Siatkówka. Co nas kręci i co nas martwi w polskich występach w Lidze Mistrzów? Wojciech Drzyzga: To nie była "żebranina", jednak powinniśmy schować wygórowane ambicje

Wszyscy trzej reprezentanci PlusLigi awansowali do dalszej fazy Ligi Mistrzów siatkarzy. - Nasza ocena postawy polskich drużyn w Lidze Mistrzów nie powinna być "mocarstwowa" - mówi w Sport.pl trzykrotny wicemistrz Europy, Wojciech Drzyzga.

Pierwszą fazę zmagań Ligi Mistrzów można zaliczyć do udanych. Wszyscy polscy reprezentanci, czyli PGE Skra Bełchatów, Jastrzębski Węgiel i ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, awansowali do dalszego etapu gier. W czasie rozgrywek każdą z drużyn dotknęły zmiany, które wpływały na osiągane wyniki. - Nasza ocena nie powinna być "mocarstwowa". Nie powinniśmy ustawiać się w kolejce do wygrania rozgrywek i ewaluować występów reprezentantów PlusLigi z perspektywy złotego medalu. To, co do tej pory zrobili, oceniam jako dobry rezultat. Powinniśmy być zadowoleni i schować wygórowane ambicje. Nie zgadzam się jednak z tym, że faza grupowa była dla polskich teamów "żebraniną", i że ledwo ją przebrnęliśmy - ocenia Wojciech Drzyzga.

Chaumont VB 52 - PGE Skra Bełchatów 3:2 Chaumont VB 52 - PGE Skra Bełchatów 3:2 PGE Skra Bełchatów

Złe średniego początki u PGE Skry Bełchatów i jej nieoczekiwany pogromca

Lokomotiw Nowosybirsk i Dynamo Moskwa - te dwa zespoły miały stanowić największą przeszkodę na drodze do awansu dla PGE Skry Bełchatów. Brązowi i srebrni medaliści poprzedniej edycji Superligi paradoksalnie nie okazali się najtrudniejszym rywalem dla podopiecznych Roberto Piazzy.

Bełchatowianie bardzo źle rozpoczęli rozgrywki Ligi Mistrzów, na starcie przegrywając z Chaumont VB 52 (1:3) oraz Lokomotiwem (0:3). Na dalsze błędy wicemistrzowie kraju nie mogli sobie pozwolić. Groźba przedwczesnego pożegnania z rozgrywkami podziałała - następnie dwa razy pokonali siatkarzy ze stolicy Rosji (3:2 i 3:1) i poprawili bilans z graczami z Nowosybirska (3:0). Ostatnie trzy spotkania zagrali bez kontuzjowanego Grzegorza Łomacza. Zastąpił go Marcin Janusz, do tamtego momentu przybywający zazwyczaj w kwadracie dla rezerwowych.

Finalnie dwukrotnym pogromcą bełchatowian w fazie grupowej okazał się skazywany na porażkę zespół Chaumont VB 52 - wygrał 3:1 i 3:2.

Chaumont VB 52 - PGE Skra Bełchatów 3:2 Chaumont VB 52 - PGE Skra Bełchatów 3:2 PGE Skra Bełchatów

- Styl gry rosyjskich teamów bardziej odpowiada Skrze. Jest to w dużej mierze paradoks, ale działa - jeśli drużyna z Bełchatowa nie przegra meczu w aspekcie fizycznym, jak to zrobiła w Nowosybirsku, to przed zespołami kwalifikowanymi jako "siłowe" jest w stanie obronić się taktycznie. W sytuacji starcia z dobrze grającym teamem francuskim, który stylowo prezentuje siatkówkę podobną do bełchatowskiej, powstaje problem, bo wicemistrzowie Polski przegrywają choćby jakością kontrataku czy w obronie - mówi komentator Polsatu Sport i trzykrotny wicemistrz Europy, Wojciech Drzyzga.

- Team Roberto Piazzy nie wykorzystuje swojego potencjału technicznego i nie urozmaica gry. Muszę zacytować Bartosza Bednorza, który doprowadził mnie ostatnio do śmiechu, mówiąc, że jego zespół dobrze przyjmuje. Uważam odwrotnie - jest to słabo przyjmująca drużyna, nieregularna w tym aspekcie, która popełnia bardzo kosztowne błędy. Nie ma strefy bezpieczeństwa defensywnego, bo wszyscy od libero po przyjmujących skażeni są bezpośrednimi pomyłkami i często mają konflikt między sobą - mylą się w taktyce ustawień lub zderzają się na środku. Wiele znaczy też wyszkolenie indywidualne. Błędów Skra popełnia za dużo i rozczarowuje u niej wartość techniczna. Jeśli by ją poprawiła, to byłoby dużo lepiej, co pokazywała w tym sezonie - dodaje.

Problemem bełchatowian jest też "falująca" gra, pozostawiająca po sobie złe wrażenie i wyniki, z których zespół nie może być zadowolony. - To właśnie odróżnia bełchatowian od ZAKSY. Mistrzowie Polski nawet jeśli przegrywają, to nie grają źle - po prostu są słabsi od rywali, którzy prezentują się dobrze. Kędzierzynianie rzadko zmuszeni są do porażki ze względu na własne rażące niedomagania i nie popełniają głupich błędów - wyjaśnia Wojciech Drzyzga.

Jastrzębski Węgiel podczas meczu LM w Berlinie Jastrzębski Węgiel podczas meczu LM w Berlinie DOMINIK GAJDA

Oczekiwane wyniki i nieoczekiwana zmiana w Jastrzębskim Węglu

Jeśli można było powiedzieć coś o grupie, w której grał Jastrzębski Węgiel to to, że zespół ze Śląska dzięki takiemu rozstawieniu mógł albo wiele wygrać, albo wiele przegrać. Brązowi medaliści poprzedniego sezonu PlusLigi trafili do zestawienia z Zenitem Kazań, Spacer's Toulouse VB oraz Berlin Recycling Volleys.

Eksperci nie dawali większych szans na wygraną z mistrzami Rosji (słusznie, dwa razy szybkie 3:0 na koncie zespołu Władymira Alekny), a najwięcej spekulacji wywołała rywalizacja z berlińczykami. Jedni mówili, że ze względu na poprzedni sezon (4. miejsce w Lidze Mistrzów) drużyna ze stolicy Niemiec ma duże szanse na wygraną z jastrzębianami, a inni wskazywali, że roszada trenerska w ekipie naszych zachodnich sąsiadów wiele zmieniła w zespole. Ostatecznie Jastrzębski Węgiel raz wygrał 3:0 i raz przegrał 2:3, zwyciężając również w obu spotkaniach z reprezentantem Francji.

18 stycznia zrezygnowano z usług Marka Lebedew, którego zastąpiono Ferdinando De Giorgim. Pod jego kierownictwem zespół ze Śląska zagrał dwa tie-breaki - jeden wygrany i jeden przegrany.

- Diagnoza w przypadku jastrzębian jest prosta - zespół ten dysponuje relatywnie krótką ławką rezerwowych. Jeśli coś zaczyna się psuć, a zmiany nie przynoszą oczekiwanego efektu, to trener właściwie jest już bezbronny - drużyna cierpi do końca i nie jest w stanie się podnieść. To wynika zarówno ze składu zawodniczego, jak i spadku jakości gry Salvadora Olivy i zmiany, która zaszła w stylu Lukasa Kampy. Niemiecki rozgrywający stawiał bardziej na jakość niż na znane z poprzedniego sezonu szaleństwo, które prawdopodobnie jeszcze bardziej pogorszyłoby sytuację jego zespołu. Kubańczyk nie był sobą i był rozczytany taktycznie przez oponentów. Poza tym nierówna gra pozostałych zawodników nie pozwala Jastrzębskiemu Węglowi na tak łatwe wygrywanie, jak w poprzednich rozgrywkach. Na ten moment można jednak zobaczyć powrót do dobrych podstaw i bazy, od której zacznie się nawiązywanie do minionych wyników - mówi Drzyzga.

Polski faworyt nie zawiódł mimo kontuzji

ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle uznano za polski zespół, którego awans do kolejnej fazy Ligi Mistrzów jest najpewniejszy. I się nie pomylono - drużyna Andrei Gardiniego przegrała tylko jedno spotkanie (paradoksalnie z zespołem, o którego potencjalnej słabości mówiło się najwięcej - Noliko Maaseik 2:3), dwukrotnie pokonując Trentino Diatec (3:2) i Arkas Izmir (3:0).

Co więcej, kędzierzynianie dwa ostatnie spotkania rozegrali bez Sama Deroo, który doznał kontuzji. Zastąpili go Kamil Semeniuk i Rafał Szymura.

- Jeśli miałoby się lokować nadzieje przy polskim zespole, to największe z nich na pewno dotyczyłyby ZAKSY. Liczę na to, że Deroo wróci jak najszybciej, mimo tego, że największą zdobyczą mistrzów Polski po tym etapie europejskich pucharów jest postawa młodych przyjmujących. Choć jednego dnia byli bohaterami, a kolejnego chłopcami do bicia, to pokazali, że mają potencjał, który trener Gardini zauważył - dodaje ekspert Polsatu Sport.

Rosyjski niedźwiedź śpi, włoskie wilki zaatakują

Przed losowaniem kolejnej fazy rozgrywek Ligi Mistrzów wiadomo, że Zenit Kazań jako gospodarz Final Four nie będzie brany w niej pod uwagę. Czy oznacza, że będzie łatwiej?

- Niedźwiedź z Kazania będzie spokojnie spał do finału, a w kolejnej rundzie zostały dwa wilki z Włoch - Sir Safety Perugia i Cucine Lube Civitanova. Patrząc na przeboje Skry z pozostałymi drużynami z Rosji, można chyba stwierdzić, że mimo wszystko są one w naszym zasięgu, a brak Georga Grozera w Lokomotiwie także wiele zmienia. Jak dla mnie wniosek po fazie grupowej jest jeden - forma polskich zespołów nie spadła, jednak to, ile zależy od dobrego losowania, pokazała zeszłoroczna sytuacja ZAKSY - kończy Wojciech Drzyzga.