Niósł na sobie ciężar polskiej siatkówki, teraz nie wie co dalej. Dawid Murek: Wróżyli, że będę jak Warzycha. Nie wydaje mi się, by liga mnie potrzebowała

- Cały czas myślę o tym, co się stanie, kiedy to wszystko za chwilę się skończy. Człowiek siądzie w domu i nie będzie wiedział, co ze sobą zrobić - mówi w rozmowie ze Sport.pl 277-krotny reprezentant Polski i olimpijczyk, Dawid Murek.

Początek XXI wieku w polskiej siatkówce dla wielu kojarzył się z jednym nazwiskiem – Dawida Murka. Urodzony w 1977 roku zawodnik przez lata był jednym z filarów reprezentacji narodowej, jednak jego poświęcenie nie przyniosło wymiernych korzyści w postaci wielu medali. Kontuzja wyeliminowała go z jednej z najważniejszych seniorskich imprez pokolenia – mistrzostw świata w 2006 roku, kiedy kadra prowadzona przez Raula Lozano zdobyła srebrny medal.

Nie był to jednak najpoważniejszy uraz w jego karierze. 6 grudnia 2009 roku podczas wyjazdowego meczu PlusLigi Domexu Tytan AZS Częstochowa z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle przewrócił się, doznając złamania otwartego i zmiażdżenia kostki. Mimo że groziła mu amputacja nogi, nie poddał się i na parkiet wrócił kilka miesięcy później.

Teraz ma 40 lat, gra w Espadonie Szczecin, kibicuje córce Natalii w pierwszym sezonie w Lidze Siatkówki Kobiet i przyznaje, że nie ma planu na „życie po życiu”.

Spotykamy się, ponieważ od zawsze był pan dla mnie synonimem gracza, który w pewnym momencie niósł na sobie ciężar polskiej siatkówki, ale chyba nie został za to nagrodzony. Teraz ma pan 40 lat i jest blisko końca kariery. Wołają na pana czasem „dinozaur”?

Dawid Murek: - Zdarza się – ze strony kolegów. Mam nadzieję, że robią to tylko żartobliwie. Jest to dla mnie fajne i nie mam z tym problemu. Zdaję sobie sprawę, że jestem wiekowym zawodnikiem i nic w tej sprawie nie zmienię.

Taka jest teraz tendencja. Zarówno kibice, władze drużyn, jak i media zaglądają w metrykę i kiedy zauważają, że zawodnik ma 34 lata, zaczynają szykować się na koniec jego kariery. Wydaje im się, że tacy siatkarze są starzy i niezbyt potrzebni w lidze oraz w kadrze. Nie można jednak zapomnieć, że momentami doświadczenie w grze jest niezbędne, ponieważ równoważy młodzieńczą fantazję  graczy rozpoczynających przygodę ze sportem.

Mam już trochę lat, ale serce mam dosyć młode. Cieszę się, że mogę kontynuować karierę sportową.

Z ostatnich wywiadów można wywnioskować, że po tym sezonie chciałby pan zakończyć karierę. Skoro da się dalej grać, bo zdrowie pozwala, to może jednak rezygnacja ze sportu mimo 40 lat to decyzja pochopna?

- Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć: „nigdy nie mów nigdy”. Możliwe, że będzie to mój ostatni sezon w PlusLidze, ale pamiętam również, jak mówiłem to dwa lata temu. Mimo to ostatnie sezony spędziłem na parkiecie i nadal mnie to cieszy. Czuję jednak, że wkrótce będę musiał się pogodzić z końcem.

Czuje pan, że polska liga jeszcze potrzebuje Dawida Murka?

- Nie wydaje mi się. Myślę, że jest wielu młodych i fajnych zawodników, którzy już na starcie swojej przygody z zawodowym graniem prezentują się świetnie. Wiem też, że dla dobra rozwoju polskiej siatkówki potrzebujemy dawać im jak najwięcej czasu na szkolenie, więc pomału trzeba dla nich robić miejsce – szczególnie na mojej pozycji. Nie mam z tym problemu.

Ile jest kurtuazji w mówieniu o tym, że dopisuje zdrowie, a ile przerażenia, że schemat życia, z którego czerpało się przez ostatnie 26 lat, w końcu się wyczerpał?

