ME siatkarzy 2017. Polska - Serbia. Michał Kubiak: Stres? Żaden. Starsi młodszych potrzymają za rękę

- Naszą bronią będzie to, że drużyna miała czas, żeby się zżyć, żeby wylać trochę potu razem, przeżyć trochę nerwów. Wiemy, że każdy dał z siebie maksa, żeby osiągnąć cel - mówi Michał Kubiak przed startem ME siatkarzy. Kapitan reprezentacji Polski wierzy w wygranie turnieju. Mecz otwarcia z Serbią przed 62 tysiącami kibiców na Stadionie Narodowym Kubiak uważa za przyjemność porównywalną ze zjedzeniem największej w życiu porcji lodów. Relacja na żywo w Sport.pl w czwartek od godz.20.30

Trzy lata temu zwycięstwem nad Serbią na Stadionie Narodowym w Warszawie rozpoczęliście drogę po niespodziewane złoto mistrzostw świata. Ale teraz, przed meczem z Serbią na otwarcie ME, Wasza forma jest chyba jeszcze większą zagadką niż wtedy?

- Niekoniecznie. Na treningach nie wyglądało to tak, jakbyśmy byli zagadką dla samych siebie. Nasza forma szła w górę, trenowaliśmy naprawdę dobrze, trener był zadowolony. Czekamy z niecierpliwością na pierwszy mecz, za wszelką cenę chcemy go wygrać, bo to doda nam skrzydeł na resztę turnieju. Ale ewentualna porażka nie zamknie nam drogi do zwycięstwa w całym turnieju.

Ten turniej to początek budowania zespołu na igrzyska w Tokio w 2020 roku?

- Na pewno, choć droga do igrzysk jeszcze bardzo daleka, żeby myśleć o nich, to najpierw trzeba się zakwalifikować, a to jest najtrudniejsze. Dlatego na razie o tym nie myślimy. Mistrzostwa Europy są takim turniejem, który niektórzy z nas już wygrali, na którym niektórzy jeszcze nie byli, a niektórzy są po raz kolejny i chcieliby wygrać. Na pewno mamy drużynę, która jest w stanie osiągnąć sukces. Tylko musimy grać zespołowo i musimy po prostu dobrze grać w siatkówkę.

Z 14-osobowej drużyny mistrzów świata z 2014 roku teraz zagra tylko pięciu zawodników. To bardzo dużo zmian.

- Nawet nie liczyłem, ilu nas zostało, ale na pewno jest to zupełnie inna drużyna niż była trzy lata temu, a nawet jest to zupełnie inna drużyna niż była w zeszłym roku. Dlatego za każdym razem, z każdym turniejem, a nawet meczem chcemy poprawiać naszą grę. W tegorocznej Lidze Światowej nie graliśmy dobrze, nie ma co się oszukiwać. Nie graliśmy tego, co chcielibyśmy i co potrafimy. Ale w ten turniej wejdziemy z nowymi nadziejami – że będzie tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Takie marzenia trzymały Was przy życiu, kiedy trener Ferdinando De Giorgi na ponad miesiąc zamknął zespół w spalskich lasach?

- Lubię lasy i lubię ciszę, ale siedem tygodni w Spale to jest jednak bardzo długo. Kto tam nie był, nie jest w stanie zrozumieć, jak się żyje, gdy główną atrakcją jest kawiarnia na parterze. Ale nie ma sensu lamentować, że było ciężko. Byliśmy w Spale, mocno pracowaliśmy i teraz czekamy aż dostaniemy za to nagrodę. A raczej nie dostaniemy, tylko sami ją sobie wywalczymy.

Od początku pracy z De Giorgim mówicie, że jest ciężko, że bardzo dużo wymaga. Nie było takich momentów, że mieliście dość?

- Przede wszystkim trener nikogo nie musiał do ciężkiej pracy namawiać. Narzucił nam swoje warunki, ale każdy je zaakceptował. Oczywiście były momenty, że jednemu się nie chciało, drugi się denerwował, ale każdy chciał dać z siebie maksa, żeby dać trenerowi powody, by to właśnie na niego postawił, jego wziął do „szóstki”. Wszyscy byliśmy zmotywowani, a trener robił swoją robotę. Uważam że bez ciężkiej pracy nigdy nie ma sukcesu, a za ciężką, dobrze wykonaną pracę musi kiedyś przyjść zapłata.

