Siatkówka. Artur Popko dla Sport.pl: Kolejne turnieje w Polsce? Okaże się wkrótce. Z Polsatem? Niekoniecznie

- Nie potrafię dziś powiedzieć, czy Polsat nadal będzie naszym partnerem, to się rozstrzygnie zapewne w listopadzie. A to, jakie wielkie turnieje Polska będzie organizowała, będzie wiadomo być może już w najbliższych dniach - mówi dla Sport.pl Artur Popko, wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, w długiej rozmowie o mundialu, sukcesach, pieniądzach i podzielonym środowisku siatkarskim.
Zagłosuj na aplikację Sport.pl LIVE!


Paweł Wilkowicz: Minął miesiąc od siatkarskiej bajki ze Spodka. Kiedy następne mistrzostwa w Polsce?

Artur Popko: Plany mamy. Złożyliśmy wniosek o organizację mistrzostw Europy w 2017, czy je dostaniemy, wyjaśni się do końca tego tygodnia. Bardzo nam na nich zależy. Co do mistrzostw świata, to w najbliższym tygodniu jest kongres FIVB, podczas którego będą rozmowy o najbliższych turniejach. Na dzień dzisiejszy wiadomo tylko tyle, że następne mistrzostwa świata kobiet będą w Japonii. My chcielibyśmy do Polski sprowadzić mistrzostwa świata kobiet w 2022 roku. Bo wierzymy, że do tego momentu będzie dobra drużyna, to jest odpowiedni czas na zbudowanie takiej. Przygotowania organizacyjne są dla nas tak samo ważne jak to, by mieć reprezentację, która będzie się podczas tego turnieju liczyć w walce.

A mistrzostwa mężczyzn? Pojawiły się głosy, że może nawet warto się zgłosić już po następne, w 2018.

- To się rozstrzygnie w przyszłym tygodniu. Po rozmowach na kongresie, który się zaczyna 30 października, będziemy wiedzieli, czy warto stawać do tego wyścigu już teraz. Czy będziemy w stanie zapłacić za prawa do tego najbliższego turnieju tyle, ile światowa federacja oczekuje. A rywali mamy bardzo zamożnych, między innymi Katar, Japonię. Na proponowane przez rywali kwoty na pewno nas nie stać. Ale nasze atuty to kibice, pasja, organizacja, święto siatkówki, którego rywale nie stworzą. I to też będzie brane pod uwagę.

A prawa będą droższe niż w 2007, gdy Polsat zapłacił za nie ok. 15 mln euro?

- Różnica polega na tym, że teraz my już wiemy, ile możemy zapłacić, żeby to było rozsądne przedsięwzięcie. Na co nas stać. Oczywiście nas i partnera medialnego, który wziąłby drugą część praw.

Czyli znów byłby to mundial w formule z Polsatem, ale już pewnie przy innym podziale: tym razem to wy kupicie prawa marketingowe, a Polsat tylko telewizyjne?

- Polsat jest naszym sprawdzonym partnerem, wiarygodnym. To, że nam zaufał kilka lat temu, gdy zaczynaliśmy, na pewno otwiera możliwość rozmowy na temat ponownej współpracy. Ale czy to będzie akurat Polsat, nie wiem. Na pewno FIVB już raczej nie sprzeda praw w całości, podzieli je na marketing i TV.

A wy jako związek zadbacie, żeby następne mistrzostwa już nie były zakodowane?

- To jest zadanie międzynarodowych federacji, CEV i FIVB. Nawet przy mistrzostwach Europy, przy mniejszej skali, my będziemy mieć jako związek prawa organizacyjne i marketingowe. Telewizyjnych nie. Więc to nie nasza decyzja.

Ale głos Polski się liczy w międzynarodowych federacjach, Mirosław Przedpełski jest wiceprezydentem FIVB. Może warto przekonać działaczy choćby do formuły znanej z UEFA: że podczas mistrzostw przynajmniej jeden mecz dziennie musi być w otwartej TV, w tym mecze gospodarzy.

- Możliwości postawienia takiego warunku na pewno są. A jak będzie, to zobaczymy. W przypadku mistrzostw Europy prawa sprzedaje pośrednik, włoski Infront. FIVB prawa na najważniejsze rynki sprzedaje sama.

Dla FIVB kodowanie nie było problemem?

- Oni patrzą globalnie. I globalnie to problemem nie było. Byli bardzo zadowoleni ze standardu transmisji zapewnionego przez Polsat, najlepszego w historii mundiali, z zagranicznych komentatorów, o których stacja zadbała. Transmisje zostały sprzedane do 168 krajów. Cel osiągnięty.

A na związku kodowanie się nie zemściło?

- Na pewno lepiej by było, gdyby mistrzostwa mogły dotrzeć do szerszej publiczności. Z drugiej strony, kibice siatkówki raczej dostęp do Cyfrowego Polsatu mają. I publiczność mimo kodowania była milionowa. Blisko 600 tysięcy osób obejrzało mistrzostwa na żywo. Kraków, Bydgoszcz, Gdańsk miały nawet bez Polaków świetną frekwencję. No i nasza drużyna jak grała... Impreza rosła wraz z nią. Poza tym, my nie możemy o kodowaniu rozmawiać jak o koncercie życzeń, bo w 2008 roku była określona sytuacja: prawa mogliśmy zdobyć tylko dzięki temu, że Polsat je kupił. Związku nie było stać ani nie miał żadnego innego partnera, który by ten ciężar udźwignął. Polsat zaufał nam, kupił. W FIVB za czasów Rubena Acosty nie było trybu negocjacji. Tylko: kupujesz albo nie kupujesz. Jeśli nie, to pewnie MŚ wróciłyby do Japonii. Więc Polsat musiał zapłacić dużo i to potem wpłynęło na decyzję o kodowaniu. A dziś jest zupełnie inna sytuacja w FIVB. Jest inny szef, inne podejście. Polsat jest mądrzejszy o doświadczenia z mundialu. My też. I jesteśmy innym związkiem niż wtedy. Od 2004 do dziś budżet nam urósł dwudziestokrotnie.

Ile to jest milionów? Na ostatnim zjeździe zakładaliście, że 90 mln, czyli na poziomie PZPN, najbogatszego w Polsce związku sportowego.

- W tym roku jest dużo powyżej stu milionów. Bo rok 2014 jest ze względu na mundial wyjątkowy. A w roku normalnym to jest rzeczywiście ok. 90 mln. Z czego dotacje z ministerstwa to około 30 procent. W tym oczywiście program szkolenia młodzieży, który prowadzimy razem z Ministerstwem Sportu. Na start tych siatkarskich orlików w ubiegłym roku dostaliśmy 30 mln złotych. A teraz dostajemy po 12-13 mln. Na wszystkie cele ściśle sportowe: szkolenie, reprezentacje, wydajemy 67 procent budżetu.

Ile udało się zarobić na mundialu? Przed nim szacował pan wpływy z biletów na 18 mln złotych.

- A uzbierała się kwota dużo wyższa.

O ile wyższa?

- Nie wiem, czy będziemy podawali tę kwotę. Na początku grudnia robimy z Polsatem konferencję podsumowującą mistrzostwa, ale jeszcze nie wiemy, które informacje będziemy przekazywać, niektóre są objęte tajemnicą handlową. Na pewno mundial się zbilansował.

Ale zbilansowany on był, według pana zapowiedzi z konferencji przed mundialem, już przy 18 mln przychodów z biletów. Więc reszta już powinna być zyskiem.

- No tak, były różne warianty. Oprawy itd. Koszty i przychody w niektórych pozycjach zmieniały się, co jest naturalne przy tak dużym przedsięwzięciu.

Polsat miał przed mistrzostwami żal do PZPS, że zagarniacie jak najwięcej wpływów z mistrzostw dla siebie, nawet gdy partner wpadł w kłopoty.