- Od dawien dawna planowałem to, by grać do czterdziestki. Jeden powód to sławetny zakład z Ryszardem Boskiem – powiedziałem mu, że będę uprawiał zawodowo sport do 40. roku życia. Inna sprawa to pętla pokoleniowa, która zachodzi na linii ja-moja córka Natalia. Bardzo chciałem występować z nią choć rok na najwyższym szczeblu rozgrywek w Polsce i teraz, kiedy ma 18 lat, jest to możliwe. To wspaniałe zamknięcie dla mnie, ale jednocześnie otwarcie dla niej.

To stricte gra dla idei?

- Tak.

O życiu po życiu jeszcze porozmawiamy. Teraz bardziej interesuje mnie życie przed życiem siatkarskim. Urodził się pan w obecnie 18 tysięcznym Międzyrzeczu. Jak z małego miasteczka trafia się do wielkiego świata?

- Też zadaje sobie to pytanie. Międzyrzecze to mała miejscowość, w której nie ma zbyt wielu perspektyw, by się wybić. Mnie się to udało - wielka w tym zasługa moich rodziców, którzy dali mi pomagające w karierze geny. Udało się, ale nie myślałem, że tak daleko zajdę. Miałem marzenia, które pomału się spełniały, ale część z nich pozostała wyłącznie w nieosiągalnej sferze. Nigdy nie powiem, że zrobiłem karierę. To, co mi się przytrafiło, to raczej fajna przygoda.

Wspomniał pan o rodzicach. Od 5. roku życia wychowywała pana tylko mama.

- Tak, moja mama wychowywała mnie w pojedynkę od 5. roku życia, bo wtedy tata odszedł i zostawił nas samych.

Ma pan o to żal?

- Dziś nie mam o to żalu, ponieważ wiem, że to, co wydarzyło się w mojej przygodzie z siatkówką zawdzięczam też jemu. Wiem, że próbował swoich sił w kilku dyscyplinach i wydaje mi się, że wiele mam właśnie po nim.

Najbardziej jestem jednak wdzięczny mojej mamie, ponieważ wychowywała mnie sama w bardzo trudnych czasach. Bywało tak, że nie miała pieniędzy, by wysłać mnie na obóz czy kupić różne potrzebne rzeczy, ale sobie radziła i robiła wszystko, by zapewnić mi jak najlepszy start.

Sport dał panu wzorzec, którego w pewnym momencie w domu zabrakło?

- Na pewno w jakimś stopniu mogę się z tym zgodzić. Pierwsi trenerzy robią wiele, by nakierować młodego zawodnika na właściwą drogę, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, jak ciężko w takim wieku ją odszukać. Nie trudno znaleźć pozasportowe bodźce, które oddalały od celów, ale wtedy właśnie pojawiali się szkoleniowcy, którzy targali za uszy i sprowadzali na właściwe tory.

Miałem to szczęście, że w mojej głowie zawsze był sport. Od kiedy tylko podjąłem decyzję o tym, że chciałbym zawodowo zająć się siatkówką, raczej nie popadałem w kłopoty i trzymałem się wyznaczonego celu. Czasami tylko odwodziła mnie od niego piłka nożna.

Ponoć początkowo był pan lepszym piłkarzem niż siatkarzem.

- Ha ha, to już nie mnie oceniać! Piłka nożna jest moim ulubionym sportem i kiedy pojawia się możliwość, gram w nią jak najwięcej. W klasie sportowej, do której uczęszczałem, zajmowaliśmy się różnymi dyscyplinami, więc wyrosłem na wszechstronnego nastolatka. Rozmowa z moim pierwszym trenerem spowodowała, że skupiłem się jednak na sporcie, który uprawiam do dziś.

Mówi pan o Bogusławie Kowaliku?

- Tak, o świętej pamięci trenerze, który okazał się dobrym doradcą. Na tle moich kolegów wybijałem się wzrostem, więc pchnął mnie w siatkówkę, mówiąc, że to może być dla mnie ciekawsza droga.

Czuł pan, że nie tylko wzrostem, ale także dojrzałością przez trudną przeszłość przegonił pan kolegów? Musiał pan szybciej dorosnąć?

