Liga Światowa. To nie miało prawa się udać. A jednak się udało

Reprezentacja Polski podlega notorycznym wstrząsom. W turnieju finałowym Ligi Światowej była drużyną prowizoryczną, skleconą w biegu, ale miała dwa punkty podparcia - Krzysztof Ignaczak i Bartosz Kurek to dziś siatkarscy giganci w skali globalnej
Znów zobaczyliśmy, jak cieniutka granica oddziela w sporcie zwycięstwo od porażki czy wręcz historyczny sukces od sromotnej klęski. Gdyby w piątkowym meczu z rezerwami Argentyny jedna-dwie akcje potoczyły się inaczej i gdyby Polacy minimalnie przegrali minimalnie wygranego tie-breaka, nie awansowaliby do półfinału, lecz zajęliby ostatnie miejsce w grupie. I przedostatnie w całym turnieju finałowym. Byłby to wynik dla gospodarzy zawstydzający pomimo wsparcia działaczy PZPS, którzy zadbali o to, by nasza reprezentacja w drodze po medal nie zderzyła się z czwórką drużyn najwyżej sklasyfikowanych w światowym rankingu.

I ów zawstydzający wynik byłby całkiem zrozumiały. Zdobyty brąz jest sensacyjny, bo przeczy elementarnej logice opisującej siatkówkę jako grę wybitnie zespołową, właściwie pozbawioną indywidualnych akcji, wymagającą cierpliwego, długotrwałego trenowania perfekcyjnych ruchów zbiorowych.

Polacy wystawili w Gdańsku drużynę prowizoryczną, skleconą ledwie przed chwilą i w biegu (w trakcie międzykontynentalnych podróży), która wraz z rozwojem turnieju stawała się jeszcze bardziej prowizoryczna. Dowodził nią rozgrywający Łukasz Żygadło, który w minionym roku został z kadry usunięty, a sezon w klubie przestał w rezerwie. W ataku strzelał Zbigniew Bartman w trybie alarmowym przesunięty z przyjęcia, który już w pierwszym meczu naderwał mięsień łydki i musiały go wyręczać dwie osoby teoretycznie kompletnie nieprzygotowane - Jakub Jarosz (słabiutki w lidze, osadzony w rezerwie w reprezentacji) i Piotr Gruszka (miesiącami leczył bark). Przy siatce miotali się też Michał Ruciak, przed bieżącym sezonem w reprezentacji postaci drugorzędne, oraz Grzegorz Kosok i Michał Kubiak, obaj w reprezentacji debiutujący. Szatnię zaludniałyby wyłącznie żywe znaki zapytania, gdyby nie Krzysztof Ignaczak i Bartosz Kurek - ich nazwisk nie wypada podawać bez wykrzykników, to siatkarscy giganci w skali globalnej, w Lidze Światowej nagrodzeni jako - odpowiednio - najlepszy libero i najlepiej punktujący. Oni byli jedynymi stałymi punktami podparcia.

Słowem, to nie miało prawa się udać.

A jednak się udało. Przede wszystkim dzięki zwierzęco silnemu i wytrzymałemu Kurkowi, który rozbłysnął jako najwspanialszy talent w naszej współczesnej siatkówce, efektowniejszy w stylu gry i rozwijający się szybciej niż starsi koledzy - złoci medaliści juniorskich mundiali z roczników 1977 i 1983. Mistrzem Europy został tuż po 21. urodzinach i już podczas tamtego turnieju urzeczeni eksperci okrzyknęli go siatkarzem przyszłości. Ta przyszłość właśnie nadeszła. W Gdańsku Kurek - wojownik do szaleństwa wielozadaniowy, zadający rywalom dotkliwe ciosy w decydujących chwilach - sprawiał wrażenie, jakby zasięgu ramion wystarczało mu do objęcia całej drużyny. Najczęściej wśród Polaków punktował, najwydajniej zbijał, najszczelniej blokował, najgroźniej serwował, często bronił w polu. Superbohater. Gdyby piłkę kopał, Real Madryt oferowałby dziś za niego 50 mln euro.

Polacy znów, tak jak na wspomnianych ME, doskoczyli do podium pomimo znaczących osłabień personalnych. Powszechnie chwalono ich za pozwalający przezwyciężać nieszczęścia hart ducha, ale znów przekonaliśmy się też, iż kłopoty paradoksalnie im służą, bo zdejmują presję. Kiedy nasi siatkarze wiedzą, że nie mają obowiązku wygrywać, ewidentnie skacze im się lżej. Roli faworyta nie znoszą, co boleśnie odczuliśmy na ME w 2007 (katastrofa po srebrze MŚ) i na MŚ w 2010 roku (katastrofa po złocie ME). A zarazem z turnieju na turniej upewniają się, że kadrowe dziury to przewlekła choroba reprezentacji, w dodatku niewpływająca na wynik. Takiego np. Mariusza Wlazłego - siatkarza zjawiskowego, lecz zdolnego tylko do wysiłku na pół etatu - od dwóch lat albo nie ma, albo gra on beznadziejnie (patrz ostatni mundial).

Reprezentacja w ogóle podlega ostatnio notorycznym wstrząsom, nawet kieruje nią w każdej imprezie kto inny - najpierw rozgrywał Łomacz, potem Zagumny, teraz Żygadło. Na szczęście dla niej całą coraz szerszą czołówkę, wyjąwszy mocarstwa z Brazylii i Rosji, tworzą drużyny ogromnie niestabilne. Dlatego wystarczy trochę sprzyjających okoliczności, byśmy przeżywali sensacje.

Do niedawna hierarchia na szczytach była do znudzenia trwała, na podium wciąż prężyli się ci sami ludzie. To już przeszłość. Zwłaszcza najbliższe nam geograficznie potęgi sprzeciętniały - reprezentacje z drugiej półkuli urosły (USA, Kuba, Argentyna), na ostatnich dwóch mistrzostwach naszego kontynentu każdy medal wzięła inna drużyna (Hiszpania, Rosja, Serbia, Polska, Francja, Bułgaria), a na czwarte miejsce zdołała się wcisnąć skromna Finlandia.

Czy to dobrze rokuje przed wrześniowymi ME, nie wiadomo. W czołówce się kotłuje, nasz selekcjoner Andrea Anastasi nie wie, kto z nieobecnych w Gdańsku zgodzi się przyjąć powołanie, niezachwianą pewność mamy tylko co do klasy Kurka i Ignaczaka. A skoro historyczny sukces od sromotnej klęski dzieli granica niemal niewidzialna, to przypomnijmy, że na ubiegłorocznym mundialu Polacy ze wszystkimi świętymi: Zagumnym, Wlazłym, Winiarskim, zostali sklasyfikowani najniżej wśród wszystkich uczestników europejskich.

Mirosław Przedpełski: ? Za rok to my zagramy w finale