Legenda z drużyny Wagnera: Dziewczyny do nas lgnęły, byliśmy królami życia, rozbrajaliśmy policjantów

Tomasz Wójtowicz, jedna z najwybitniejszych postaci polskiego sportu, kończy w niedzielę 60 lat. ?Czarny?, jak mówią o nim koledzy, opowiada nam o swojej karierze, życiu prywatnym, i wspomina pomeczowe imprezy legendarnej drużyny Wagnera.
Przemysław Iwańczyk: Sto lat, Tomasz!

Tomasz Wójtowicz: Gdybym był kobietą, na pewno bym tego święta nie obchodził. Czas biegnie zdecydowanie za szybko; nim się obejrzałem, już sześćdziesiątka na karku.

Jesteś jednym z najwybitniejszych siatkarzy w historii, byłeś mistrzem olimpijskim, mistrzem świata, ale prywatnie niewiele o tobie wiadomo. Pogadamy o tym trochę?

- Na te tematy raczej jestem zamknięty, nie chwalę się swoim życiem prywatnym. Wolę chyba o siatkówce. I zacznijmy może od tego.

Mój start z siatkówką był dość prosty. Ojciec był zawodnikiem, a później trenerem drużyny Motoru Lublin, mama również była zawodniczką. Piłkę pamiętam z dzieciństwa lepiej niż jakiekolwiek inne zabawki. Sala treningowa była tak blisko mieszkania, że bez problemu od najmłodszych lat chodziłem z ojcem na zajęcia. Wprowadzałem się w to wszystko, odbijając piłkę o ścianę albo z kimś w parze, podpatrywałem treningi prowadzone przez ojca. Na poważnie zacząłem grać w szkole średniej.

Kto dostrzegł w tobie talent?

- Ojciec, nie byłem nawet świadomy tego, że uważnie mnie obserwuje. Wcześniej traktowałem siatkówkę jako zabawę, dopiero potem bardziej poważnie. Były pytania i wybory, bo nieźle grałem też w piłkę nożną, kosza i piłkę ręczną. Ojciec nie naciskał, ale jak wybrałem siatkówkę, był wyraźnie zadowolony.

Od początku byłeś tak wysoki i dobrze zbudowany?

- Nie. W szkole podstawowej w klasie były dwie dziewczyny wyższe ode mnie. W szkole średniej podrosłem, na obozie siatkarskim młodzików na Mazurach w dwa miesiące przybyło mi 12 cm.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z Hubertem Wagnerem, legendarnym szkoleniowcem waszej złotej ekipy?

- Jeszcze w juniorach, rok przed pierwszym powołaniem. To było na którymś obozie na Mazurach, gdzie trenowały różne grupy wiekowe. Najpierw zostałem powołany do szerokiej kadry juniorskiej. Gdzieś mi wtedy mignął trener Wagner, ale wtedy zwracał on większą uwagę na starsze grupy, gdzie byli Ryszard Bosek, Włodek Sadalski czy Wiesiek Gawłowski.

Powiedział ci: "Młody, ucz się, a będzie z ciebie kawał siatkarza"?

- Nie było żadnych rozmów, byłem na nie za młody. Prędzej z ojcem rozmawiali na temat mojego szkolenia. Na szczeblu juniorskim, gdzie zdobyliśmy w Barcelonie srebro na mistrzostwach Europy, przeszedłem normalną drogę. Potem, jeszcze będąc juniorem, zostałem powołany do reprezentacji seniorów.

Za czasów twojej wielkiej kariery królowała piłka nożna, Kazimierz Górski i jego drużyna. A ty zabrałeś się do gry świetlicowej.

- Wtedy myślało się trochę inaczej. Technika nie była tak rozwinięta, nie każdy miał telewizor czy radio. W wyobrażeniach nie szło się tak daleko. Reprezentacje siatkówki i piłki nożnej często jeździły na jedne obozy. Piłka nożna miała sukcesy, siatkówka do momentu przyjścia Wagnera nie. Wygrywała z mocnymi drużynami, ale raczej w turniejach towarzyskich, w walce o medale zawodziła. Wszystko odwróciło się po przyjściu Jurka. Mimo to wybrałem siatkówkę, spodobała mi się i już.