- Może zabrzmi to nieskromnie, ale wydaje mi się, że przez warunki, w których dorastałem, w pewnych aspektach troszeczkę odstawałem od równolatków. Nie zmienia to faktu, że mój rocznik z podstawówki wspominam bardzo dobrze.

Tak, słyszałam, że pierwsze całusy i bijatyki przypadły właśnie na okres podstawówki. Nie dziwię się, że dobrze pan to wspomina.

- Generalnie nie byłem największym łobuzem, choć pamiętam, że pewne głupoty się robiło. Na przykład strasznie ciężko było mnie zaciągnąć do domu. Moja mama próbowała różnych sposobów, ale wynajdowałem naprawdę kreatywne wymówki, by zostać jeszcze chwilę z kolegami.

Czyli pan jej zwiewał.

- Tak. Trzepak, koledzy, piłka nożna – to był mój świat. Swój cały wolny czas spędzałem na podwórku, co dla dzisiejszej młodzieży może być trochę dziwne.

Kiedyś największą karą było uziemienie w domu, teraz odcięcie od wifi i nakaz wyjścia na zewnątrz.

- Niestety tak jest. Teraz młodzi o wiele więcej czasu spędzają przed komputerami, kiedy tak naprawdę mają o wiele lepsze warunki do pracy niż my. Są boiska, orliki, hale..

A jak to było u was?

- Cieszyliśmy się, że mamy kawałek boiska i jakąkolwiek rozwalającą się piłkę, by ją wspólnie kopać. Pamiętam sytuacje, w których wyganiano nas z prowizorycznych boisk, ponieważ robiliśmy je koło parkingów i ludzie bali się o swoje samochody. Byliśmy przeganiani z każdego podwórka, ale i tak uparcie wychodziliśmy na pole i graliśmy dalej. To było super.

Zawodowy sport spotkał pana w rodzimym mieście, w klubie Orzeł Międzyrzecz. Pierwszą wypłatę oddał pan mamie.

- Tak, ale jedna wypłata to było o wiele za mało za czas i cierpliwość, które mi poświęciła oraz  wszystkie lata, w których sama mnie wychowywała. Zaręczam, że w przypadku chłopaka to nie jest łatwe, szczególnie, kiedy należy do takich, których non-stop nie ma w domu, bo zainteresowani są wyłącznie sportem. Rzucałem tornister w kąt i nie obchodziło mnie nic poza piłką.

Oj, coś czuję, że w szkole miał pan problemy.

- Było ich trochę, ale całe szczęście na wiele rzeczy nauczyciele przymykali oko. Wiedzieli, jaki mam cel, i zdawali sobie sprawę z tego, że sport będzie rzeczą, której całkowicie poświęcę się w przyszłości. Nie chcieli stawać mi na drodze – próbowali mi pomóc.

Do kadry trafił pan dość szybko, bo w wieku 19 lat. Pana trenerzy z tamtych czasów powiedzieli mi, że kiedy pana zobaczyli, to nie wiedzieli, czego się spodziewać, a okazał się pan cichym i spokojnym młodzieńcem, który jak w obrazek spoglądał na Wiśniewskiego, Stelmacha i Urbanowicza. Żadnych szaleństw – tylko dyscyplina.

- Było dla mnie szokiem, że jestem tak młody, a mam okazję stać ramię w ramię z zawodnikami, których marka w Polsce była bardzo dobrze wyrobiona. Grali w najlepszych klubach, kiedy ja dopiero uczyłem się chodzić w siatkówce. Kim wtedy byłem przy nich? W końcu przekonałem się jednak, że nawet pod kątem sportowym wszystko w naszej grupie zaczęło się układać i cieszyłem się, że mogę z nimi grać.

Rozmawiałam na pana temat z Ireneuszem Mazurem. „Dawid Murek był wrażliwy. Trzeba było uważać na ton głosu, bo były problemy. Każde słowo go uderzało – szczególnie to niesprawiedliwe. Kiedy już tak się stało, to się zacinał i o jego uśmiech było ciężko” - to mi powiedział. To prawda?

