Siatkówka. Jacek Kasprzyk: Nawrocki zostaje. Musimy pokazać, że polski szkoleniowiec też potrafi

- Musimy pokazać, że polski szkoleniowiec też potrafi do czegoś dojść. Trzeba tylko trochę cierpliwości - mówi prezes PZPS Jacek Kasprzyk, zapewniając, że Jacek Nawrocki nadal będzie prowadził reprezentację Polski siatkarek. Pod wodzą Nawrockiego zespół odpadł z mistrzostw Europy, przegrywając baraż o ćwierćfinał z Turczynkami. - Myślę, że przyszły sezon będzie już przełomowy - mówi prezes. I przekonuje, że w ciągu trzech lat drużyna rozwinie się na tyle, że zagra na igrzyskach w Tokio

Łukasz Jachimiak: „Mało kto stawiał, że wyjdziemy z grupy” – mówi Joanna Wołosz po mistrzostwach Europy. Polki odpadły po barażu o ćwierćfinał, a kapitan drużyny chce pokazać, że to i tak dobry wynik. Mogliśmy nie wyjść z grupy, w której były też Węgierki? Z nimi chyba nie możemy przegrywać?

Jacek Kasprzyk: Do dobrego wyniku zabrakło dwóch-trzech punktów w barażu z Turcją. Ale może to lepiej, że było niepowodzenie, przynajmniej dziewczyny wiedzą, że jeszcze muszą dużo pracować, ale też widzą, że dystans do silniejszych drużyn został skrócony. Z drugiej strony jeden z dziennikarzy napisał, że nasze dziewczyny awansowały do elity World Grand Prix, bo FIVB przeprowadził reformę. Nie, nasza drużyna awansowała sportowo, wygrała turniej finałowy drugiej dywizji. Bez wątpienia ten sezon był średni. Pierwszy turniej, czyli kwalifikacje do mistrzostw świata, był przegrany, później było zwycięstwo w drugiej dywizji World Grand Prix i to jest fakt, awansu bezpośredniego nikt dziewczynom nie odbierze, za to należą im się słowa uznania. A mistrzostwa Europy? Wszystko zaciemnił ostatni mecz. Przez chwilę pokazała się w nim na lewym skrzydle Julia Twardowska. To jest dziewczyna mająca 188 cm wzrostu, nie grała wcześniej, nie było jej w Grand Prix, szykowała się dopiero do mistrzostw Europy. Coś drgnęło. Inaczej drużyna grała w obronie, wyglądała lepiej, zyskała kolejne doświadczenia. A gdyby tego doświadczenia było trochę więcej, to z Turczynkami byśmy nie przegrali.

Boli szczególnie końcówka drugiego seta, w którym prowadziliśmy 24:22?

- Tak jest, takich końcówek doświadczona drużyna na pewno nie przegrywa. Może dziewczyny już myślały o trzecim secie, a w siatkówce nic się samo nie wygra. Szkoda zmarnowanej szansy. Bardzo mi szkoda, bo grały w tym meczu bardzo dobrze, walczyły, fantastycznie broniły. Niestety, cierpimy w ataku, na lewym skrzydle. Nowy sezon będzie ciekawszy, pokażą się kolejne dziewczyny. Takie jak Natalia Murek, która już przyszła z młodszej grupy, a będą sprawdzane jeszcze młodsze. Przynajmniej na lewym skrzydle, tam są dziewczyny mające po ponad 190 cm wzrostu. Optymistycznie patrzę w przyszłość.

W tym roku o to trochę łatwiej, bo wreszcie po latach pokazała się młodzież. Szóste miejsce Polek na MŚ do lat 20 to wynik, którego chyba się nie spodziewaliśmy?

- Tak, nie było nas na żadnych mistrzostwach przez osiem ostatnich lat, a w tym roku byliśmy na MŚ U-20 i MŚ U-18. W U-20 wygraliśmy w grupie z Chinkami, które później zdobyły złoto.

Blisko była też wygrana z broniącą tytuły Dominikaną, której ostatecznie ulegliśmy 2:3.