Dostałem od Wagnera powołanie do kadry, ale nie było to równoznaczne z graniem w szóstce, ani nawet dwunastce. Gdy trener mi zaufał i wystawił w podstawowym składzie, zaczęło docierać do mnie, że chyba nie jestem najgorszy. Większość kolegów z drużyny była ode mnie starsza, najmłodszy byłem ja i Mirek Rybaczewski. W drużynie panowały inne stosunki niż teraz - robiłem to, czego ode mnie oczekiwano, nie śmiałem odezwać się słowem, istniała pewna hierarchia: starsi rządzili, młodsi słuchali. Powoli jednak zdobywałem szacunek u kolegów.

Wreszcie przyszedł pierwszy sukces. Pamiętasz dokładnie, co działo się, gdy sięgnęliście z ekipą Huberta Wagnera po złoto na mistrzostwach świata w Meksyku?

- Było wielkie święto, bo był to pierwszy medal i pierwszy tak ważny sukces po wielu latach niepowodzeń w najważniejszych imprezach. Zawładnęliśmy hotelem w Meksyku, w którym mieszkały wszystkie drużyny. To było święto na miarę złotego medalu. Zresztą krążą o nim legendy. Mieliśmy w tym mieście-molochu obstawę policyjną na motocyklach z pistoletami u boku. W hotelu była świetna restauracja z meksykańską muzyką w tle, barmanem z bronią w kaburze, niczym na Dzikim Zachodzie. No i my postanowiliśmy zaprosić wszystkie drużyny do tego miejsca. Wszystkie drużyny, które były w finale. Na pierwszy ogień poszła orkiestra, którą wyproszono, jej miejsca zajęli goście - zawodnicy naszej drużyny i innych, dokładnego składu aż tak dobrze nie pamiętam. Barman został rozbrojony, siadł w kąciku, przytomnie pozbył się wcześniej naboi z broni. Zrezygnowany stawiał kreski, oznaczając następne kolejki, a my zarządzaliśmy półkami z alkoholem. Wszystko miało bardzo sympatyczny przebieg, nie było żadnych incydentów. Byliśmy bardzo szczęśliwi, zresztą wraz z upływem czasu zawodnicy pozostałych drużyn też stawali się coraz szczęśliwsi.

Ochraniało nas dwóch policjantów. Jeden z nich był zapaśnikiem, drugi zdecydowanie drobniejszej postury. Poczęstowaliśmy ich naszym specjałem, który przygotowywał się przez cały czas trwania mistrzostw. Ten masywniej zbudowany jakoś przetrwał, zdołał utrzymać motocykl, ten drugi ugiął się pod jego ciężarem. Obyło się bez żadnych obrażeń.

Następnego dnia rano wylatywaliśmy z Meksyku. Gdy autobus już się zapełnił, przybiegł do nas dyrektor hotelu z rulonem kartek i poprosił naszego kierownika drużyny. Mieliśmy do zapłacenia rachunek - pięć tysięcy dolarów. Dla nas była to suma niebagatelna. Na co kierownik odparł: "Przepraszam, ale moi chłopcy piją tylko mleko" i na do widzenia podał mu rękę. Jak odjeżdżaliśmy, kątem oka widziałem tego dyrektora, który stał z tą kartką w ręku skamieniały. Pojechaliśmy na lotnisko, potem odlecieliśmy i szczęśliwie nikt nas nie zaaresztował.

To prawda, że niektórzy z was chcieli żenić się i zostać w Meksyku?

- Takie plotki (śmiech). Byliśmy przyjmowani bardzo dobrze, atmosfera była wspaniała.

Na igrzyska w 1976 r. jechaliście w glorii mistrzów świata z przekonaniem, że wywalczycie kolejne złoto.

- Na pewno było trudniej, bo w Meksyku zaskoczyliśmy wszystkich rywali, a przed turniejem w Montrealu drużyny już przygotowywały się na nas. Uchodziliśmy za jednego z faworytów. Tutaj nie było żadnego zaskoczenia, dlatego te mecze były tak zacięte, większość po 3:2. Na koniec słynne spotkanie, uchodzące za jedno z ważniejszych wydarzeń sportowych XX wieku. Tym większa była nasza radość, że udało nam się potwierdzić, że jesteśmy mocni, a zwycięstwo przyszło dużo trudniej.

Przed wyjazdem do Montrealu trener Wagner zapowiadał, że interesuje go tylko złoto, więc obciążenie było większe, bo powrót ze srebrem nie byłby już sukcesem. Ale też i mobilizacja była pełna. Potem przepiękna ceremonia dekoracji i wielkie święto. My wyszliśmy w miasto, a tam wszyscy Kanadyjczycy nam gratulowali. I znów fajna noc. Baru nie rozbiliśmy jak w Meksyku, bo wszystko było obstawione snajperami i policją.