- Raczej tak. Słowa uderzały mnie szczególnie wtedy, kiedy wina była nakładana zbiorowo, a nie indywidualnie, a ja nic nie zbroiłem. Bardzo wiele rzeczy trzymałem w sobie, nie lubiłem mówić o tym, co w danym momencie czułem i chyba nadal taki jestem. Łatwo się zacinam.

Wrażliwość czy nawet nadwrażliwość nie brała się przypadkiem z przeświadczenia o możliwości straty? Kiedy raz się ją pozna, później uważa się na wszystko, co się robi i na to, co ktoś robi w naszym kierunku. Dlatego, by znów nie doznać braku.

- Bardzo możliwe. Mimo wszystko zawsze starałem się mieć w sobie wiele pokory. Mama bardzo często powtarzała mi, by się nie wywyższać, by nie mówić rzeczy, których będzie się żałowało i pamiętać, że nie jest się pępkiem świata, bo każda rzecz, którą robimy wraca do nas za jakiś czas. Miała rację. Przeniosłem to również na sport. Nie udawałem, że jestem lepszym zawodnikiem niż byłem, bo wiedziałem, że takie słowa bardzo szybko mogłyby się odwrócić przeciwko mnie.

Można się było poczuć gwiazdą, kiedy pana atak na mistrzostwach świata juniorów w Bahrajnie w 1997 roku zakończył mecz na waszą korzyść?

- Zawsze unikałem w stosunku do samego siebie słowa „gwiazda”. Nie jestem z Hollywood, więc raczej twardo stąpam po ziemi mimo że siatkarzy czasami pokazuje się w telewizji. Co do Bahrajnu, to  ostatnio sięgnąłem po nagrania z tego turnieju. Zobaczyłem ostatnią piłkę, którą udało mi się skończyć i muszę przyznać, że pojawiła się dość spora łezka i dreszczyk emocji. Zdobycie złotego medalu to coś niesamowitego.

Szczególnie, że w późniejszym czasie nie miał pan okazji, by cieszyć się podobnymi wyróżnieniami na szczeblu seniorskim.

- Powiem szczerze, że było mi z tym ciężko. Wszyscy mówili nam, że mamy bardzo fajny rocznik, który wspaniale zakończył przygodę z juniorskim etapem kariery. W kolejnych latach sukcesów jednak nie było. Wszyscy wołali za nami „złoty rocznik '77”, a okazało się, że nic nie wywalczyliśmy. To był ogromny zawód.

Z perspektywy czasu widzę jednak, że dzięki wydawałoby się bezowocnej pracy siatkówka w Polsce zaczęła dojrzewać. Mogliśmy zagrać w Lidze Światowej, do naszego kraju przyjeżdżały najlepsze drużyny świata... Do dziś pamiętam szczelnie wypełniony kibicami z całej Polski katowicki Spodek, który dopingował nas tak głośno, że aż straszył tym rywali. Ludzie stali przed halą w naszych koszulkach, prosili o autografy, a my przecież wtedy nic nie zdobywaliśmy! Mimo wszystko byli z nami i to było coś niesamowitego. Dziś jest inaczej – od naszej kadry oczekuje się sukcesów.

Czy na to, co działo się w karierze reprezentacyjnej po 2005 roku patrzy pan z poczuciem niesprawiedliwości? Przez lata mówiono „Dawid Murek – profesor, który buduje kadrę”, „człowiek od czarnej roboty”, „niewielu zasługuje na sukces tak, jak on”. A ten się nie pojawił.

- Trochę tak było, ponieważ wykonałem wiele pracy i włożyłem całą energię w walkę o sukces. W okresie juniorskim to wszystko przyniosło efekt w postaci mistrzostwa świata i wbiłem sobie do głowy, że dalej będzie tak samo. Okazało się, że za zakrętem czekała ściana, której nie dałem rady przejść.

Nie uwierzę, że łatwo było panu pogodzić się z tym, że kadra za Raula Lozano zdobyła srebro na imprezie, pod którą przygotowywał się pan całe dorosłe życie. Zamiast grać siedział pan w domu i oglądał ten sukces z perspektywy kibica, bo tak było lepiej dla pana zdrowia.

