Liga Światowa. Świderski: Kiedyś musimy przełamać Brazylię

- Andrea Anastasi od początku pracuje nad tym, by głowa polskiego siatkarza była głową zwycięzcy, by zawodnik o wygraną walczył tak samo w sparingu, jak w olimpijskim finale - mówi były wicemistrz świata w siatkówce, Sebastian Świderski. W nocy z piątku na sobotę polskiego czasu nasz zespół rozpocznie walkę w grupie B Ligi Światowej. W pierwszym meczu turnieju w Toronto biało-czerwoni zmierzą się z Brazylią, której w meczu o punkty nie pokonali od dziesięciu lat.
Łukasz Jachimiak: Brazylia bez Murilo, Giby i Leandro Vissotto, Polska w najsilniejszym składzie - lepszej okazji na pokonanie mistrzów świata chyba nie będzie?

Sebastian Świderski: Nie mówmy, że Brazylia jest osłabiona, bo to nieprawda. To jest taki kraj, który ma mnóstwo świetnych zawodników. Dlatego praktycznie nie ma różnicy, czy na boisko wychodzi teoretycznie pierwsza szóstka, czy nie. Rezerwowi chcą się pokazać, a że mają wielki potencjał, to często grają lepiej niż ci podstawowi zawodnicy. Ale powiedzmy sobie szczerze, że kto by w Brazylii nie grał, to mamy szanse z nią wygrywać.

Chce pan powiedzieć, że naszej siły nie musimy szukać w słabości rywala?

- Tak, bo jesteśmy grupą, która już jakiś czas gra w tym składzie. Zgranie już jest naszym atutem. I motywacja. Wierzę, że zespół wyjdzie nastawiony na mocną walkę i nie odpuści.

Zawodnicy zapowiadają, że wreszcie uda im się przełamać Brazylijczyków. To niesamowite, że meczu o punkty Polska nie wygrała z nimi od 10 lat. Bijemy wszystkich, a z nimi przegrywamy nawet w takich sytuacjach jak na Pucharze Świata, kiedy prowadzimy 2:0 w setach i 13:8 w trzeciej partii. Dlaczego?

- W tamtym spotkaniu dwa wygrane sety gwarantowały nam awans na igrzyska olimpijskie. Podejrzewam, że kiedy cel został osiągnięty, w nasze szeregi wkradło się niewielkie rozluźnienie, a Brazylia wykorzystała to niemiłosiernie. Sposób na nich jest tylko jeden - trzeba z nimi grać na maksymalnej koncentracji od pierwszej do ostatniej piłki. Nawet jeżeli się prowadzi bardzo wysoko, to trzeba bardzo uważać, bo wystarczy, że poczują szansę, to są w stanie odwrócić losy meczu. To bardzo niewygodny zespół, dla nas wyjątkowo trudny, ale kiedyś musimy ich przełamać. Dwa lata temu wygraliśmy z nimi na otwarcie hali Ergo Arena w Trójmieście, teraz trzeba to wreszcie powtórzyć w dużym turnieju.

Wygrana w Toronto byłaby szczególnie cenna, bo chyba nie można lepiej niż zwycięstwem nad Brazylią wejść w tak ważny sezon reprezentacyjny?

- Każde zwycięstwo nad Brazylią daje dodatkowego kopa, mobilizuje do pracy. Wiemy doskonale, że nasi zawodnicy bardzo ciężko pracują, by przygotować się do igrzysk olimpijskich, więc taki zastrzyk energii dobrze by im zrobił. Ważne, że każdy z nich o tym wie. Oni od początku będą dawali z siebie wszystko, każdy będzie chciał pokazać, co potrafi i ile daje drużynie, bo walka o miejsce w olimpijskiej kadrze już trwa. Miejsc jest tylko 12, chętnych około 20. Wstępna selekcja już się zaczęła dwa tygodnie temu, trener już zapisuje w notesie pierwsze wnioski, już szkicuje zespół na igrzyska. Zawodnicy o tym wiedzą.

Jak wygląda praca u trenera Andrei Anastasiego? Na co Włoch kładzie nacisk?

- Bardzo dużo czasu poświęca na powtórzenia. Chce wypracować w siatkarzach nawyki, dąży do tego, żeby pewne rzeczy robić bez angażowania głowy. To się liczy w trudnych, podbramkowych sytuacjach. Kiedy robi się nerwowo, organizm ma reagować tak, jak się do tego przyzwyczaił, zawodnik ma bazować na odruchach. Widać, że metody Anastasiego są dobre. W zeszłym sezonie mieliśmy przecież problemy kadrowe, brakowało zawodników z najbardziej znanymi nazwiskami, a mimo to zbudował reprezentację, która w trudnych momentach nie pękała i wywalczyła medale na wszystkich trzech dużych imprezach. Takiego sezonu jeszcze nie było.

Dzięki tym sukcesom zawodnicy wierzą w siebie. Przed startem Ligi Światowej nie mówią, że w tym sezonie ona się nie liczy, że ważne są tylko igrzyska. Zamiast się asekurować zapowiadają, że chcą wygrywać. To chyba też zasługa Anastasiego?

- To typowo włoskie podejście do sprawy. Dla Włochów liczy się tylko zwycięzca. W lidze włoskiej nie ma spotkań o brązowy medal, a zespół, który przegrywa w finale nie dostaje srebrnych medali, zostaje z niczym. Mentalność zwycięzcy Anastasi zawodnikom wpaja od początku. Odkąd tu przyszedł pracuje nad tym, by głowa polskiego siatkarza była głową zwycięzcy, by zawodnik o wygraną walczył tak samo w sparingu, jak w olimpijskim finale.

Na mecze z Brazylią żadnego z naszych siatkarzy motywować nie trzeba, ale w grupie mamy jeszcze Finlandię i Kanadę, a starcia z tymi rywalami wielkich emocji pewnie nie wyzwolą?

- To będą bardzo niewygodni rywale, szczególnie teraz, w pierwszym turnieju. Oba te zespoły są w rytmie meczowym, bo tydzień temu rywalizowały w turniejach kontynentalnych o awans na igrzyska olimpijskie. Na pewno ich forma jest najwyższa, a my rozegraliśmy dopiero jedno spotkanie [towarzyskie z Australią, zakończone zwycięstwem Polski 3:0], a więc tyle co nic. I Finowie, i Kanadyjczycy będą rywalami nieprzyjemnymi, ale jeśli chcemy walczyć o najwyższe cele, to takim przeciwnikom musimy udowodnić, że jesteśmy lepsi.

Udowodnić to trzeba przede wszystkim Finom, z którymi w ostatnich latach kilka razy przegrywaliśmy.

- Ich trenerem jest Daniel Castellani, który świetnie zna naszą reprezentację. To na pewno dla Finów spory atut. Ale patrząc spokojnie pozycja po pozycji trzeba stwierdzić, że jesteśmy dużo mocniejsi. Dlatego to my i Brazylia musimy walczyć o wygranie tej grupy.

Mówi pan pozycja po pozycji, więc zatrzymajmy się przy naszych atakujących. Zbigniew Bartman i Jakub Jarosz w poprzednim sezonie sobie poradzili i w tym znów to na nich, a nie na Mariusza Wlazłego, postawił trener. Szkoda czy nie?

- Teraz możemy gdybać, mówić "dobrze", "źle", "przydałby się", "nie przydał". Fakt jest taki, że Mariusza w reprezentacji nie ma. Znam trenera Anastasiego, wiem, że drużynę na igrzyska chce zbudować podczas Ligi Światowej i rozumiem, kiedy mówi, że ci, którzy chcą jechać do Londynu, muszą już trenować, przygotowywać się pod jego okiem. Sprawa Mariusza dziwnie została rozegrana, dziwnie to wszystko zostało załatwione. Znów niefortunnie mu się dostało i pewnie jeszcze się dostanie. Tego zamieszania w ogóle nie powinno być. Mariusz coś przecież postanowił i powinniśmy szanować jego decyzję. Jeżeli ktoś [prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej Mirosław Przedpełski] chciał go namówić do powrotu do reprezentacji, to powinien to uczynić w styczniu albo w lutym, Wtedy był na to czas, a nie teraz. Cóż, w Polsce wszystko jest możliwe.

A co jest możliwe w tym sezonie, jeśli chodzi o naszą reprezentację?

- Wierzę w olimpijski medal. Jako patrioci musimy w to wierzyć, być za naszą reprezentacją, kibicować jej. Wierzę, że w Londynie oni staną na podium. A jeśli stanęliby na tym najwyższym stopniu, to na pewno bym się na nich nie obraził (śmiech).

Po sezonie reprezentacyjnym razem z Danielem Castellanim poprowadzi pan Zaksę Kędzierzyn-Koźle. Rozmawialiście już, jak ma wyglądać wasza współpraca?

- Z trenerem Castellanim rozmawiam trzy-cztery razy dziennie. Ale o naszej współpracy porozmawiamy dopiero w Katowicach, przy okazji drugiego turnieju Ligi Światowej. Wtedy wszystko ustalimy, włącznie z planem przygotowania Zaksy do sezonu. Teraz kompletujemy skład, tu jest trochę zamieszania, jeszcze wiele znaków zapytania, więc na tym się skupiamy.

Ten skład na dziś wygląda chyba nieźle?

- Po nazwiskach nie chcę oceniać, zobaczymy, jak będziemy przygotowani, jak zawodnicy zareagują na nowych trenerów. Wszystko wyjdzie w praniu, ale mam nadzieję, że będziemy walczyć o mistrzostwo Polski.