- No tak, po tie-breaku, w którym było 14:16. A później przegraliśmy jeszcze zacięty mecz z Turcją [1:3], decydujący o awansie do strefy medalowej. Trochę to był niefart, chociaż wiadomo, że szczęście mają lepsi, widocznie jeszcze o te dwie piłki lepsze były rywalki. Ale po tym turnieju na naszą żeńską siatkówkę patrzę z jeszcze większą nadzieją. Myślę, że przyszły sezon będzie już przełomowy, że już naprawdę będziemy się cieszyli z poziomu gry i wyników reprezentacji Polski kobiet.

Czyli trener Jacek Nawrocki dalej robi swoje, żadnego raportu przedstawiać nie musi?

- Raport musi przedstawić, bo to jest coroczny wymóg Ministerstwa Sportu i Turystyki. I nasz też, naturalnie.

Ale nie musi się tłumaczyć przed zarządem, nie będzie oceniany jak niedawno Ferdinano De Giorgi?

- Jest tak, jak powiedzieliśmy dwa lata temu – musimy pokazać, że polski szkoleniowiec też potrafi do czegoś dojść. Trzeba tylko trochę cierpliwości.

Rozumie Pan tych, którym o nią trudno? Rozmawiałem ostatnio z Małgorzatą Glinką i Joanną Mirek, obie mistrzynie Europy uważają, że Polski Związek Piłki Siatkowej roztoczył zbyt duży parasol ochronny nad trenerem i nad drużyną.

- Każdy może powiedzieć co chce. Nie będę się wypowiadał, to jest zdanie dziewczyn. Mają pełne prawo tak uważać. Ale co to znaczy parasol ochronny? Dziewczyny grają w kadrze na tyle, na ile mogą. Wie pan doskonale, że jest parę zawodniczek, którym nie po drodze z reprezentacją.

Da się coś zrobić, żeby zmieniły decyzje? System kar chyba nic tu nie da?

- Jest takie polskie przysłowie – „z niewolnika nie ma pracownika”. Chyba tylko raz w historii zdarzyło się, że kara pomogła. To było w przypadku Anki Werblińskiej. Pamiętam, że za karę nie mogła zagrać w meczu Pucharu Polski. Anka nie wystąpiła w jednym takim meczu i po nim zmieniła zdanie, uznała, że jednak będzie grać w kadrze. Wtedy bardzo mocno naciskał na związek trener Marco Bonitta. Mówił, że w takim kraju jak Polska zawodniczki nie mogą sobie wybierać czy i kiedy chcą grać w reprezentacji. Niestety, później kilka zawodniczek wybierało sobie imprezy, a niektóre odmówiły reprezentowania barw narodowych.

Dziś sytuacja wygląda tak, że kibice już się nie orientują, kto kadrze odmówił, a kto nie gra z przyczyn zdrowotnych.

- Dziennikarze powinni pytać zawodniczki, dlaczego nie chcą grać.

Zawodniczki zawsze się zasłaniają kontuzjami, zmęczeniem po długim sezonie, narzekaniem na napięty kalendarz.

- Na całym świecie gra się dużo, a w niektórych drużynach narodowych są zawodniczki, które non-stop są w „szóstkach” swoich klubów i występują w ligach, w Lidze Mistrzyń, w pucharach, na pewno grają znacznie więcej meczów niż Polki.

Jak do sprawy podchodzi trener Nawrocki? Rozumiem, że inaczej niż Bonitta.

- Na pewno inaczej. Kiedy zaczynał, wziął starsze dziewczyny, zdobył z nimi w 2015 roku srebrny medal Igrzysk Europejskich. A potem ta generacja już nic nie ugrała. Kiedyś trzeba przeprowadzić odmłodzenie i Jacek postawił na kolejne pokolenie. Wychodzi różnie, bo niektóre dziewczyny nawet mające chęć gry w kadrze często nie grają w klubach. Dla siatkarskiej młodzieży najważniejsze powinno być systematyczne granie. Kilkanaście lat temu wszystkie dziewczyny będące w reprezentacji grały w „szóstkach”. Kasia Skowrońska mogła wtedy grać w „szóstce” kadry mimo 19 lat, bo grała też w podstawowym składzie w klubie. Do tego była Gosia Glinka mająca doświadczenie z czołowych klubów europejskich. To samo Gośka Niemczyk. Wtedy polskie zawodniczki wyjeżdżały i grały w dobrych klubach.

Tak, pamiętamy, że pochwalić mogły się tym również Dorota Świeniewicz czy Magdalena Śliwa.

