Londyn 2012. Kadra siatkarek ma do igrzysk daleko jak nigdy

Szanse na to, że Polki polecą do Londynu, są mniej niż średnie. Jest za to nadzieja, że wizytówką kadry kobiet wreszcie nie będą tylko nieporozumienia i ekscesy. Że wreszcie w głowach wszystkich zostanie tylko sport.
Wkraczam w 2012 rok wolny od tego, co działo się dotychczas. Po niedawnych rozmowach z działaczami klubowymi z nadzieją, że zagrają w kadrze wszystkie najlepsze siatkarki - na czele z Małgorzatą Glinką, która po tym sezonie chce zakończyć karierę. Z planem A zakładającym awans na igrzyska i planem B, gdyby awansować się nie udało - mówi Alojzy Świderek.

59-letni selekcjoner stawia sprawę realnie i koncyliacyjnie, bo prócz formy sportowej musi odbudować upadły, splamiony konfliktami wizerunek kadry.

Kiedy siatkarze mozolnie budowali swoją potęgę, siatkarki trwoniły popularność zawdzięczaną dwoma zdobytymi na początku stulecia mistrzostwami Europy. Nie wykorzystano ani sportowego potencjału ówczesnych Złotek, ani przychylności coraz hojniejszych sponsorów czy mediów.

W przeciwieństwie do męskiej reprezentacji występy w kadrze kobiet do dziś nie są niezbędne, by cieszyć się prestiżem na rynku klubowym i więcej zarabiać. Nasi działacze także w czasach kryzysu płacą nawet do 600-800 tys. zł za sezon zawodniczkom, które w reprezentacji osiągnęły niewiele, a mecze ich drużyn przypominają czasem wyczyny początkujących gimnazjalistek.

To też powód, dla którego większość zawodniczek nie przemierza Europy w poszukiwaniu kolejnych doświadczeń, a kadry nie traktuje jak okna wystawowego na lepszy świat. Reprezentacja, niestety, stała się zjadaczem cennego, wakacyjnego czasu lub źródłem nieporozumień i konfliktów z trenerami czy koleżankami. Coraz więcej czołowych zawodniczek pod zasłoną kontuzji wybiera sielskie życie klubowe nad kadrową harówkę.

Niekiedy trudno się temu dziwić, skoro atmosfera wokół reprezentacji z roku na rok była coraz bardziej podła. Zaczęło się już od Andrzeja Niemczyka, który popadł w konflikt z kilkoma czołowymi siatkarkami. Potem też praktycznie co sezon kadrą wstrząsały mniejsze lub większe skandale.

Nie inaczej było w 2010 r., rozpoczętym się od dymisji 66-letniego trenera Jerzego Matlaka, do której działacze sposobili się od kilku miesięcy, mimo że chwilę wcześniej ocenili go jako fachowca spełniającego oczekiwania. Przesądziły coraz częstsze spory z siatkarkami, kilka nieuzasadnionych absencji i brak widoków na kompromis selekcjonera z całym środowiskiem.

Matlaka zastąpił od dawna przymierzany na to stanowisko Świderek, asystent Niemczyka na pierwszych złotych ME w 2003 r., a później pomocnik Raula Lozano w męskiej reprezentacji. W sytuacji, w jakiej się znalazł, przy kilku nierozwiązanych konfliktach na linii kluby - kadra, czy też personalnych między samymi siatkarkami, piąte miejsce na mistrzostwach Europy czy wcześniej 10. miejsce w World Grand Prix (odpowiednik męskiej Ligi Światowej) można uznać za wyniki satysfakcjonujące. Ale zbyt słabe, niestety, by z powodzeniem walczyć o udział w przyszłorocznych igrzyskach.

Kiedy z włoskim trenerem Marco Bonittą Polki wywalczyły przed czterema laty awans do Pekinu, miały nań szansę do ostatniej chwili, czyli interkontynentalnych kwalifikacji w Japonii, które dają aż cztery bilety na turniej główny. Teraz takiej okazji mieć nie będą, bo w światowym rankingu zajmują zbyt odległe miejsce. Przywilej ten spotka dwóch z kilku wyżej plasujących się przeciwników - Rosjanki, Serbki (ex aequo na 6. miejscu), Niemki (8.) lub Turczynki (10.). Wszystkie te zespoły będą wpierw rywalkami Polek (12.) w turnieju europejskim. Stawkę uzupełnią Chorwatki (29.), Holenderki (19.) i Bułgarki (42.). Te kwalifikacje rozpoczną się 1 maja w Stambule, tylko zwycięzca dostanie bilet na igrzyska.

Ze starej gwardii mistrzyń Europy pomóc w awansie mogą już tylko Glinka oraz Mariola Zenik i Katarzyna Skowrońska. - Liczę, że się zmobilizujemy i zrobimy wszystko, by do Londynu pojechać - mówi Świderek. - A jeśli się nie uda, powołam na kolejne zgrupowanie młode siatkarki. Juniorki, a może jeszcze młodsze.

Dla starszych siatkarek może to zabrzmieć jak ostrzeżenie, ale nie ma w tych słowach nic z groźby. To właśnie plan B, który może wreszcie wciągnąć kobiecą kadrę na należne jej, wysokie w światowej hierarchii miejsce. Męska drużyna przecierała ten szlak kilka lat.