- Biłem się z myślami i uznałem, że to możliwie najlepsza decyzja, którą mogłem podjąć w karierze. Gdyby nie ona, to wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej i najprawdopodobniej w tej chwili byśmy ze sobą nie rozmawiali, bo przygodę z siatkówką zakończyłbym pewnie dwa lata później. Do dziś sądzę, że to był słuszny wybór, choć wiem, że kosztem tego był medal, który nie zawisł na mojej szyi.

Długo miał pan o to żal?

- Nie. Było przykro, kiedy oglądałem kolegów w telewizji, ponieważ w myślach widziałem godziny spędzone na siłowni, które poświęciłem, by pojechać na mundial. Mimo to cieszyłem się z sukcesu, choć łezka w oku się zakręciła.

I nagrodą za ten trud jest to, że do dziś mówi się, że nikt tak nie wygrywał meczów z Brazylią, jak pan. Selekcjoner nawet nie musiał wstawać z ławki – wpuszczał pana i był sukces.

- Oj, to były świetne czasy. Wygrywanie z wielką Brazylią to coś niesamowitego. Ostatnio puściłem sobie tie-break meczu z Canarinhos z katowickiego Spodka. Przegrywaliśmy w nim wysoko, zdarzył się moment mojej dobrej zagrywki i kilka cyferek na tablicy wyników się zmieniło. Cieszę się, że mogłem dołożyć do tego swoją „cegiełkę” mimo że wszyscy usilnie chcieli zrobić ze mnie lidera, ale ja zawsze od tego uciekałem.

Dlaczego?

- To nie był jakiś duży ciężar, ale zawsze charakterologicznie pasowało mi to, by wychodzić na boisko i robić swoje, a nie patrzeć na inne rzeczy. Gdyby siatkówka była indywidualnym sportem, to może podchodziłbym do tego inaczej. W mojej idealnej koncepcji zespołu liderów powinno być kilku.

Otworzył pan zagraniczny rozdział kariery i poza Polską spędził 5 lat. Liga grecka była wtedy w innej kondycji niż teraz, a Panathinaikos Ateny był uznanym klubem. Ponoć pana koledzy prosili Łukasza Żygadło, by przekazał trenerowi, że Murek narzuca wielkie tempo i trenuje więcej od nich. To prawda?

- Grecy nie byli najbardziej pracowitym narodem, który poznałem – co mają zrobić dziś, to najprawdopodobniej zrobią dopiero jutro. Zawodnicy byli podobnie nastawieni, co dla mnie stanowiło pewien kontrast – zawsze na maksa chciałem wykorzystać dany czas i zrobić wszystko jak najlepiej.

Pamiętam, jak bardzo zszokowało mnie to, że rano przychodziłem na trening, już byłem gotowy do startu, a oni się tym nie przejmowali – jeszcze przygotowywali sobie kawę i dziwili się, że ja jej z nimi nie piłem.

Ach, czyli w dzień meczowy oni rozruch, a pan normalny trening...

- Ha ha, prawie! Miałem wtedy w sobie bardzo dużo młodzieńczego wigoru i sporo energii, więc chciałem walczyć zawsze i wszędzie. Poza tym taka była moja rola – jako zagraniczny zawodnik  musiałem grać za dwóch, bo tego wymagał ode mnie klub. W Polsce tendencja jest zupełnie odwrotna, ponieważ każdego obcokrajowca nosi się na rękach, głaszcze się  i obchodzi z nim jak z jajkiem. To chyba kwestia polskiej mentalności.

Pojawienie się w klubie Łukasza Żygadło wniosło w pana greckie życie choć trochę więcej polskości, której panu brakowało?

- Tak, na pewno. Bardzo tęskniłem za ojczyzną, polskim jedzeniem, muzyką, książkami... Co ciekawe, nigdy nie planowałem tego, by aż tak długo być w Grecji – myślałem, że mój pobyt tam zamknie się w sezonie, góra dwóch. Zdarzyło się jednak tak, że sam prezes stwierdził, że jest ze mnie bardzo zadowolony, i że chce, bym pozostał w tym klubie jak najdłużej. Nawet wróżył mi, że będę jak Krzysztof Warzycha, który w piłkarskim Panathinaikosie spędził 14 lat zawodniczej kariery.

Powiedziano mi, że w lidze grackiej bardzo ceni się Polaków, ponieważ widać, że bardzo się angażują i wszystko robią na sto procent. Chcieli, bym został tam jak najdłużej. Moja przygoda w klubie z Aten zakończyła się po czterech sezonach.

Co podobało się tam panu najbardziej?

- Szacunek i dostrzeganie tego, że nie chcemy być tylko najemnikami, ale faktycznie robimy wszystko, by klub był jak najwyżej. Poza tym klimat był super, ciepło, ładne widoki...

Ma pan konto na Facebooku?

- Nie.

Jest tam profil satyryczny „Typowy Janusz Polskiej Siatkówki” i jego twórca żartobliwie napisał o transferze Fabiana Drzyzgi do Olimpiakosu, że pojechał do Grecji, by oglądać wyścigi żółwi. Panu też się to zdarzało?

- Ha ha, nie mam Facebooka, ale koledzy mówili mi o tym profilu. Nie, ja nie oglądałem wyścigów żółwi, ale przede wszystkim koncentrowałem się na graniu. Fabian wybrał taki, a nie inny kierunek i nie wiem, czy to było dobre. Ja pojechałem tam w czasach, kiedy kluby prosperowały znakomicie – zarówno pod względem finansowym, jak i trenerów oraz zawodników. Życzę mu jednak jak najlepiej.

Pan walczył na boisku, a kibice na trybunach. Rzucali kubkami z kawą, resztkami kanapek, czasami krzesełkami. Czym najczęściej pan dostawał?

- Niczym ciężkim – jakimiś monetami...

Och, to w Grecji był taki dobrobyt, że nawet pieniędzmi rzucano w siatkarzy!

- Ha ha, po prostu rzucali wszystkim, co akurat mieli pod ręką. Nie było tam przebacz - ci kibice byli naprawdę fanatyczni. Zresztą większość z nich wywodziła się z boisk piłkarskich, co wiele wyjaśniało. Momentami w hali było dość niebezpiecznie, ponieważ policja nie mogła sobie poradzić z rozemocjonowanym tłumem, ale i tak bardzo dobrze wspominam ten czas.

Ponoć to kobiety są papużkami-nierozłączkami, ale chyba w tamtym czasie w kadrze były takie dwie – Murek i Świderski. Urodziliście się w odstępie 8 miesięcy w oddaleniu 50 km od siebie, od 1996 roku graliście razem na wszystkich szczeblach reprezentacji, ożeniliście się w podobnym czasie, a wasze żony zostały przyjaciółkami. W 1998 roku urodziły się wasze córki, które również szybko się zakolegowały. Nadal tak jest?

- Tak, to był ten wiek. Razem jeździliśmy na turnieje, mieszkaliśmy blisko siebie i od początku złapaliśmy kontakt. Byliśmy nierozłączni, w reprezentacji zawsze spaliśmy w jednym pokoju. Później niestety nasze drogi się rozeszły i nie byliśmy tak blisko, jak kiedyś.

We Włoszech ponoć też często kursowaliście pomiędzy dwoma miastami, co dla pana było problematyczne, ponieważ do dziś nie ma pan prawa jazdy.

- Jedno i drugie to prawda. Nadal nie mam prawa jazdy i w sumie sam nie wiem, jak to się stało. Mama mówiła mi, że mój tata zdobył uprawnienia dopiero po czterdziestce, więc liczę na to, że może i mnie uda się ta sztuka. Żona może prowadzić, więc nie jest źle.

Wymarzone auto?

- Chyba nie mam żadnych wygórowanych marzeń. Mamy w tej chwili standardowego Passata, z którym żona sobie świetnie radzi, więc mnie w przyszłości chyba również wystarczy.

O koszmarnej kontuzji z 2009 roku powiedział pan już wiele, więc mnie interesuje bardziej aspekt psychologiczny. Jak bardzo widział pan przed sobą wiek 32 lat i koniec kariery, kiedy usłyszał pan, że czasami w takich przypadkach nogę się amputuje?

- Widząc twarz lekarza, który zapytał mnie o to, czy chcę wrócić do sportu, wiedziałem, że są na to bardzo małe szanse.

Od czego pan je uzależniał?

- Na tamten moment nie wiedziałem czy noga w jakimkolwiek stopniu wróci do sprawności. Lekarze czekali z decyzjami, ponieważ zastanawiali się, czy jej nie obciąć – ryzyko wystąpienia infekcji było bardzo duże. To była tragedia. Miałem w niej to szczęście, że przez dziewięć dni na łóżku obok była moja żona, która cały czas czuwała i podtrzymywała mnie na duchu, a to w polskich szpitalach nie jest codzienność.

Poza tym pozytywny ładunek emocjonalny, który dostałem od kibiców, był niesamowity. Wspierali mnie cały czas i nawet zrobili wielką księgę z wpisami i życzeniami powrotu do zdrowia. Jak miałem po tym wszystkim się poddać?

Wcześniej mówiono o panu „człowiek z muru” lub „człowiek z marmuru”, a po tej kontuzji stał się pan człowiekiem z tytanu. Awans.

- No tak, mam w sobie trochę tytanu. Reaguje na zmianę pogody, ale całe szczęście nie piszczy przy bramkach na lotniskach. Płytka jest przykręcona na śrubach do kości i mimo że kostka nie wygląda tak, jak pierwotnie, to dzięki lekarzom mogłem wrócić do sportu. Rehabilitacja była bardzo długa.

Czym pan to wszystko odreagowywał? Na włosku wisiało wszystko to, co do tej pory pan zbudował.

- Jakaś wewnętrzna siła mówiła mi, że dam radę. Nie ukrywam jednak, że bardzo się bałem, bo wiedziałem, że istnieje szansa, że kilka lat grania mi ucieknie. Poza tym wiedziałem, że to była koszmarna kontuzja, która w sporcie nie zdarza się zbyt często. Są urazy mięśni, do najtrudniejszych spraw zalicza się zerwanie więzadeł krzyżowych w kolanach, a mnie przypadło w udziale otwarte złamanie i zmiażdżenie kostki. Ktoś musiał być tym pierwszym.

Mimo wszystko wróciłem, choć uraz zabrał mi bardzo dużo. Przed kontuzją czułem się bardzo dobrze fizycznie i bez niej jeszcze kilka lat mógłbym pograć na niezłym poziomie, a tak musiałem zacząć wszystko od początku.

Chyba nie jest łatwo tego dokonać, kiedy jest się po trzydziestce.

- Było bardzo trudno. Pytałem się sam siebie czy jest sens, i czy lepiej nie odpuścić. Kiedy zobaczyłem, że są postępy, głupio byłoby mi się poddać. Uznałem, że skoro tyle zrobiłem, to warto dociągnąć to do końca.

Kolejny próg samozaparcia to 2014 rok i odejście z AZS-u Częstochowa. Mówił pan w wywiadach, że ówczesny trener nie miał dobrego kontaktu z zawodnikami i musieliście się rozstać. Został pan bez klubu, ale wkrótce zaczął pan treningi z prowadzonym przez Vitala Heynena Transferem Bydgoszcz. Pan był bardziej potrzebny klubowi czy klub panu?

- Podejrzewam, że ja klubowi, ponieważ na tamten moment było sporo kłopotów na pozycji libero spowodowanych kontuzją Bonisławskiego. Zawodnik miał problem z palcem, więc Marian Kardas zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie chciałbym przedłużyć swojej przygody z siatkówką. Powiedział, że Vital nie ma nic przeciwko, i że doskonale mnie pamięta jeszcze z czasów, kiedy rywalizowaliśmy ze sobą na parkiecie.

W dwa dni się spakowałem i wyjechałem do Bydgoszczy. Do dziś jestem bardzo wdzięczny zarówno władzom klubu, jak i samemu Marianowi, że wyszedł z taką inicjatywą.

Trener Heynen bardzo pozytywnie się o panu wypowiada. Określał pana jako wzór dla młodych – dyscypliny i zachowania, bo ponoć dawał pan innym przykład choćby stroniąc od używek.

