowiec, który w kontekście klubu na tamten moment pozostawał bez wiążącej umowy. Kontrakt z Markiem Lebedew miał się skończyć po rozgrywkach 2017/2018, w zespole się nie układało, więc należało działać i skorzystać z okoliczności.

- Nie planowaliśmy gwałtownych ruchów. Mark miał umowę do końca sezonu, a że współpraca się nie układała, to postanowiliśmy działać. Formuła z nim jako trenerem się wyczerpała, nie ujmując mu oczywiście jako szkoleniowcowi. Stracił przełożenie na zespół, który wymagał szczególnej motywacji. Cel, czyli najlepsza szóstka play-off, okazał się niełatwy do osiągnięcia i był to ostatni moment, w którym można było zmobilizować drużynę.

Fefe De Giorgi ma zupełnie inny warsztat pracy. Nie twierdzę, że jest on lepszy czy gorszy, ale widać, że trafia on do zespołu. Jest nam ciężko, ale widzę progres w postawie drużyny.

Jaki wynik satysfakcjonowałby pana, jeśli chodzi o PlusLigę?

- Co najmniej taki, który osiągnęliśmy w poprzednim sezonie, czyli brązowy medal. Wiem, że jest to optymistyczne założenie, ale w mojej ocenie nadal jest to realne. Wszystko jest w naszych rękach, a konstrukcja rywalizacji w fazie play-off pozwala mieć duże nadzieje, że drużyny z miejsc od 3 do 6 będą walczyć jak równy z równym. Później wszystko się może zdarzyć.

Więcej o: