MŚ siatkarzy: Polscy siatkarze odpadli z mundialu

Polacy nie są już aktualnymi, lecz byłymi wicemistrzami świata. W piątek bez oporu oddali trzy sety Bułgarom i zostaną sklasyfikowani na miejscach 13-18. To powrót do mrocznych w naszej siatkówce lat 90.

Tuż przed końcem pierwszego seta na boisko wtruchtał Mariusz Wlazły. Kiedyś uchodzący za wspaniały, naturalny talent i największą nadzieję polskiej siatkówki, dziś w reprezentacji statystujący, będący jej najgłębszym rozczarowaniem. Na mistrzostwach zamieniał w błąd każde dotknięcie piłki, wyglądał na pogodzonego z rolą rezerwowego. W piątek zaatakował jak zwykle, bez siły i wiary w sens wyciągania ręki. A w następnej akcji dostał piłką w twarz. Przyłożył mu Władimir Nikołow, zbijający wtedy z fenomenalną, 83-proc. wydajnością.

Wlazły - na włoskim turnieju sprawiający wrażenie nieobecnego duchem - poczuł się prawdopodobnie mniej więcej tak, jak wyglądały rozlazłe ruchy całej drużyny. Chwilę później pozostawionej bez rozgrywającego, bo Paweł Zagumny nie mógł znaleźć tabliczki z numerem "10" - należącej do Wlazłego - i nie zdążył wrócić na boisko. Wystawiać piłkę musiał środkowy Marcin Możdżonek, Bułgarzy zdobyli punkt i wygrali całą partię. Seta, w którym każdy punkcik mógł mieć wagę medalu, Polacy kończyli w totalnym bałaganie.

 

Wlazły: koniec marzeń, jedziemy do domu

Zanim wyszli na boisko, zastanawialiśmy się, czy zdążą wrócić do pionu. Do boju o przetrwanie w turnieju przystąpili nazajutrz po bolesnej chłoście od Brazylii. Kilkanaście godzin wcześniej opuszczali halę przygnieceni klęską, obawiali się, czy zdołają zasnąć przed świtem. Bułgarzy przeciwnie - przygotowywali się do meczu od poniedziałku, bo kuriozalny regulamin wynagrodził ich za porażki w pierwszej rundzie. Oni mogli czuć się przed meczem z Polakami trochę jak Polacy przed zderzeniem z Brazylią, bo wszystkie mecze na prestiżowych imprezach ostatnio przegrywali.

Ale przegrywali je zazwyczaj po zaciekłej walce. W Ankonie zrewanżowali się po wielokroć. Nie musieli czarować jak Brazylia, by po brazylijsku zdmuchnąć naszych siatkarzy z parkietu. Z Brazylią Polacy uciułali 56 punktów. Z Bułgarią 57.

Najpierw zobaczyliśmy, że podniósł się Bartosz Kurek, jedna z najdotkliwiej sponiewieranych ofiar klapy brazylijskiej. Na zeszłorocznych ME został obwołany gwiazdą przyszłości, teraz przyszłość miała stać się teraźniejszością. Niestety, mistrzom świata wystarczył jeden set, by go uciszyć i przegonić z boiska. Castellani mówi o Kurku, że on reaguje na kłopoty jak zmoczony pies - otrząśnie się i natychmiast znów zaczyna dokazywać. W piątek tak było, Kurek długo zbijał skutecznie, podobnie jak Piotr Gruszka.

Niczym innym Polacy zagrozić przeciwnikowi jednak nie umieli. Znów serwowali słabiutko, jakby nie chcieli Bułgarom posiniaczyć ramion. A ci w pierwszym secie ani razu nie wyrzucili po ataku piłki w aut!

I zagrywali tak, że naszym graczom wyłamywało ręce. Odbita od nich piłka odfruwała wszędzie, tylko nie w kierunku Zagumnego. Za to bułgarski odpowiednik tego ostatniego, Andriej Żekow, z każdą akcją nabierał swobody, w pewnym momencie nawet jedną ręką wystawiał z uśmiechem na ustach. Rywale balowali, nasi przesuwali się smutno i wolno, jak na stypie. Pogrzebała ich porażka z Brazylią? Pojedyncze niepowodzenie zdemolowało psychikę ludzi, którzy mierzyli nawet w tytuł? W których medal - znów: nie wykluczając złotego - wierzyło mnóstwo fachowców?

Po polskiej stronie siatki nie było widać żadnej pozytywnej energii. Podstawowych graczy stopniowo zastępowali rezerwowi, ale nowej jakości nie wnosili.

Przed czterema laty Polacy nie doskoczyliby do srebra, gdyby w kryzysowym momencie meczu z Rosją Wlazłego nie wyręczył w ataku rezerwowy Grzegorz Szymański. Na mundialu we Włoszech wartościowych rezerwowych polska kadra na dobrą sprawę nie miała. W ostatnim secie ostatniego meczu wróciły gwiazdy. Nie rozbłysły.

Kurek: Zabrakło nam luzu. Zagraliśmy spięci, przygaszeni, bez radości

 

W meczu z Brazylią było mnóstwo do wygrania, w meczu z Bułgarią było przede wszystkim mnóstwo do przegrania. Tegoroczne porażki w Lidze Światowej znów akceptowaliśmy jako ofiarę złożoną dla pięknego występu na mundialu. Dziś przegrane z Niemcami i Kubą stały się częścią sezonu koszmarnego, najsmutniejszego od przeszło dekady. Kiedy jedyny raz w bliskiej przeszłości wypadaliśmy w prestiżowej imprezie poza czołową dziesiątkę - na ME w 2007 r. - wcześniej kibice oklaskiwali przynajmniej awans do półfinału LŚ. Teraz nie dostali nic, przeżyli powrót do roku 1998, w którym MŚ Polacy kończyli na 17. miejscu.

Wkrótce nasi znacząco zsuną się w światowym rankingu, prawdopodobnie wydłużając - i komplikując - sobie drogę na igrzyska olimpijskie w Londynie. Zamiast skoku na podium wykonali gigantyczny skok w tył.

Czy Castellani powinien odejść?