- Również Joanna Mirek. Natomiast teraz dziewczyny grają w Polsce, a na palcach jednej ręki można policzyć zawodniczki, które chcą grać w kadrze, a na co dzień występują w zagranicznym klubie.

Polska liga jest słaba i jest też za bogata? Zawodniczkom jest w niej za dobrze, dlatego nie próbują wyjechać?

- Nie chcę wnikać, nie zaglądam zawodnikom i zawodniczkom do kieszeni. A czy liga jest słaba? Jeżeli tak naprawdę dokładnie popatrzymy na ligi europejskie, to zobaczymy, że wszędzie są trzy-cztery mocne zespoły, a nigdzie nie ma 12 równych. Miałem to szczęście i tę przyjemność, że byłem w kilku krajach i przyglądałem się rozgrywkom. W takiej Turcji są cztery kluby ze Stambułu, reszta jest słabiutka.

Ale chcielibyśmy mieć takie kluby jak te ze Stambułu.

- Chcielibyśmy, oczywiście, tylko jak u nas najlepsze kluby mają 5-6 mln złotych budżetu, tak tam mają 5-6 mln, ale euro. I proszę zauważyć, że Turcja z taką niby mocną ligą i z bardziej doświadczoną kadrą wcale nie była tak wyraźnie lepsza od nas. Coraz częściej ich zawodniczki zaczynają grzać ławę w klubach, dlatego poziom reprezentacji spada. My się porównujemy do Turcji, bo to nasz ostatni rywal, a popatrzmy na Niemki. Tam niby liga zaczyna być mocna, ale też są dwa, może trzy kluby, które dobrze funkcjonują, a reszta jest jeszcze bardzo słaba. Gdybyśmy rozegrali takie mecze z innymi ligami, że pierwszy zespół mierzyłby się z pierwszym, drugi z drugim itd., to myślę, że już na trzeciej-czwartej drużynie przewaga rywalek z Europy by się skończyła. My mamy słabszą ligę, ale bardziej wyrównaną.

Wróćmy do trenera Nawrockiego – spokojnie patrzy Pan na jego pracę, a w maju nie pomyślał Pan, że jednak trzeba zmiany? Wtedy w Warszawie przegraliśmy mecz z Czeszkami, mimo prowadzenia 8:2 w tie-breaku, a konsekwencją porażki była utrata szans na awans do finałów MŚ.

- Nie, nie myślałem o tym, nie było nerwów. Bolało bardzo, to na pewno. I zostało, bo jak teraz na ME dziewczyny wygrywały wysoko w tie-breaku z Niemkami, to się bałem, żeby się nie skończyło jak wtedy na Torwarze. Ale tym razem wytrzymały. I myślę, że gdyby tamten turniej był rozgrywany pod koniec albo chociaż w środku wakacji, to byśmy go tak nie przegrali. Wtedy jeszcze dziewczyny za krótko pracowały razem, a większość z nich nie grała regularnie w klubach. Czeszki grały więcej, nawet w polskiej lidze. Zabrakło formy, żeby je pokonać.

Tokio 2020 – to jest hasło powtarzane cały czas w kontekście męskiej kadry. A w przypadku kobiet jest jakiś plan dotyczący igrzysk olimpijskich?

- Tak, my bardzo chcemy pojechać na igrzyska. Zresztą, w swoim wystąpieniu programowym podkreślałem, że będę pracował nad tym, żeby na igrzyska poleciał komplet reprezentacji, czyli obydwie halowe oraz po dwie pary z siatkówki plażowej. Wydaje mi się, że mężczyźni powinni pojechać bez problemu, również na plaży. A co do dziewczyn, to zobaczymy czy Monika Brzostek wróci do Kingi Kołosińskiej, ale mamy też następne pary, które trenują. Są trzy, które grają i starają się przebijać w rankingach. Na dziś dwie pary męskie by na igrzyska pojechały i jedna żeńska, a o drugą parę walczymy. Natomiast na hali myślę, że mamy bardzo duże szanse.

Naprawdę uważa Pan, że reprezentacja Polski siatkarek ma bardzo dużą szansę zagrać na igrzyskach w Tokio?

- Naprawdę. Myślę, że w ciągu trzech lat pójdziemy bardzo do przodu.

Zobacz wideo
Więcej o: