Siatkówka. Typowy peruwiański serial - podróż juniorek na MŚ

W piątek o 11.30 meczem z Koreą polskie juniorki rozpoczną występ na mistrzostwach świata w Peru. Na przygotowanie do meczu i regenerację po podróży mają półtora dnia. Tyle ile zajęła im podróż, ciągnąca się jak latynoski serial.
Nie w stolicy Peru, a w Trujillo rozgrywane będą mecze grup A (Peru, Egipt, Tunezja, Słowacja) i "polskiej" C (z Koreą, Belgią i USA). Turystyczne miasteczko, w którym, jak mawiają miejscowi "zawsze świeci słońce", leży niemal 600 km. od Limy. W środę Polki zdążyły jedynie na zachód słońca. Ich podróż ciągnęła się przez 36 godz. i zakończyła się dopiero po 17 czasu miejscowego (północ w Polsce).

Gdy po dwunastu godzinach na pokładzie boeinga polskie siatkarki doleciały do Limy, wydawało się, że długa podróż wreszcie zbliża się do końca. W trasę ruszyły we wtorek o 10 rano czasu polskiego, kiedy to w Nowym Dworze Mazowieckim wsiadły do autokaru na lotnisko Okęcie. 14 - wylot z Warszawy, 19.40 - z Frankfurtu, 00:30 -z Madrytu ruszył samolot, którym siatkarki opuszczą kontynent. Peru przywitało je tuż przed 13 czasu polskiego. Niegościnnie.

- Wasz samolot ma opóźnienie. Do Trujillo lecicie koło 16 - powiadomiła wolontariuszka na lotnisku w Peru.

- Byłyśmy trochę zawiedzione. Liczyłyśmy, że wszystko będzie już zorganizowane. A tu niespodzianka. Byłyśmy już zmęczone, chciałyśmy się odświeżyć, zjeść coś innego niż "jajecznica z proszku" w samolocie - mówiła po dotarciu na miejsce środkowa Aleksandra Sikorska.

Siatkarki miały już za sobą najdłuższą noc życia, bo na pokładzie boeinga ścigały się ze słońcem. Od stolicy Hiszpanii czarne jak smoła niebo ciągnęło się aż do Limy. Za oknem jedynie mrok i mróz -nawet - 45 stopni Celsjusza. Pod stopami 11 km. powietrznej przestrzeni, zajętej tylko przez chmury. Ten wyścig z czasem pomógł siatkarkom dobrze znieść podróż. Jednak to nie im można zarzucić, że bujają w obłokach, ale organizatorom turnieju. I to nie podrzędnej rangi rozgrywek, ale mistrzostw świata.

Najbliższy dogodny samolot z Limy do Peru startował o 6.20. Przy sprawnym załatwieniu sprawy zawodniczki tylko zmieniłyby pokład, tak jak ich bagaże, i bez zbędnej zwłoki udałyby się na miejsce. W końcu w piątek rano rozpoczną mistrzostwa. Na odpoczynek i aklimatyzację mają tylko dwa dni. Teraz już tylko jeden, bo okazało się, że do Trujillo nie dolecą wcześniej niż o 17. Lot z Limy trwa tylko 50 min. Czekać na niego musiały kolejne 10 godz! - Samolot powinien być o 13. Nie wiem skąd to opóźnienie - mówiła bezradna opiekunka naszego zespołu, która w międzyczasie proponowała zwiedzanie Limy.

O zabawie w turystów nie było mowy. Tak jak o znalezieniu innego środka transportu. Przejechanie 560 km. po tamtejszych drogach zajęłoby kilkanaście godzin. Szef peruwiańskiej federacji próbował jakoś zaradzić sytuacji. Na prośbę kierownika kadry znaleziona dla zespołu hotel. Śniadanie, kąpiel, rozruch, lunch i znów na lotnisko. Podróż nie miała końca. Łącznie, od wyjazdu zespołu z Nowego Dworu Mazowieckiego, trwała ok. 36 godz!

- Dobrze, że kierownik załatwił nam ten hotel, bo kolejne godziny na lotnisku byłyby bardzo męczące - mówiła Sikorska. - Według mnie i tak nieźle zniosłyśmy tę podróż. Myślałam, że będzie gorzej - dodała.

- Czekanie na lotniskach było najgorsze. No i kolana bolą od kurczenia się w samolotach. Ale mimo wszystko nie było najgorzej - wtórowała naszej środkowej atakująca Emilia Mucha. - Podróż do Madrytu jakoś szybko nam zleciała, a w drodze do Limy trochę spałyśmy, dzięki czemu czas mijał szybciej - mówiła nasza przyjmująca. - To też zasługa trenera Kazimierza (Żmudy, fizjoterapeuty kadry - przyp.red.), który zabawiał nas w czasie podróży - żartowała Sikorska. Inauguracyjny piątkowy mecz Polki grają z Koreankami. - Ten zespół to dla nas zagadka - przyznał trener Kosatka. Oby siatkarki tym razem nie dały się zaskoczyć.