Poczuliście się wówczas bohaterami, którzy piszą historię sportu?

- Nie do końca. Dopiero gdy dowiedzieliśmy się, jak bardzo kibice w kraju przeżywali nasze występy, oglądali nad ranem mecze, mimo że potem trzeba było zaraz iść do pracy, coś tam zaczęło do nas docierać. Doceniliśmy ich przesiadywanie po nocach, rozświetlone nocą domy, oglądanie i krzyki. No i oczywiście mecz z Rosjanami, a jak wiadomo, czasy były inne.

Twoim zdaniem wasze życie potoczyło się tak, jak byście tego chcieli?

- Brakowało swobody decyzji - nie można było wyjechać, bo obowiązywał przepis, że do 30 lat trzeba dotrwać w zdrowiu i dobrej dyspozycji, aby móc to zrobić. Wiedzieliśmy, jak skończyła się historia Stanisława Gościniaka, najlepszego rozgrywającego w Meksyku, który postanowił wyjechać do USA, za co został dożywotnio zdyskwalifikowany. Nie do końca wszystko grało, ale na te możliwości, jakie panowały w Polsce, na pewno odczuwaliśmy popularność.

Ty dostałeś się do ligi włoskiej.

- Zawodnicy, którzy dobijali 30, decydowali się na wyjazd. Sporo z nich wyjechało do Włoch, bo tam były dobre warunki finansowe. Grałem tam osiem lat. Myślę, że był to najlepszy okres w mojej klubowej karierze. To był zupełnie inny kraj, obyczaje, większa swoboda, Włochy spodobały mi się od razu. Bywałem tam już wcześniej, ale nie miałem okazji ich tak dobrze poznać. Włosi, faktycznie, czerpali dużo wzorców z naszej gry, z naszych systemów. Olek Skiba zdobył z drużyną juniorów mistrzostwo świata, a przecież z tej drużyny później utworzyła się z tego reprezentacja seniorów, która przez kolejne lata święciła triumfy. Jako zawodnik Santalu Parma wywalczyłem z nimi najważniejszy europejski puchar, taką obecną Ligę Mistrzów.

Sportowcy, którzy są na topie, zarabiają mnóstwo pieniędzy, mogą zapewnić byt sobie oraz swoim dzieciom. Jak było z wami?

- W tamtych czasach własne mieszkanie było sporym osiągnięciem, na przydziały czekało się po 20-30 lat. To były dobra, które mogli mieć nieliczni, duży przywilej. Tak samo po igrzyskach. To nie było tak, że dostawaliśmy samochód w prezencie. Dostawaliśmy talony, bez których nie można było takiego nabyć. Ale czerpaliśmy z tego. Jako 18-19-latek miałem swoje mieszkanie w Świdniku.

Czy twoje pokolenie nadal konsumuje tamte sukcesy?

- W zależności od tego, gdzie kogo życie rzuciło. Większość byłych reprezentantów nadal związana jest ze sportem. Ludzie pamiętają o sukcesach, przypomnieniem jest chociażby Memoriał Wagnera. Wielu z nas zostało trenerami, menedżerami, więc na pewno to pomagało.

Porozmawiajmy wreszcie o twoim życiu prywatnym. Dzieciństwo, później dorastanie, kiedy stałeś się rozchwytywanym bohaterem, wokół ciebie były tłumy nastolatek.

- Byłem rodzinnie związany ze sportem, z siatkówką. Każdy drobny sukces uważałem za wspinanie się po drabince kariery. Ojciec był trenerem i zawsze traktował mnie najsurowiej. Mama zmarła tuż po narodzinach o dwa lata młodszego ode mnie rodzeństwa, wychowywała mnie babcia. Ojciec zajęty był treningami, a babcia użerała się z trójką dzieciaków. Życie nie było usłane różami, było dużo kolców. Nasza cała drużyna po tym, jak odniosła te wszystkie sukcesy, starała się być normalna. Staliśmy się rozpoznawalni, trudno było się schować gdziekolwiek - proszono nas o autografy, zdjęcia, opowieści, ale zawsze staraliśmy się być normalnymi ludźmi.

Korzystałeś z popularności, nie miałeś problemu z randkami?

- To prawda. W kawiarni, restauracji czy na dyskotece był cały wianuszek znajomych. Dziewczyny też jakoś bardziej lgnęły.