Siatkarze z Jastrzębia gonią ZAKSĘ, ale czy dogoni?

Po zwycięstwie nad AZS-em Częstochowa i potknięciu kędzierzynian w Wieluniu, siatkarze Jastrzębskiego Węgla tracą do zespołu Krzysztofa Stelmacha tylko punkt i wciąż zachowują szanse na drugie miejsce przed fazą play-off
Gra toczy się o dużą stawkę. Drużyna, która skończy sezon zasadniczy tuż za plecami Skry Bełchatów, uniknie starcia z mistrzami Polski w ewentualnym półfinale. - Teraz jest to nasz cel podstawowy. Musimy zrobić wszystko, by do końca tej rundy nie stracić już punktów - stwierdził po meczu z AZS-em atakujący JW Igor Yudin.

Zarówno on, jak i jego rodak Benjamin Hardy, stanowili w sobotę siłę napędową zespołu. Pierwszy set w wykonaniu gospodarzy powinien służyć jako siatkarski elementarz. Agresywna zagrywka, czysty odiór, kombinacyjne i błyskotliwe ataki z wykorzystaniem szóstej strefy - po prostu perfekcja! A wszystko poparte niebywałą ofiarnością. Rosjanin Paweł Abramow w pogoni za umykającą za linią piłką rzucał się jak tygrys syberyjski na swoją ofiarę. Jeden z jego susów skończył się nawet lądowaniem na trybunach... w objęciach klubowych oficjeli! - Nie wiem, czy był to nasz najlepszy set w tym sezonie, ale prawdą jest, że wychodziło nam wszystko - przytakiwał Yudin.

Drugą partię jastrzębianie zaczęli równie obiecująco, ale akademicy nie odpuścili. Chyba przypomnieli sobie, że w bojach jastrzębsko-częstochowskich zawsze szły iskry i tradycji musiało stać się zadość. Największe kłopoty były z powstrzymaniem bombardiera Piotra Łuki. Mimo to siatkarze JW lepiej wytrzymali nerwową koncówkę i prowadzili 2:0.

- Zmarnowaliśmy zbyt wiele kontrataków. Na siedemnaście szans wykorzystaliśmy zaledwie trzy! - nie mógł odżałować trener AZS-u Grzegorz Wagner, który od tego momentu dał wyraźny sygnał swoim zawodnikom, by ryzykowali bez względu na konsekwencje. W polu zagrywki siatkarze AZS-u więc nie zwalniali rąk, a w ich ataku znacznie skuteczniej zaczął grać Paweł Mikołajczak. Kiedy łapali już oddech ulgi mając aż cztery piłki setowe (20:24), precyzyjnymi serwami zaczął ich nękać Abramow. JW zdołał nawet doprowadzić do wyrównania, ale poległ na przewagi.

I to było wszystko, co byli w stanie rzucić na szalę goście. Jastrzębie za sprawą australijskiego duetu powróciło do kapitalnej dyspozycji i pewnie wygrało czwarty set i cały mecz.

- Przyjechaliśmy w dziewięcioosobowym składzie. Nie będziemy się tłumaczyć tym, że brakowało nam czterech zawodników, tak jak robią to inne zespoły z naszej ligi, które mając osiemnastoosobowy skład, robią lament na pół Europy, gdy wypadnie im jeden gracz. Powalczyliśmy i za to należą nam się brawa -

- Kończy się sezon zasadniczy i każdy punkt jest na wagę złota. Zagraliśmy perfekcyjnie blokiem [12-6 w tym elemencie - przyp. red.] i dzięki temu możemy cieszyć się z aż trzech punktów - ocenił kapitan JW Grzegorz Łomacz.

- W tej chwili pracujemy nad tym, by wrócić do naszego najwyższego poziomu. Wykonaliśmy kolejny krok na tej drodze. Ważne, że zachowujemy naszą pozycję w tabeli - podsumował szkoleniowiec jastrzębian Roberto Santilli.

Było bardzo blisko, by sobotnia wygrana wywindowała JW na drugą pozycję. Zajmująca tę lokatę ZAKSA przegrywała już bowiem 0:2 w Wieluniu. Kędzierzynianie potrafili się jednak podnieść i wygrali. Strata punktu przez ZAKSĘ spowodowała, że różnica pomiędzy nią a JW zmalała do jednego "oczka". Do końca rundy zostały dwie kolejki, w których jastrzębski zespół zagra dwa mecze na wyjeździe: z AZS-em Olsztyn oraz Delectą Bydgoszcz.

Jastrzębki Węgiel - AZS Częstochowa 3:1 (25:16, 28:26, 25:27, 25:19)

JW: Nowik, Łomacz, Abramow, Yudin, Czarnowski, Hardy, Rusek (l) oraz Master, Novotny, Pęcherz.

AZS: Wierzbowski, Nowakowski, Kardos, Mikołajczak, Łuka, Wrona, Zatorski (l).