Poprawiliście to, co najbardziej niedomagało, np. przyjęcie?

- Mnie się ono nie śni, ja znam swoją wartość, wiem, że umiem odbić piłkę sposobem dolnym i prędzej czy później ta piłka do rozgrywającego doleci. Oczywiście komfort rozgrywającego jest niesamowicie ważny, ale są drużyny, które grają praktycznie bez przyjęcia i też potrafią wygrać. Dlatego nie koncentrujmy się na jednym elemencie, bo ktoś mówi przyjęcie, ktoś atak. Skoncentrujmy się na tym, żeby nasza drużyna była zbilansowana, żebyśmy w każdym elemencie grali poprawnie.

Co jest dzisiaj waszą najmocniejszą stroną?

- To, że wszyscy wiemy, ile pracy włożyliśmy, żeby dobrnąć do tego turnieju. Jesteśmy szczęśliwi, że dobrnęliśmy w zdrowiu, bo mimo że była chwila grozy z Mateuszem Bieńkiem, to jednak będzie mógł grać, na pewno nam w tym turnieju pomoże, w dalszej fazie ma być gotowy do grania. Naszą bronią będzie to, że ta drużyna miała czas, żeby się zżyć, żeby wylać trochę potu razem, przeżyć trochę nerwów. Wiemy, że każdy dał z siebie maksa, żeby osiągnąć cel.

Wcześniej brakowało czasu, żeby się zżyć, zgrać?

- Na pewno brakowało, bo przed Ligą Światową mieliśmy dwa tygodnie treningów, a później były podróże i więcej czasu spędziliśmy na lotniskach, w samolotach i w autokarach niż na trenowaniu i graniu. Ale nie wracajmy już do Ligi Światowej. Była dla nas nieszczęśliwa, bez dwóch zdań. Jednak przez kilka ostatnich tygodni widzieliśmy siebie na treningach w Spale i wiemy, jaką siatkówkę gramy teraz. Moim zdaniem jest ona dużo lepsza niż podczas Ligi Światowej. Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję wszyscy to obserwować od meczu otwarcia do ostatniego dnia mistrzostw. Wierzę, że wszyscy wyjdziemy uśmiechnięci z hali, w której będzie się kończył turniej.

Jak ważny był niedawny mecz z Rosją, kończący Memoriał Wagnera? Wygraliście go, mimo że przegrywaliście 0:2 w setach, a trener nie skorzystał z Ciebie, Dawida Konarskiego, Bartosza Kurka i Pawła Zatorskiego.

- Każde zwycięstwo buduje morale i z każdego trzeba się cieszyć, a tu cieszyliśmy się mocno, bo Rosja jest klasowym przeciwnikiem, a nasi młodsi zawodnicy nie grali z nią bojaźliwie, od pewnego momentu zaczęli grać bardzo dobrze, kombinacyjnie, tak jak pracujemy na treningach. Wszystko wypaliło.

Za Wami treningi na Stadionie Narodowym – co sprawia największe problemy w grze na tak wielkim, nietypowym dla siatkówki obiekcie?

- Trochę wiatr wieje, jest trochę zimno. Ale warunki będą takie same dla jednej i drugiej drużyny. Musimy się wszyscy przystosować i to zaakceptować. Nie ma sensu koncentrować całej swojej uwagi na tym, co się dzieje na stadionie, bo nie mamy na to wpływu. Czy będzie wiało, czy nie, musimy grać swoje. Wiatru nie zastopujemy, musimy myśleć tylko o tym, żeby dobrze zagrać w siatkówkę.

W „szóstce” Serbów będzie kilku zawodników pamiętających grę na Narodowym z 2014 roku, u Was drugi raz w wyjściowym składzie znajdzie się tylko Paweł Zatorski. Doświadczenie gry na stadionie będzie miało jakieś znaczenie?

- To fakt, Paweł będzie miał z nas największe doświadczenie. My generalnie jesteśmy drużyną młodą, nie zapominajmy o tym. I choć jesteśmy też drużyną zdeterminowaną, żeby osiągać sukcesy, to nasz styl musimy sobie wypracowywać przez kilka następnych lat, bo nie gramy ze sobą od czasów juniorskich czy kadeckich.

Po tylu latach gry w reprezentacji czujesz specjalny dreszczyk emocji przed meczem z Serbią?