- Nie, my odpowiadaliśmy za wydatki organizacyjne i finansowaliśmy je wpływami z biletów. I jeszcze z 5 mln euro od FIVB.

I z pieniędzy od miast...

- Nie, pieniądze z miast były na ich promocję podczas turnieju. Na organizację była dotacja tylko od Katowic. I z Ministerstwa Sportu - 3,5 mln brutto.

Narzekaliście, że rząd nie chce pomóc w organizacji mistrzostw, że jest za mało pieniędzy. A jednak udało się i wszystkiego wystarczyło. Więc może było tak, jak po prostu powinno być?

- To wymagało naprawdę wielkiego wysiłku. UEFA, organizując u nas Euro, była uprzywilejowana pod każdym względem. Nawet podatkowym. My nie mieliśmy żadnych przywilejów. A przecież każda złotówka wypracowana przez ten turniej, w odróżnieniu od Euro, zostanie w Polsce. Pomysł był polski, technologia polska, wykonanie polskie, zyski polskie.

Sprawa tych pieniędzy na promocję od miast trafiła w pewnym momencie do CBA. Biuro prowadziło dochodzenie, przeszukało siedzibę związku.

- Kosztowała nas ta sprawa dużo zdrowia, ale trafiła do CBA z powodu wewnętrznych konfliktów w związku, walki wyborczej przed zjazdem w 2012.

Byłem na tym zjeździe. Wszystkie zjazdy PZPN przy tym zbladły: były kłótnie, grożenie sobie sądem, opowieści o romansach itd.

- U nas na zjazdach jest gorąco. Od kilkunastu lat. Robi to cały czas ta sama grupa działaczy. A postępowanie CBA zostało umorzone.

Różne słyszałem na ten temat głosy. O parasolu służb nad związkiem, o tym, że związek i wynajęta przez niego kancelaria potrafili doprowadzić nawet do zmiany prokuratora prowadzącego śledztwo.

- Nie, prokurator był ten sam. My jesteśmy bardzo rozplotkowanym środowiskiem.

O panu krążą w środowisku legendy. Mówi się, że prezesi się mogą zmieniać, ale władzę i tak trzyma Artur Popko.

- Czy ja wiem... Może dlatego, że mam najdłuższy staż w zarządzie. W przyszłym roku minie 20 lat pracy w związku. Ja tu jestem od pracy.

A z Januszem Biesiadą, czyli liderem tej grupy działaczy, o której pan mówił, utrzymuje pan kontakty?

- Nie, z Januszem nie, bo zawiódł nas wszystkich. Grupę młodych ludzi, którzy z nim pracowali, gdy przyszedł w 1998 roku do związku.

Związek walczył z nim potem przed sądem, wynajmując kancelarię prawną, by reprezentowała PZPS jako oskarżyciela posiłkowego w procesie Biesiady, oskarżonego o nadużycia. A sąd byłego prezesa uniewinnił. Warto było?

- Sąd uznał po prostu, że nie ma tu odpowiedzialności karnej samego prezesa. W stowarzyszeniach odpowiedzialność ponosi cały zarząd. Stąd taki wyrok. To nie podlegało karze. Ale w uzasadnieniu była mowa o nieprawidłowościach. Ja się cieszę, że Janusz nie został skazany, bo to nigdy nie jest dobra rzecz dla środowiska. A związek musiał być stroną procesu karnego, bo zabezpieczaliśmy nasze interesy. PZPS wystąpił w charakterze oskarżyciela posiłkowego dlatego, żeby zgłosić w ramach postępowania karnego roszczenia odszkodowawcze, zażądać naprawienia szkody w przypadku wyroku skazującego i uniknąć w ten sposób kosztów odrębnego postępowania cywilnego. A z procesem cywilnym ani o odszkodowanie nie występowaliśmy, bo chcieliśmy spokoju. Mało kto już pamięta, że z kolei Janusz Biesiada wystąpił z powództwem wobec PZS, w ramach którego domagał się dla siebie wynagrodzenia za organizację Ligi Światowej, i ostatecznie nie wygrał tej sprawy. W 2004, gdy Janusz Biesiada przestawał być prezesem, budżet PZPS wynosił 7 mln, a niespłacone zobowiązania - 4 mln. Dzisiaj mamy 137 mln budżetu. Lepiej się skupiać na pracy niż na walce.

