Roberto Santilli: Jestem szczęśliwym człowiekiem

- Po przegranym finale w Pucharze Polski w 2008 roku obiecałem sobie, że nie wyjadę z tego z kraju, dopóki czegoś nie wygram! Dopiąłem swego. Tegoroczny finał Pucharu Polski był nasz. Widok szczęśliwych twarzy moich zawodników zachowam w głowie i w sercu do końca życia - przyznaje Roberto Santilli.
Po trzech latach pracy w Polsce włoski trener pożegnał się z Jastrzębskim Węglem. W przyszłym sezonie będzie odbudowywać potęgę rosyjskiej Iskry Odincowo.

Marcin Fejkiel: Warto było przyjeżdżać do Polski w 2007 roku?

Roberto Santilli: Oczywiście, to były trzy niesamowite lata! Coś pięknego! I nawet nie tyle zawodowo, ile zwyczajnie, po ludzku. Powód, dla którego wówczas zdecydowałem się na przyjazd, był prozaiczny - nowe wyzwanie. Koledzy po fachu odradzali, pukali się w czoło, mówili: "Jesteś wariatem". A ja szukałem wyzwania, niezależnie od tego, że czekało ono na mnie daleko, za granicą, w zupełnie nieznanym kraju. Ten sam powód pchnął mnie do tego, żebym teraz znów coś zmienił. Jedyne, czego żałuję, to tego, że nie udało zdobyć się mistrzostwa Polski.

Nie przypominam sobie, by w ostatnich latach któryś z trenerów pracujących w polskiej lidze pokazałby się tak jak Pan. Chyba tylko Daniel Castellani, który ze Skry trafił na fotel selekcjonera naszej kadry.

- Cóż mogę powiedzieć?... Trudno mi to skomentować. Czuję się szczęśliwy i jednocześnie zakłopotany.

Jaki argument przesądził o wyborze oferty Rosjan?

- Nie opuszczam Polski dla pieniędzy! Stawianie sprawy w ten sposób to głupota. W Jastrzębiu miałem naprawdę godziwe warunki. Po finale ze Skrą poczułem, że było to maksimum, jakie z siebie dałem, jakie mogłem dać. Szczyt wysiłku, mocy, zaufania. Byłem wyczerpany, wyzuty z energii. Podczas ceremonii wręczania medali patrzyłem na ludzi wokół mnie i jedyna myśl, jak krążyła mi wówczas po głowie, była taka: "Stary, tutaj dałeś z siebie wszystko. Czas szukać nowej motywacji". To jak jazda samochodem z wciśniętym do deski pedałem gazu. Kiedyś w końcu nadchodzi moment, że musisz się zatrzymać...

Negocjacje z przedstawicielami Iskry musiał podjąć Pan w trakcie sezonu, bo podpisanie umowy nastąpiło relatywnie szybko.

- Miałem z nimi kontakt telefoniczny, ale w czasie play-offów oznajmiłem im, że nie mam ochoty rozmawiać, bo też i chwila nie jest odpowiednia. Po zakończeniu rozgrywek dałem sobie trzy dni na przemyślenie wszystkich ofert [były jeszcze dwie włoskie - przyp. red.]. Konsultowałem się z Pawłem Abramowem, z którym mam świetne relacje. Wiem, że zachwalał moją robotę Rosjanom. Zamieniłem też słowo z moim przyjacielem Danielle Bagnolim [włoskim trenerem reprezentacji Rosji - przyp. red.]. Potem pozostało mi tylko przekonać żonę. Ona na to: "Nie upieram się, byśmy wracali do Włoch za wszelką cenę. Zresztą i tak ty decydujesz". No to zdecydowałem. Zamieszkamy w Moskwie, która jest metropolią taką samą jak Rzym.

Jakie zadanie postawiono przed Panem w nowym klubie?

- Mam przywrócić dawny blask drużynie, która sześć lat temu wygrała siatkarską Ligę Mistrzów [tegoroczne rozgrywki w Superlidze klub zakończył dopiero na szóstym miejscu - przyp. red.]. Kontrakt podpisałem na dwa lata. Zapewniono mnie, że będzie większy, stabilny budżet, więc budujemy zespół zdolny rywalizować z najlepszymi, a przede wszystkim z bogatszymi: Zenitem Kazań, Dynamem Moskwa i Lokomotiwem Biełgorod. Jest Werbow, Kuleszow, może dojdą Abramow, Samica. Z nimi naprawdę można wiele! Zdaję sobie sprawę, że współpraca z tymi gigantami światowego formatu może nie należeć do najłatwiejszych, ale jestem optymistą. Nie mam obaw.

Nie żałuje Pan, że z Iskrą nie będzie możliwości sprawdzenia się w Europie?

- Przyznam, że jest mi to nawet na rękę. Czterech, pięciu graczy będzie uczestniczyło w mistrzostwach świata. Biorąc pod uwagę, jak wyczerpująca jest to impreza, to w kontekście ligi odpoczynek w rozgrywkach pucharowych dobrze nam zrobi.

Co Pan zapamięta najlepiej z pobytu w Polsce?

- Dobre pytanie. Trochę tego było... Na pewno oba finały Pucharu Polski. Podczas poznańskiego turnieju w 2008 roku w półfinale pokonaliśmy Skrę i pewni siebie już podnosiliśmy to trofeum. Tymczasem Częstochowa wyrwała nam je z rąk. Straszne rozczarowanie... Wtedy obiecałem sobie: "Kur... mać! (Włoch klnie po polsku ). Nie wyjadę z tego z kraju, dopóki czegoś nie wygram!". Doczekałem się w tym roku. Bydgoszcz okazała się nasza. Najwspanialszy obrazek, jaki dotąd mam przed oczami, to widok szczęśliwych twarzy moich zawodników. Przypominam sobie choćby Adama Nowika, który grał w siatkówkę chyba z dwadzieścia lat i nigdy wcześniej nie było dane mu przeżyć czegoś podobnego. Te sceny zachowam w głowie i w sercu do końca życia.

Nie sposób zapomnieć też o naszych kibicach. Wiem, że już wszystko na ich temat zostało powiedziane, ale trzeba ich chwalić ile się da! Nazwałbym ich The Special One.

Ludzie mówią, że gdyby Pan został jeszcze ten rok, zdobyłby Pan w końcu wymarzony tytuł mistrzowski. Statystyka na to wskazuje [Santilli w kolejnych latach zajmował z JW miejsca czwarte, trzecie, drugie - przyp. red.].

- Trudno temu zaprzeczyć (śmiech ). A mówiąc poważnie, dyskutowałem z prezesem Grodeckim o tym, jak ciężko będzie zatrzymać tę samą grupę ludzi na przyszły sezon. Nie było to bez znaczenia. Znając jednak spryt i operatywność prezesa, wiem, że znowu będzie w stanie ściągnąć do klubu wartościowych zawodników.

Co uznaje Pan za swoją największą zasługę? Promocję młodych zawodników, jak Patryk Czarnowski czy Grzegorz Łomacz, do reprezentacji? A może umiejętne wykorzystanie talentu Igora Yudina?

- Kluczowa była zmiana sposobu pracy. Dotyczy to działań zarządu, ale przede wszystkim metod treningu. Zmieniliśmy pewne nawyki, które zastałem, przychodząc do klubu. Wiadomo, że nie dało się zrobić wszystkiego w dwa miesiące. Potrzebowałem czasu. Grunt, że gracze robili dokładnie to, czego od nich oczekiwałem. Była między nami chemia. Słuchali mnie, szanowali, poszli za mną. Za to dziś mówię im: "Wielkie dzięki". A rezultat naszej wspólnej pracy poznaliście w tym sezonie. Uwierzcie, to nie był przypadek, że klub z nie najwyższym budżetem osiągnął takie sukcesy.

Jak daleko sięgają Pańskie ambicje? Mierzy Pan w funkcję trenera którejś z reprezentacji narodowych?

- Serio chce Pan to wiedzieć? Przede wszystkim chcę być... szczęśliwym człowiekiem (śmiech ). A tego nie gwarantują wyłącznie świetna praca w Polsce czy Rosji ani żadne fortuny czy wielkie pieniądze. Nawet nie zabiegam o nie. Mnie radość w życiu daje uśmiech mojego syna Ricardo.

Jak będzie u Pana z nauką rosyjskiego? Podobnie jak z opanowywaniem naszej mowy?

- Musiał Pan obnażyć moje słabe punkty?!... Ale rzeczywiście jestem odporny na wiedzę tego rodzaju. Pewnie znów będę się starał, próbował, a rezultaty i tak okażą się wiadome.