Liga Światowa 2017. Bartłomiej Lemański: B. Bartłomiej 345? Ha, ha, ha, czyli 217 cm wzrostu to jednak mało

- Trenerowi chodzi o to, żeby trzymać dyscyplinę, ale na pewno nie o to, żeby nas trzymać na smyczy - mówi Bartłomiej Lemański, 21-letni środkowy, na którego stawia trener reprezentacji Polski siatkarzy, Ferdinando De Giorgi. Mierzący 217 cm wzrostu zawodnik zadebiutował w kadrze niespełna miesiąc temu i cały czas ma miejsce w wyjściowym składzie. - Wiadomo, że na początku czułem się w reprezentacji nieswojo, ale gdybym przyszedł do Kurka i powiedział "dzień dobry panie Bartoszu", to nie miałbym życia - opowiada Lemański

W czwartek Polska zagra w Katowicach z Rosją, a w sobotę i w niedzielę w Łodzi podejmie Iran oraz USA. Dla naszej drużyny będą to ostatnie mecze w pierwszej rundzie Ligi Światowej. By mieć pewny awans do Final Six w Brazylii trzeba wygrać wszystkie spotkania. W przeciwnym razie udział Polski w turnieju finałowym będzie zależał od wyników, jakie w weekend osiągną m.in. Belgia, Bułgaria, Kanada i Iran, które - tak jak my – w poprzednich turniejach wygrały i przegrały po trzy mecze. Pewne gry w Kurytybie są na razie tylko Brazylia (jako gospodarz) i Francja, która jako jedyna w 12-zespołowej elicie ma komplet sześciu zwycięstw.

Łukasz Jachimiak: Przed ostatnim meczem Ligi Światowej, z Kanadą w Warnie, mieliście podobno nadmorski spacer – czy to znaczy, że skończył się już czas mocnych treningów, że Ferdinando De Giorgi zaczął Wam odpuszczać?

Bartłomiej Lemański: Spacer był w ramach rozruchu przed meczem, który zaczynał się o wczesnej porze. Jak gramy wcześnie, to musimy mieć odpoczynek między porannym treningiem, a meczem i wtedy trener zarządza albo rozciąganie, albo spacer.

Z Rosją, Iranem i USA będziecie grać wieczorami, czyli lżejszych zajęć nie ma?

- Mamy normalne, pełnowymiarowe zajęcia. Rano jest siłownia, a popołudnie i wieczór spędzamy w hali – tak to wygląda. Nie ma jeszcze żadnego odpuszczania, cały czas jesteśmy w treningu.

Dobrze to znosisz? Pytam, bo dotąd w kadrze tylko bywałeś, a teraz przepracowujesz z nią swój pierwszy sezon i od razu trafiłeś na trenera o którym starsi zawodnicy mówią, że jest wymagający, jak żaden poprzedni.

- To prawda, że kadry wcześniej tylko liznąłem. Rok temu byłem w niej przez trzy dni. Przyjechałem do Spały wtedy, kiedy jeszcze trwały finały PlusLigi i brakowało kilku zawodników. Z innymi młodymi chłopakami mieliśmy zastępować nieobecnych na treningach. Rok wcześniej byłem na konsultacji dla młodych zawodników, m.in. z Arturem Szalpukiem i Olkiem Śliwką, bo trener Stephane Antiga chciał zobaczyć, jaką mamy młodzież. W sumie były to takie obecności na kadrze, że po nich niewiele o reprezentacji mogłem powiedzieć. Zupełnie inaczej jest kiedy, ma się normalnie rozpisany, kilkunastodniowy cykl z zajęciami rano i wieczorem, na siłowni i w hali. Teraz przeszedłem cały okres przygotowawczy, treningów było bardzo dużo, były długie, to było bardzo męczące. Ale wytrzymałem i czuję, że praca przynosi efekty. Czyli wszystko jest jak najbardziej na plus, jestem zadowolony.

Niecały miesiąc temu zadebiutowałeś w reprezentacji, od razu znalazłeś się w podstawowej „szóstce” i cały czas masz w niej miejsce. Jesteś zaskoczony, że grasz dużo i jesteś jednym z naszych najważniejszych zawodników w Lidze Światowej?

- Byłem bardzo zaskoczony, że tak to się zaczyna, że trener De Giorgi daje mi aż tyle zaufania. A teraz już się przyzwyczaiłem i czuję, że dzięki temu szybciej i więcej się uczę. Jestem jednym z najmłodszych, czyli mam najmniej doświadczenia, a to jest prawda, że nigdzie nie zdobędzie się go tyle, co w meczach. Każdy występ jest dla mnie wielką szansą, zawsze chcę się pokazać, udowodnić, że tak jak starsi koledzy mogę zaprezentować klasę światową. Do tego strasznie fajnie jest kiedy się gra w Lidze Światowej przeciwko zawodnikom, których się za dzieciaka oglądało siedząc przed telewizorem.

Który z meczów dał Ci największa frajdę? Albo spotkanie z którym z zawodników?

- Nie robię rankingu swoich meczów, nie podpalam się, jak zdobędę dużo punktów i nie przejmuję za bardzo, jak mi nie wyjdzie. Ale wiadomo, że jak nie szło i trener mnie ściągał z boiska, to zadowolony nie byłem. Widać, że nie zawsze jeszcze potrafię pomóc drużynie na tyle, żeby było zwycięstwo i punkty przybliżające nas do Final Six. Ale super, że są i takie spotkania, gdzie dobrze punktuję, gdzie wchodzę w tryb dobrego grania. Z tego jestem bardzo zadowolony.

Pamiętam, jak w lidze cieszył Cię pierwszy blok na Mariuszu Wlazłym, dlatego nie wierzę, że w kadrze nie miałeś jeszcze akcji, które wspominasz.

- No dobra, przyznam się, że blok na Lucasie w meczu z Brazylią bardzo mnie ucieszył. To jest jeden z najlepszych środkowych ostatnich lat, zatrzymanie go było dużą frajdą.

Żałujesz, że w kadrze Rosji nie ma obecnie Dmitrija Muserskiego?

- Szkoda, fajnie byłoby się już z nim zmierzyć. Ale może jeszcze będę miał okazję.

Rosjanie grają w tegorocznej Lidze Światowej w mocno rezerwowym składzie, Amerykanom też brakuje kilku gwiazd, ale już Iran będący w trudnej sytuacji kadrowej pokazał Wam chyba, że problemy rywali wcale nie muszą być dla Was ułatwieniem?

- Zgadza się, ich problemy nie są naszą sprawą, my się nastawiamy na swoje normalne granie i chcemy wygrać wszystkie trzy mecze przed własną publicznością. Chcemy polecieć do Brazylii na turniej finałowy. Komplet zwycięstw w Katowicach i Łodzi nam to gwarantuje. Jesteśmy gotowi, zmotywowani. A na Iran szczególnie, bo z nim w Pesaro zagraliśmy najgorszy mecz w tym sezonie i na pewno chcemy się zrewanżować.

Final Six Brazylijczycy zaplanowali na stadionie piłkarskim w Kurytybie, jeśli tam zagracie, będzie to dla Was przedsmak tego, co Was czeka w meczu otwarcia mistrzostw Europy na Stadionie Narodowym w Warszawie. A co robiłeś, gdy niecałe trzy lata temu Polska grała Narodowym swój pierwszy mecz mistrzostw świata?

- Nie miałem okazji być nawet na trybunach. Ale do głowy przychodziły marzenia o zagraniu kiedyś w takim meczu. Byłem juniorem, grałem w siatkówkę, niby miałem prawo myśleć, że to realne, ale szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że może mi się to udać. Jeśli dostanę szansę gry w tym meczu, to na pewno zrealizuję jedno z marzeń.

Słyszałeś, że według ludzi robiących grafiki ze składami na mecze Ligi Światowej nazywasz się B. Bartłomiej i masz 345 cm wzrostu?

- Ha, ha, ha. Pierwsze słyszę, nie wiem o co im chodzi.

O to, że prawdopodobnie jesteś najwyższym człowiekiem na świecie.

- Ha, ha, dobre. Czyli 217 cm wzrostu to jednak mało.

Z kim w kadrze trzymasz się najbliżej?

- W pokoju jestem z Olkiem Śliwką, z nim spędzam najwięcej czasu. Ale jestem pozytywnie zaskoczony, że starsi zawodnicy przyjęli nas, młodych, aż tak dobrze. Wiadomo, że na początku czułem się nieswojo, to normalne. Ale teraz czuję się już zupełnie swobodnie, wiem, że jestem akceptowany przez całą drużynę. Nie ma żadnych problemów.

Ale chyba do Bartosza Kurka albo Michała Kubiaka na początku nie mówiłeś na „Pan”?

- Myślę, że gdybym przyszedł i powiedział „dzień dobry panie Bartoszu”, to nie miałbym życia, wszyscy by mnie wyśmiali.

Z trenerem rozmawiacie indywidualnie i o różnych sprawach, czy to raczej człowiek, który stanowczo mówi jak ma być i na tym koniec?

- To człowiek, który ma swoje zasady i pilnuje, żeby drużyna się ich trzymała. Mamy regulamin, w którym jest wypunktowane, za co są kary. Wszystko jest poukładane. Ale indywidualne rozmowy też są. Choćby we wtorek trener do mnie podszedł, rozmawialiśmy i o grze, i o moich odczuciach. Nie jest tak, że tylko przekazuje co mamy zrobić. Chce też wiedzieć jak się czujemy, jak sobie z różnymi sprawami radzimy. Nie traktuje nas jakbyśmy byli robotami, jeśli widzi, że komuś coś siedzi w głowie, że coś komuś nie leży, to stara się pomóc rozwiązać problem.

Wiemy, że kary są za złamanie podstawowych zasad typu punktualność czy nieużywanie smartfonów w czasie wspólnych posiłków, a są też jakieś dziwne punkty w regulaminie?

- Nie przypominam sobie niczego dziwnego. Tam są same podstawy. Chodzi o to, żeby trzymać dyscyplinę, ale na pewno nie o to, żeby nas trzymać na smyczy. Każdy z nas jest dorosły i wie, jak powinien się zachowywać.

Trener bardzo się wkurza po porażkach, choćby po tej z Iranem, gdy – jak sam powiedziałeś – zagraliście swój najgorszy mecz?

- Każdy się wkurza, wiadomo. Ale to nie wyglądało tak, że na nas wrzeszczał. Po meczu usiedliśmy w pokoju, zamknęliśmy się i trener rzeczowo powiedział kilka zdań. Oby teraz już nie musiał.

Zbigniew Boniek w "Wilkowicz Sam na sam": Bardziej to wyglądało jak obóz koncentracyjny, a nie mecz piłkarski. Wypchnięto nas na ten finał. Ja nie chciałem grać. I nie wziąłem grosza premii za to zwycięstwo