Na wspomnianym zjeździe Janusz Biesiada mówił, że w takim razie lepiej było wydać kilkaset tysięcy złotych nie na kancelarię, która was reprezentowała w tej sprawie, tylko na szkolenie młodzieży.

- Absolutnie na kancelarię nie wydaliśmy kilkuset tysięcy złotych. To była kwota o wiele niższa. Tak jak powiedziałem, musieliśmy zabezpieczać interesy związku. W 2005 mieliśmy do spłacenia dwie Ligi Światowe. Jedną organizowaliśmy, a tę z poprzedniego roku spłacaliśmy. Trudny czas.

Janusz Biesiada mówił na zjeździe: korzystacie nadal przy organizacji imprez z tych samych firm co ja: ta sama ochrona, te same czirliderki. Tylko teraz to dziwnym trafem kosztuje cztery razy więcej niż za moich czasów.

- Tak, kosztuje więcej, ale nie czterokrotnie. Teraz mówimy o innej skali przedsięwzięcia. Widowiska siatkarskie wymagają nieustannych inwestycji, by rosła ich rentowność. I rośnie. Liga Światowa w czasach Janusza Biesiady była inną imprezą, miała inną skalę i inne przynosiła przychody.

Z końcem 2014 roku wygasa umowa telewizyjna na mecze reprezentacji, z końcem sezonu na męską ligę. Słyszałem w PZPS przed mundialem zapowiedź: jeśli Polsat zakoduje mecze, a kadra wywalczy medal, to w nowym rozdaniu możemy zmienić partnera. Teraz wróciła zgoda?

- Będziemy rozmawiać. Przeszliśmy z Polsatem długą drogę, ponad 10 lat, wiele imprez. Współpraca była generalnie pozytywna. Pracowaliśmy też z telewizją publiczną, teraz mamy pierwszą ligę w TVP. Będzie zapytanie ofertowe, która oferta będzie najbardziej korzystna - finansowo, ale i pod względem dostępności dla kibica - tę wybierzemy.

A kiedy to się rozstrzygnie?

- Myślę, że w listopadzie. Jest zainteresowanie, pracowaliśmy wiele lat na to, żeby siatkówka była towarem premium.

Co zostanie po złotym medalu siatkarzy? Prezes Mirosław Przedpełski wspominał swego czasu o narodowym centrum siatkówki, jak w Brazylii. Aktualne?

- Mamy trzeci rok projektu SOS-ów, czyli Siatkarskich Ośrodków Szkolnych. Co roku tysiąc uczestników dołącza do projektów. Już w systemie zunifikowanego szkolenia mamy 5,5 tysiąca dzieci. Prowadzimy dwie szkoły, jedną w Spale, a drugą przenieśliśmy do Szczyrku, dziewczęcą, której dyrektorem jest Grzegorz Wagner. Prowadzimy w Łodzi szkołę siatkówki plażowej. Zwiększyliśmy PlusLigę do 14 zespołów, Orlen Ligę do 12 zespołów, powołaliśmy młode ligi w obu tych ligach. Żeby młodzież miała gdzie grać. Piramida ma coraz szerszą podstawę. W centralnym szkoleniu mamy co roku około 60 osób, wśród nich gracze na każdą pozycję. Ten zespół może być jeszcze lepszy niż dziś. A przyszły sezon jest bardzo trudny dla reprezentacji. Mamy Ligę Światową, ale i Puchar Świata w Japonii, czyli pierwszą kwalifikację olimpijską. A do tego mistrzostwa Europy. Przygotowania właściwie już się zaczęły.

