Cudowny rok polskiej siatkówki. Anastasi - trener na medal

Na tle innych sportów siatkówka się nie wyróżnia - jesteśmy mistrzami improwizacji. Ale czasem i z chaosu wykluje się coś dobrego. A nawet znakomitego, bo wybór na selekcjonera Andreę Anastasiego to najlepsze, co nam się mogło trafić
Działacze pękają z dumy, że zatrudnienie Włocha to kolejny z ich świetnych ruchów, które wynoszą dyscyplinę do sportu niemal narodowego. Guzik prawda - 51-letni trener był opcją zaledwie rezerwową, a właściwie rozpaczliwą próbą ratowania kadry po katastrofalnym roku 2010, naznaczonym bolesną klęską w mistrzostwach świata. Nie było wyników, atmosfery, siatkarzy chętnych, by umierać za reprezentację, selekcjonera ani nawet pewnego kandydata na to stanowisko. Koncepcje zmieniały się zresztą co rusz.

Prezes PZPS Mirosław Przedpełski kategorycznie zapewniał, że po erach Raula Lozano i Daniela Castellaniego tym razem da szansę Polakowi. Im dłużej jednak szperał na rodzimym rynku, tym wyraźniej docierało do niego, że odpowiednich ludzi nie ma. A kiedy już uznał, że godnego kadry fachowca znalazł - Jacka Nawrockiego ze Skry Bełchatów - okazało się, że trener ten, owszem, ofertę przyjmie, ale jednocześnie chce zostać w klubie.

Wariant ten - przede wszystkim ze względu na wielkie, niekoniecznie pozytywne emocje, jakie wzbudza bełchatowski gigant - nie przeszedł. Wydawało się, że reprezentację czekają kolejne chude miesiące.

Nagle objawił się Anastasi. Na Polskę był chyba skazany. Jego rodacy uznali, że brak medalu na mundialu, w którym występuje jako uprzywilejowany nieprzyzwoicie łatwą drabinką gospodarz, nie uchodzi. Po długich, zahaczających nawet o polityczne gabinety bojach o zachowanie posady, Włoch został bez pracy, podczas gdy większość czołowych reprezentacji świata albo już trenerów zatrudniła, albo zostawiła starych.

Anastasi mógł co prawda znów znaleźć posadę w klubie, ale największym kunsztem błyszczał zawsze w pracy z drużynami narodowymi. Być może nawet to jeden z najlepszych fachowców na świecie, bo niewielu wybitnych sięgało po tyle, co on. Dwa razy Włochom i raz Hiszpanom dał mistrzostwo Europy, dwa razy wygrał Ligę Światową, ma też w kolekcji brązowy medal olimpijski.

I na nasze szczęście Przedpełski ostatecznie rozpoczął rozmowy właśnie z nim.

Uśmiechnięty, ale z reguły chłodny Włoch zapewnił Polakom w 2011 r podium razy trzy - brąz w LŚ, ME i srebro w uznawanym za najważniejszy siatkarski turniej Pucharze Świata. Przede wszystkim jednak nowy selekcjoner

zdobył wielką sympatię kibiców.

Nie poszedł drogą poprzedników, którzy dzielili sezon na imprezy mniej i bardziej istotne. W każdym turnieju szedł po sukces, wcześniej go zapowiadając. Nie kalkulował, wystawiał możliwie najsilniejszy skład. Nie biadolił na trudne warunki pracy, nie stękał o nieobecności kilku czołowych graczy, którzy od kadry postanowili odpocząć lub - jak Mariusz Wlazły - po prostu nie chcieli w niej grać.

Nie wiadomo, czy Włoch słuchał podpowiedzi, ale od początku kadencji zachowuje się, jakby głęboko przestudiował losy poprzedników. Nie szuka konfliktów, nie zajmuje go krytyka, nie kłóci się ze wszystkimi o wszystko. Stroni od nadmiernego spoufalania się, koterii i działaczowskich frakcji, od czego w Polsce poległ niejeden selekcjoner.

Nasza siatkówka wreszcie doczekała się kadry przewidywalnej, która z wielkich imprez nie wraca z reguły jako niespełniony faworyt. Z drużyną, z której nie wybijają się gwiazdy, "nietykalny" dotąd Paweł Zagumny godzi się z rolą rezerwowego, ikona reprezentacji Piotr Gruszka, choć zdrowy, jest przy powołaniach pomijany, a wskoczyć doń może każdy, kto zasługuje.

Mamy wreszcie zespół, który niełatwo zdefiniować. Potrafi imponować organizacją gry i bogactwem schematów na poziomie bliskim niedoścignionej Brazylii. Kiedy trzeba, staje się szablonowa, ale przez to skuteczna do bólu jak Rosjanie. Niekiedy zachwyca nieprzewidywalnością w stylu kubańskim, np. kiedy Zbigniew Bartman atakuje ze środka boiska w sytuacji niemal krytycznej.

Przed naszą siatkówką fantastyczny okres,

mamy wszystko, by stać się potęgą na lata - wielkie sponsorskie pieniądze, rządowe wsparcie dla programu budującego boiska na wzór "orlików", zainteresowanie mediów, wreszcie kibicowskie szaleństwo, które wypełnia hale przy byle okazji.

Czego nie mamy? Programu, który wyłowiłby kolejnych Winiarskich, Nowakowskich czy Ignaczaków (w Warszawie nie ma nawet dziesięciu porządnych klubów dla dzieci), wspólnych interesów i jednomyślności całego środowiska, które siatkówkę kocha głównie wtedy, kiedy można na niej zarobić lub w jej tle się lansować.

Mało też ludzi jak Anastasi, który przywrócił twarz polskiej siatkówce.

W 2011 roku były sukcesy, świetna atmosfera, reprezentacją wreszcie nie wstrząsały skandale. Trener wziął na siebie odpowiedzialność za wynik od pierwszego meczu, zastrzegł, by w kontrakcie premiować go tylko za sukcesy, stał się gwarantem solidności i ciężkiej pracy, nie czyniąc z kadry miejsca, w którym działacze grzeją się przy sukcesach, a od którego stronią w czasie klęsk. Z nim Polacy stali się naturalnym kandydatem do olimpijskiego podium. A jak Anastasi coś obieca, słowa dotrzymuje.

Na co stać polskich siatkarzy na igrzyskach?