MŚ siatkówka 2018. Brazylia - Polska 0:3. Trzy rzeczy po trzech setach: Orzeł rozszarpał kanarka. Polska mistrzem świata!

Polska - Brazylia 3:0 (28:26, 25:20, 25:23) w finale mistrzostw świata! Brazylię taranował buldożer Bartosz Kurek. Polski orzeł rozszarpał kanarka i znów jest w niebie. To był wspaniały turniej naszej odrodzonej drużyny!

Bartosz „Buldożer” rozjeżdżał w drodze na szczyt

Dawno, dawno temu Polska siatkówka miała zawodnika, który mógł zostać najlepszym graczem świata. Nazywał się Bartosz Kurek. Mając 21 lat został mistrzem Europy. Później grał w najsilniejszych siatkarskich ligach - rosyjskiej i włoskiej. Niestety im więcej czasu mijało od tego 2009 roku, tym częściej mówiono nie, że Kurek może, tylko że mógł zostać wielką gwiazdą.

Ostatnio mówiono o nim już prawie tylko takie rzeczy, których usłyszeć nie chciałby żaden sportowiec. Czy w drodze po złoto mistrzostw świata 31-letni gladiator bił w piłkę tak mocno, bo wyrzucał z siebie złość? Tego nie wiem, ale o to Kurka nie podejrzewam. Złość nie jest na tyle dobrym paliwem, by dojechać na nim na szczyt. A Kurek nawet nie tyle dojechał, co doleciał na dach świata. Jeśli w najtrudniejszej fazie mundialu coś stawało mu na drodze, to było przez niego taranowane. Pierwszy set finału z Brazylią w statystycznym ujęciu akcji Bartosza wyglądał tak: w ataku sześć punktów na dziewięć szans, dwa punkty blokiem i jeszcze as serwisowy. W drugiej partii Kurek skończył siedem z 10 ataków i dorzucił asa. Brazylijczycy wiedzieli, że Polak dostanie piłkę, pędzili do niego we trzech, stawiali szczelny blok, a i tak on zawsze burzył ich ścianę jak buldożer. Nas taka demolka zachwycała.

Arcymistrz statystą

Ekipa „Canarinhos” to najlepszy zespół w historii siatkówki. Właśnie zagrała swój piąty z rzędu finał mistrzostw świata. Neutralnym kibicom może być ich szkoda. Bo tylko statystowali Polakom.

Moment z dreszczykiem był w tym meczu jeden. Przy stanie 21:17 dla nas w pierwszym secie piłka zaserwowana przez Michała Kubiaka zatrzymała się na taśmie i spadła na polską stronę. Wtedy na zagrywkę poszedł Fonteles i ryzykując pomógł swojej drużynie zmniejszyć straty do 20:21. Chwilę później stawiając wszystko na jedną kartę z pola serwisowego strzelał Isac i zrobiło się 23:23. Partię numer jeden trzeba było grać na przewagi. W decydującym momencie – przy wyniku 26:26 – Artur Szalpuk w ekwilibrystyczny sposób skończył bardzo trudny atak z piłki, którą miał za plecami i za antenką. A na 28:26 poprawił Kurek, tym razem blokiem. „Monster” blokiem, jak słusznie krzyczał miejscowy spiker.

Karnawał! Cóż, że nie w Rio

Drugiego i trzeciego seta kontrolowaliśmy już przez cały czas. Drugiego zaczęliśmy od prowadzenia 5:2 po pojedynczym bloku Drzyzgi na Fontelesie. A za moment dorzuciliśmy kapitalną akcję na 8:4 Kubiaka z Kurkiem.

Brazylijczycy bardzo się starali, wrzeszczeli do siebie po każdej udanej akcji, mocno wspierała ich włoska publiczność. Ale byli bezradni. Nasza drużyna ma tę właściwość, że potrafi dostosować się do rywala w szczególny sposób. Mianowicie, pokonuje go jego własną bronią. Albo inaczej – my gramy swoją siatkówkę. Z bardzo dobrą zagrywką, świetnym blokiem, z czujną i ofiarną obroną. A do tego potrafimy dorzucić coś, co na czas meczu z nami obrzydzi życie rywalom.

Trzeciej partii co wrażliwsi kibice z Brazylii pewnie nie byli w stanie oglądać. Polacy wymierzali rywalom cios za ciosem, popisywali się kombinacjami różnych akcji i błyskawicznie wyszli na prowadzenie 11:3. Orzeł rozszarpywał kanarka (choć pokonanym chwała za walkę do końca!). Orzeł znów jest w niebie. Ozłocony, królewski. Jak cztery lata temu w katowickim Spodku, również po wygranym finale z Brazylią. Polska mistrzem świata po raz trzeci w historii! Teraz trzeba pracować tak, by za dwa lata w Tokio pójść po drugie olimpijskie złoto w dziejach naszej siatkówki.

Amerykanie z brązowym medalem mistrzostw świata