To prawda, że przy tym pokerze, jakim było wybranie na trenera kadry Stephane'a Antigi, karty rozdawał też Konrad Piechocki, szef Skry Bełchatów? Że to on podpowiedział to rozwiązanie, widząc talent trenerski Stephane'a i szansę na przekonanie Mariusza Wlazłego do powrotu do kadry?

- Rodziło się to wszystko trochę inaczej. Było mało czasu, potrzebowaliśmy kogoś, kto zna środowisko. Potrzebowaliśmy świeżego spojrzenia i kogoś wygłodniałego. Nie takiego, który przyjedzie tylko do pracy, ale położy swoje codzienne życie na szali. A do tego wiedzieliśmy, że będzie presja, której Polak może nie wytrzymać. Było wiele rozmów i zmierzały do Stephane'a. Bo przedstawił wizję, w której centrum była drużyna, a nie gwiazdy. A że przejście od zawodnika do trenera bywa niełatwe, postawiliśmy też na Philippe'a Blaina. Był rozważany jako pierwszy trener, ale jednak Stephane bardziej do naszych oczekiwań pasował.

W ostatnich latach tylko on i Raul Lozano wprowadzali Polskę na podium MŚ. Stephane był dla związku łatwiejszym partnerem niż bezkompromisowy Lozano?

- To już są inne warunki pracy. Raul Lozano przyszedł do nas w 2004 roku. Ja pamiętam, jak kadra leciała w 2003 na mistrzostwa świata do Argentyny, to koszulek nie miała, doleciały później, w ostatniej chwili. Waldek Wspaniały był wtedy trenerem, to może poopowiadać. Pensji nie dostawał przez rok... A dziś trenerem naszej kadry chciałby zostać prawie każdy, bo tu są dobre pieniądze i warunki dla wielkiego sportu. Wtedy koszulek nie było, teraz zupełnie inne problemy nas zajmują: jak loty połączyć, żeby było idealnie, czy w biznesklasie itd. Dziś jest komfort pracy. Wtedy nie było, to był czas walki. W pracy Raula było więcej edukacji, czasem od podstaw. U Stephane'a - więcej psychologii. Dziś mamy też kluby na zupełnie innym poziomie. Wtedy był jeden czy dwa liczące się w Europie. Dziś mamy ich pięć. Siatkarze lepiej trenują w klubach. Inna jest mentalność zawodników. Dzisiejsi nie mają żadnych kompleksów, są obywatelami świata. Ale ja mam do Raula ogromny sentyment. Jego stempel na naszej siatkówce jest widoczny do dziś. I każdy z jego następców też coś dokładał. Daniel Castellani, Andrea Anastasi. Dobrze trafialiśmy, każdy coś zostawiał po sobie. I teraz po 10 latach włoskiej szkoły siatkówki - bo każdy z nich był z włoskiej - trochę zmieniliśmy podejście. Inne bodźce psychologiczne, inne prowadzenie drużyny w turnieju. Inne granie, bardziej cierpliwe. Ale to mistrzostwo świata łączy w sobie to wszystko, co się działo w reprezentacji od 10 lat. A w całej siatkówce: od 1998 roku, od pierwszej Ligi Światowej. Nie wszyscy wtedy w związku byli za tym, żeby w LŚ startować. A ona była najważniejszym krokiem w naszej pogoni za siatkarskim światem. Wtedy podpisaliśmy pierwszą ważną umowę z telewizją, z TVP. To było niedługo po zdobyciu mistrzostwa świata juniorów przez drużynę Irka Mazura. Jego wkład jest bezcenny, on zaraził wszystkich pasją. Ludzie znów wtedy uwierzyli w polską siatkówkę, dali nam szansę. I my mundialem 2014 ten kredyt zaufania spłaciliśmy.

Efektowna ceremonia zamknięcia Igrzysk Azjatyckich [ZDJĘCIA]


Więcej o: