El. ME siatkarek 2015. Makowski gra o kontakt z czołówką

Jesienią pierwszy raz od 1998 roku Polki nie zagrają na mistrzostwach świata, latem po raz pierwszy nie zmierzą się z najlepszymi zespołami World Grand Prix, bo zostały przydzielone do drugiej dywizji. Gdyby zespół Piotra Makowskiego nie awansował do przyszłorocznych mistrzostw Europy, upadek naszej żeńskiej siatkówki byłby spektakularny. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że w weekend w Bydgoszczy biało-czerwone uporają się z Łotwą, Szwajcarią i Ukrainą.
- Moje zawodniczki nie załamały się w trudnym momencie, dlatego pokonały, jak się okazało, mocnego przeciwnika - mówi Makowski, wspominając mecz z Ukrainkami rozegrany przed tygodniem w Lugano. Polki przegrywały w nim już 0:2, ale zdołały odmienić swoją grę i wygrać po tie-breaku.

Gdyby przegrały, w niedzielę zagrałyby z nożem na gardle. 46. w światowym rankingu Ukrainki będą rywalkami biało-czerwonych w meczu kończącym eliminacje. Wszystko wskazuje na to, że przed nim gospodynie drugiego turnieju będą lepsze od wiceliderek tabeli o punkt.

W Szwajcarii zarówno Polki, jak i Ukrainki spotkania z Łotwą i Szwajcarią wygrały bez straty seta. Gdyby w bezpośrednim starciu z najmocniejszym rywalem nasza drużyna się nie podniosła, byłaby teraz poważnie zagrożona koniecznością gry w barażach. A brak awansu do przyszłorocznych mistrzostw w Holandii i Belgii byłby dla siatkarek jeszcze większą tragedią niż przegrana rywalizacja z Belgijkami o udział w tegorocznych mistrzostwach świata.

Styczniowe 0:3 z 22. zespołem rankingu FIVB bolało, bo powrót do kadry takich gwiazd jak Małgorzata Glinka-Mogentale, Anna Werblińska czy Eleonora Dziękiewicz pokazał, że ze "Złotek" nie zostało nam już nic. Ale gdyby ekipa Makowskiego przegrała swoją szansę tym razem, byłby to jeszcze większy problem, bo bez udziału w mistrzostwach Europy budowany na nowo zespół praktycznie nie miałby już żadnej okazji na grę z liczącymi się rywalkami o poważną stawkę (z całym szacunkiem dla komercyjnych Grand Prix i Ligi Europejskiej).

Jednak w swojej Bydgoszczy Makowski ma nadzieję przeżyć coś, co stało się w niej przed pamiętnymi mistrzostwami Europy w 2003 roku. Wówczas właśnie tam drużyna prowadzona przez Andrzeja Niemczyka zakończyła eliminacje do turnieju, pokonując 3:1 Słowację. A później w Turcji sensacyjnie zdobyła złoty medal. Dwa lata później biało-czerwone obroniły tytuł mistrzyń Starego Kontynentu i "Złotka" przez chwilę przyćmiły swoim blaskiem ukochaną przez Polaków reprezentację siatkarzy.

Tamte czasy doskonale pamięta Izabela Bełcik, która teraz pełni rolę kapitana kadry. Niespełna 34-letnia rozgrywająca jest obecnie jedną z niewielu doświadczonych i utytułowanych zawodniczek w drużynie narodowej. Makowski, który został na stanowisku mimo braku awansu na mundial, ma za zadanie stworzyć nową, młodą i żądną sukcesu drużynę.

- Jesteśmy w takiej sytuacji, jak na początku ery trenera Niemczyka. Też do końca nie wiemy, na co nas stać - mówi Bełcik. A trener dodaje, że chce się o tym przekonać, dlatego nawet w podbramkowych sytuacjach nie zamierza sięgać po zgrane gwiazdy.

W Bydgoszczy Polki w takiej trudnej sytuacji na pewno nie znajdą się w meczach ze 104. w rankingu Szwajcarią i 110. Łotwą, z którą w Lugano wygrały jednego z setów do sześciu. Ale z Ukrainą może być gorąco. - Skoro Ukrainki prowadziły z nami 2:0, to mogły wygrać 3:0 - zauważa Niemczyk. - Mimo to wierzę, że turniej w "Łuczniczce" będzie dla naszej żeńskiej siatkówki takim początkiem nowej drogi, jakim lata temu był mecz ze Słowacją. Teraz też w zespole jest sporo młodych zawodniczek, jak damy im spokojnie popracować, to jest szansa, że coś z tego wyjdzie - twierdzi były trener kadry.