- Bardzo dziękuję za te słowa. Ktoś kiedy powiedział, że jest to trener tak specyficzny, że można go albo kochać, albo nienawidzić. Jest w tym trochę prawdy. Operuje bardzo dobrym warsztatem, lecz do jego osobowości trzeba się przyzwyczaić. Do wszystkiego, co robi podchodzi ambicjonalnie i jest wielkim maniakiem siatkówki. Wszystkich zawodników traktował równo – nie robił rozróżnienia pomiędzy młodszym i starszym. Ciekawy kandydat jeśli chodzi o prowadzenie polskiej kadry.

Zawsze świecił pan przykładem tak, jak wspominał Vital Heynen?

- Nie stawiałbym się na piedestale, ponieważ zdarzały mi się sytuacje, których żałowałem.

Balował pan?

- Każdemu się to chyba zdarzało. Wydaje mi się jednak, że zawsze robiło się to w odpowiednim momencie – nigdy przed, zawsze po.

Każdy bal się kiedyś kończy – ten sportowy też. Jak pan wspomniał, jest pan bliżej pożegnania z siatkówką, bo córka gra w Lidze Siatkówki Kobiet. Co pan czuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył pan ją na boisku?

- Trochę byłem na to przygotowany, ponieważ wcześniej widziałem jej mecze w kadrze i na innych turniejach. Mimo to było to niesamowite przeżycie zobaczyć kontynuację siatkarskiej kariery Murka. Byłem bardzo wzruszony.

Przed czym w sporcie chciałby pan ją uchronić?

- Przed tym, by za szybko nie uwierzyła w to, że jest dobrą siatkarką. Zarówno w męskiej, jak i żeńskiej odmianie dyscypliny widzę, że wielu jeszcze nie ma żadnego medalu na szyi, a już uważa się za wielkiego sportowca. Nie chciałbym, by za bardzo patrzyła do przodu, lecz koncentrowała się na tu i teraz, bo to stworzy dla niej przyszłość.

To nadal pana mała córeczka, której kupował pan pluszaki z każdego wyjazdu, czy widzi pan ją już jako samodzielnego sportowca, który stawia własne kroki?

- To wszystko za szybko się toczy. Zawsze z podróży czy meczu musiałem jej coś przywozić, więc kolekcja pluszaków w naszym domu była spora. Teraz jest już jednak dorosła, miała swój debiut w kadrze – nie mogę nadal w to uwierzyć! Wiele ma po mnie, choć po żonie oczywiście też, ale wiem, że ode mnie wzięła stawianie sobie małych celów na drodze do tego wielkiego.

Nie udziela pan wielu wywiadów, ale z tych ostatnich można odnieść wrażenie, że nie wie pan, co będzie robił po zakończeniu przygody ze sportem. Jak to jest żyć bez planu?

- Nie mam zielonego pojęcia, co będzie. Kiedy rozmawiam z kolegami, to mówią, że mają bardzo podobny problem, bo to, co robią, jest jednocześnie tym, co potrafią najlepiej. Cały czas myślę o tym, co się stanie, kiedy to wszystko za chwilę się skończy. Człowiek siądzie w domu i nie będzie wiedział, co ze sobą zrobić.

Nie obawia się pan rozmieniania na drobne? Na razie gra pan w PlusLidze. Co jeśli w przyszłym sezonie nie będzie z niej propozycji, a pojawi się z I czy II ligi?

- Nie wiem co zrobię. Może powiem, że kończę na etapie PlusLigi i schodzę ze sceny, a może skuszę się na dalsze granie... Nie chcę jednak mówić, że w tym sezonie na pewno skończę karierę.

Zejście ze sceny niepokonanym będzie dla pana zejściem o własnych siłach pomimo wielkiej kontuzji i nie będzie ono miało nic wspólnego z poziomem rozgrywek?

- Na pewno zakończę przygodę ze sportem jako spełniony zawodnik. Powiem sobie, że zawsze dawałem z siebie wszystko. Choć niektórych rzeczy żałuje, to nie będę wracał akurat do nich, a do wspaniałych chwil i osób, które dała mi siatkówka.

Powtarza sobie pan, że życie zaczyna się po czterdziestce?

- Mam nadzieję! Wszystko jest jeszcze przede mną.