Mistrzostwa świata 2018. Dawid Konarski: Jeżeli zdobędziemy medal, to przyznamy, że w tym szaleństwie była metoda

- Zaufanie naszemu "szefowi" to podstawa. To Vital za nas odpowiada i jeśli będziemy pod nosem marudzić i mu nie wierzyć, to nic z tego nie będzie - mówi w Sport.pl atakujący reprezentacji Polski, Dawid Konarski.

Jeszcze rok temu Dawid Konarski był podstawowym atakującym reprezentacji Polski, od którego Ferdinando De Giorgi rozpoczynał budowanie składu. Dziś jest jednym z trzech atakujących w kadrze Vitala Heynena i musi radzić sobie w nowych warunkach funkcjonowania zespołu.

Z mistrzem świata 2014 rozmawiamy o możliwości zdobycia medalu na kolejnym mundialu, wierze we własne możliwości i o tym, jak poradzić sobie z porażką, która boli.

Pamiętam ciebie sprzed roku, kiedy w kadrze Ferdinando De Giorgiego byłeś numerem 1 na ataku. Grałeś pod skrzydłami trenera, który wyciągnął cię z Asseco Resovii Rzeszów, w której nie zawsze pokazywałeś się na boisku, i z którym zdobyłeś dwa złote medale mistrzostw Polski. Teraz jest inaczej. Jesteś jednym z trzech atakujących, który nie dostał swojej szansy w pierwszym meczu mistrzostw. Jak czujesz się z tymi zmianami?

Dawid Konarski: - Nic nie poradzę na sytuację, która ma miejsce w tym roku. Od początku Siatkarskiej Ligi Narodów trener Vital Heynen pokazywał, że będzie stawiał na rotację trzech atakujących w kadrze. Liczba spotkań przypadająca na jednego zawodnika na pewno jest mniejsza niż za czasów Ferdinando De Giorgiego.

Mimo wszystko nie mam z tym problemu. W swojej karierze rozegrałem już wiele meczów i wiem, jak przygotować się do tego, by pomóc drużynie wchodząc nawet na jedną, dwie akcje. Zdaję sobie sprawę z tego, że kiedyś nie poradziłbym sobie mentalnie z takim stylem prowadzenia zespołu.

Rok temu sytuacja wyglądała inaczej. Graliśmy głównie sześcioma, siedmioma zawodnikami, a mimo to mistrzostwa Europy były dla nas kompletnie nieudane. Nie ma co do tego wracać. Teraz wychodzi szóstka i w czasie meczu następują podwójne zmiany – trzeba się do tego przyzwyczaić.

Jak długo dochodziłeś do siebie po tym, że będąc jednym z liderów wasz schemat kadry nie wypalił?

- Na pewno pomógł mi wyjazd do nowego klubu, Ziraatu Bankasi Ankara. Byłem odcięty od siatkówki „medialnej”. W tym kraju takie coś praktycznie nie funkcjonuje, więc było mi dużo łatwiej poradzić sobie z porażką mistrzostw Europy i skupić się na graniu. Wiem, że tamtą przegraną przeżywaliśmy wszyscy, ponieważ zależało na tym, by wynik był jak najlepszy.

Zostawiłem wiele zdrowia, by wywalczyć medal na ME, lecz moją sytuację pogorszyło to, że tuż przed startem turnieju lekko podkręciłem kostkę. Nie pomagało mi nawet szprycowanie się środkami przeciwbólowymi, więc tym bardziej było mi szkoda, że to wszystko poszło na marne.

Trzeba było zamknąć ten rozdział. Pomaga nam fakt, że gramy mistrzostwa świata, czyli imprezę, która zdarza się raz na cztery lata. Dla niektórych zawodników może być to ostatnia okazja, by wygrać na niej medal. Na zgrupowanie przyjechaliśmy na „świeżo” i oczekujemy dobrych rezultatów.

Łatwo było ci uwierzyć w schemat zaproponowany przez Vitala Heynena? To już kolejny system, którego musiałeś się uczyć na przestrzeni ostatnich czterech lat.

- Zaufanie naszemu „szefowi” to podstawa. To Vital za nas odpowiada i jeśli będziemy pod nosem marudzić i mu nie wierzyć, to nic z tego nie będzie. Jeżeli zdobędziemy medal, to przyznamy, że w tym szaleństwie była metoda. W innym przypadku zastanowimy się, czy to w ogóle miało sens.

Poprzedni sezon klubowy bardzo mocno cię zweryfikował. Rozpoczęliście go z Ziraatem fantastycznie – długo utrzymywaliście się na pozycji lidera, a ty byłeś najczęściej punktującym zawodnikiem tureckich rozgrywek. Później nastąpił zjazd, ligę zakończyliście na 6. miejscu, a ty spadłeś z fotela lidera. Pewność siebie została na miejscu?

- Moja pewność siebie ma się dobrze. Tak, jak wspomniałaś, największy problem miałem z nią, kiedy odchodziłem z Rzeszowa. Mierzyłem się tam z kontuzją łydki i wróciłem na ostatnie mecze w sezonie - zagrałem ich ledwie kilka. Czułem wtedy bardzo duży głód i nie byłem pewny siebie, przechodząc do ZAKSY.

Sezon w Turcji będę wspominał bardzo dobrze. Wszystkie spotkania zagrałem w zdrowiu i choć mieliśmy swoje problemy z grą, to nadal cieszę się, że miałem okazję wyjechać. Spadek formy w drugiej części zmagań nie zachwiał moją pewnością siebie. Na zgrupowanie przyjechałem uśmiechnięty i wypoczęty. Na początku wygraliśmy 8 z 10 meczów, grałem, dostawałem szansę, więc jestem zadowolony. Nie mam oporów przed grą od początku lub wejściem z kwadratu.

Masz już złoto mistrzostw świata na swoim koncie. Czujesz, że jeszcze coś musisz sobie udowodnić?

- Nie. Chcę grać w siatkówkę, wygrywać z drużyną narodową i klubami tyle, ile się da. Przegrywanie strasznie mnie irytuje.

Miałbyś problem, gdybyś stał się trzecim atakującym reprezentacji Polski?

- Miałbym problem, gdybym stał się trzecim atakującym, choć wierzę w większe, wspólne dobro. Zdaję sobie sprawę z tego, że siatkówka nie jest sportem indywidualnym. Gdybym chciał sam zdobywać medale, to przerzuciłbym się na tenisa.

Wierzysz w medal dla Polski na tych mistrzostwach świata?

- Tak. Jestem już zbyt dojrzały, by cieszyć się z tego, że jeżdżę z kadrą na wycieczki, spaceruję po plaży i dobrze się bawię. Mam jeden cel i jest nim wygrywanie. Śledzimy sytuację w innych grupach i wiemy, że komplet zwycięstw przybliży nas do szóstki na tym mundialu. Ten cel jest w zasięgu naszych rąk.