- Nie powiem, że przechodzę obok takiego wydarzenia obojętnie, bo nie da się przejść obojętnie. Ale nie powiem też, żebym czuł jakiś nadzwyczajny stres. Czuję podniecenie. Wydaje mi się, że jak ktoś coś lubi robić, to nie czuje przed tym stresu. Jak lubisz jeść lody, to nie czujesz stresu przed ich zjedzeniem. Ja lubię grać w siatkówkę, więc nie czuję stresu przed meczem, mimo że będzie mnie oglądać 60 czy 70 tys. ludzi. To jest moja praca, są tacy, którzy mi za to płacą potężne pieniądze. Dlatego muszę być na takie rzeczy odporny.

Twoi młodsi koledzy mogą ten stres czuć – zrozumiesz ich?

- Mogą przyjść do starszych kolegów i ci starsi na pewno potrzymają ich za rękę.

Skoro siatkówka jest dla Ciebie taką przyjemnością jak jedzenie lodów, to powiedz czy w czwartek będziesz jadł największą porcję w życiu.

- To będzie druga największa porcja, bo już raz uczestniczyłem w takim spotkaniu.

Druga największa, czy jednak największa, bo trzy lata temu byłeś w meczowym składzie, ale nie zagrałeś?

- To wtedy nie miało dla mnie znaczenia. Byłem częścią drużyny, tak samo czułem się częścią jak ci, co byli na boisku. Oczywiście każdy z nas chce w każdym meczu grać, a przynajmniej ja mam takich charakter. Chciałem w tamtym meczu zagrać, ale czułem się częścią drużyny, tak jak czuję się teraz i tak jak teraz powinien się nią czuć każdy z zawodników, którzy nie zagrają. A zagrać będzie świetnie, bo to jest wydarzenie roku. Nie ma co ukrywać, że wszyscy na ten mecz czekaliśmy z niecierpliwością.

Na pewno trzy lata temu Narodowy był dla Was dużo większą niewiadomą, wtedy się czuło, że się różnych rzeczy boicie, a teraz chyba ze spokojem czekacie na mecz?

- Może nie tyle, że się boimy, ale byliśmy niepewni co się wydarzy. Teraz już wiemy czym jest granie na takim stadionie. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy opuszczać stadion w takich humorach jak trzy lata temu.

Tym, co się powtarza w rozmowach są punkty odniesienia. O co tu chodzi? Rzucasz piłkę do serwisu i nie masz na czym zaczepić wzroku?

- Rzucasz piłkę i nie wiesz w którym momencie ona już zaczyna spadać. To jest duży problem. Ale myślę, że treningi, które odbyliśmy pozwolą nam na tyle dobrze się przygotować, żeby to nam nie utrudniało gry.

Nikola Grbić mówi, że ci, którzy zagrywają floatem mają łatwiej, czyli my mamy przewagę nad Serbami, bo tak serwujemy, a oni stawiają na mocną zagrywkę. Trener Serbów ma rację, czy to sprytny zabieg, żeby zrzucić na Polskę rolę faworyta?

- Nikola Grbić to szczwany lis. Był świetnym siatkarzem, teraz sprawdza się jako trener, na pewno dba o każdy aspekt, również o stosowanie różnych sztuczek mających pomóc drużynie.

Drużyna Serbii przez trzy lata się rozwinęła, bez Grbicia wygraliście z nimi łatwo - 3:0, w żadnym secie nie daliście im dojść do 20 punktów. Teraz chyba będzie dużo trudniej?

- Zobaczymy, przecież historia lubi się powtarzać. Chciałbym, żebyśmy znów byli wyraźnie lepsi, ale oczywiście spodziewamy się, że będzie trudno. Jak już mówiłem, na pewno zrobimy wszystko, żeby wygrać i rozpędzić się na cały turniej, ale jesteśmy na tyle silni, że nawet jeśli przegramy, to nie zmienimy celu - wygranie mistrzostw ciągle będzie możliwe.

Za ich głównego faworyta uchodzi Francja. Według Ciebie też nim jest?

- Francja jest na pewno dobrym zespołem, ale pokazywaliśmy, że możemy z nimi wygrywać, inne zespoły też to pokazywały. Francja jest balonem nadmuchanym przez media. Gra naprawdę dobrą siatkówkę, ale nie taką, jaką 10 lat temu grała Brazylia. Z Brazylią nikt nie mógł wygrać seta, kiedy grała na swoim najwyższym poziomie. A z Francją można wygrać i trzy sety.