Siatkówka. Michał Winiarski kończy karierę. Bosek: jego zdjęcia można oprawiać i wieszać tam, gdzie szkoli się juniorów

- W trakcie mistrzostw świata w 2014 roku wrócił do gry po tym, jak przeprowadzono zabieg na jego rdzeniu kręgowym. Wtedy zasłużył na drugi złoty medal, za odwagę - mówi Ryszard Bosek o Michale Winiarskim, który po sezonie skończy karierę. - Widocznie zdecydował się dłużej nie cierpieć. To wzór sportowca, jego zdjęcia można oprawiać w ramki i wieszać wszędzie tam, gdzie szkoli się juniorów - ocenia mistrz świata i mistrz olimpijski, były trener reprezentacji Polski, który był też menedżerem Winiarskiego




Łukasz Jachimiak: Skra Bełchatów poinformowała, że po sezonie Michał Winiarski zakończy karierę. Były kapitan reprezentacji Polski ma dopiero 33 lata, ale wszyscy wiemy, jak wiele kontuzji przeszedł. Pan pewnie nie jest zaskoczony, że Michał już kończy?

Ryszard Bosek: Myślę, że jeszcze niedawno sam Michał nie wiedział, że odejdzie. Ale widocznie jest już tak zmęczony kontuzjami, że zdecydował się dłużej nie cierpieć. Można było się tego spodziewać. Jeżeli ktoś się leczy, wraca i natychmiast łapie kolejną kontuzję, a Winiarski wiele razy to przeżywał, to w końcu musi tak zareagować. Musi uznać, że czas na relaks, że to koniec zawodowego uprawiania sportu Trudno podjąć taką decyzję, ale widocznie przyszedł moment, w którym Michał pomyślał, że już nie chce chodzić po lekarzach. Przecież to spełniony sportowiec. Teraz otworzy mu się ścieżka drugiego życia, innego.

To znaczy, że Winiarski pójdzie w biznes, że skupi się na prowadzeniu swojego klubu Ekstraklasa, a ze sportu całkiem zrezygnuje?

- Nie wiem, może trochę się tak wyraziłem, jakbym z nim o tym rozmawiał, a tak nie było. Przed nim otwarte wszystkie ścieżki. Biznesowo działać może, ma podstawy. Sportowo, co wie każdy, też. To jest taki chłopak, że wszystko może robić. Jak zechce, to i aktorem zostanie, w reklamie już przecież ma doświadczenie (śmiech).

Niektórzy się śmieją, że w swoim klubie śpiewa tak dobrze, że teraz mógłby powalczyć o reprezentowanie Polski na Eurowizji.

- Potwierdzam, śpiewać też może.

Od ilu lat się znacie?

- Znamy się przez połowę jego życia. Od momentu w którym przyszedł do Częstochowy, miał wtedy 16-17 lat. Widziałem, jak pracował na to, żeby teraz czuć się spełnionym sportowcem. Nie ma medalu olimpijskiego, ale jest mistrzem i wicemistrzem świata, wygrywał rozgrywki klubowe, sprawdził się i w lidze włoskiej, i rosyjskiej, a w Polsce jest legendą. Zwłaszcza po tym, co zrobił dla kadry podczas mistrzostw świata w 2014 roku.

Proszę przypomnieć, co tam się stało po meczu z Iranem. Pamiętam, że jak dzień po kontuzji spotkałem się z Winiarskim, to nie miał siły rozmawiać, powiedział mi, że jest na mocnych środkach przeciwbólowych.

- Terminologię medyczną pominę, bo nie jestem lekarzem, ale przeprowadzono zabieg na rdzeniu kręgowym Michała. Chwała mu za to, że się poświęcił, bez niego ostatnia faza, z meczami z Rosją i z Brazylią, mogłaby nam się potoczyć inaczej, mogłoby nie być złota. Michał je wywalczył, a drugie powinien dostać za odwagę i za pokazanie, jaki powinien być kapitan. On od juniora wiedział co chce osiągnąć. Wiedział gdzie i jak chce iść. To taki człowiek, którego nigdy nie trzeba było namawiać do trenowania, grania, do odpowiedniego mobilizowania się. Wszystko robił sam. Prawdziwy przykład zawodowca.

Pamiętam jak przed MŚ 2014 opowiadał mi Pan, że chcąc wzmocnić swoje ciało i wytrzymać trudny turnieju Winiarski pracował dodatkowo z indywidualnym trenerem od przygotowania fizycznego, którego sobie opłacał.

- Tak było. Postawił sobie poważny cel i w stu procentach go zrealizował. Wiele razy tak robił. Tym sobie wywalczył wielki szacunek u kibiców. Ludzie wiedzą, że mało kto ma takie serce do walki i tak poukładane w głowie jak on.

Przy jakiej okazji opowiadał Pan mediom, że Winiarski zrezygnował z fury pieniędzy, wybierając dla siebie miejsce lepsze siatkarsko, a nie finansowo?

- To było w 2006 roku, kiedy miał świetne propozycje z Rosji i Turcji. Ale on chciał przede wszystkim jeszcze podnieść swoje umiejętności, dlatego wybrał Trentino, mimo że tam zarobił zdecydowanie mniej. Dopiero po latach trafił do Rosji. I wtedy, choć sportowo ugrał mniej, to finansowo zyskał, odłożył sobie. Byłem jego menedżerem i muszę powiedzieć, że każdą drobną sugestię łapał w lot, myślał bardzo mądrze, nigdy nie mieliśmy problemu z dogadaniem się. Jak w Rosji grał, a poziom sportowy nie był najwyższy, to dodatkowo zainwestował w swoje przygotowania do MŚ w Polsce. Chciałbym powiedzieć o nim coś krytycznego, ale nie umiem (śmiech). Prawda jest taka, że jego zdjęcia można oprawiać w ramki i wieszać wszędzie tam, gdzie się szkoli juniorów.

Ile lat prowadził Pan karierę Winiarskiego?

- Po raz ostatni pomogłem mu w transferze do Włoch. Później już kierował się sam. Miał 23 lata, był dorosłym i już dojrzałym człowiekiem, wiedział jak to wszystko działa. I dobrze swoją karierą kierował. Szkoda tylko, że tego olimpijskiego medalu mu zabrało.

Myśli Pan, że gdyby miał lepsze zdrowie, to dałby się namówić na powrót do kadry na igrzyska w Rio?

- Na pewno by to rozważył. Nie znam sportowca, który by nie chciał pojechać na igrzyska.

Mariusz Wlazły nie chciał, po MŚ 2014 wiele razy podkreślał, że wrócił do reprezentacji tylko na tamten turniej i więcej grać w niej nie będzie.

- Widocznie fizycznie i mentalnie nie czuł się na tyle dobrze, by wziąć odpowiedzialność za grę w kadrze. Jeśli czuł, że nie podoła na tyle, by dać z siebie 100 proc., to podjął dobrą decyzję. Trudną, ale zdrową. Lepiej tak postawić sprawę niż udawać, że się daje radę, kiedy się czuje, że jednak czegoś brak.