Sport.pl

Sebastian Świderski po cieżkiej kontuzji wstaje z poziomu "minus dwa"

Sebastian Świderski, jeden z najlepszych polskich siatkarzy ostatnich lat, po dramatycznej kontuzji zaczyna walkę o powrót do wielkiego sportu. - Dopiero przede mną skakanie, odrywanie się od ziemi. Na razie to ja tylko odrywam od podłoża piętę. Mam w planie wrócić na dobre w styczniu, przede mną dwa miesiące ciężkiej pracy - mówi Świderski w specjalnym wywiadzie dla Gazety Sport.pl.
Tuż przed mistrzostwami Europy we wrześniu, gdzie Polska zdobyła pierwsze miejsce, 32-letni skrzydłowy Lube Banca Macerata Sebastian Świderski zerwał ścięgno Achillesa. Współczuła mu wtedy cała siatkarska Polska. To jemu Paweł Zagumny, kapitan reprezentacji, zadedykował później złoty medal. A wszyscy siatkarze, w pamiętnym geście, solidaryzowali z kontuzjowanym kolegą.

W styczniu Świderski chce wrócić do gry i wyjechać z kadrą na przyszłoroczne mistrzostwa świata.

Przemysław Iwańczyk: Polscy siatkarze wyruszyli wczoraj bez pana na Puchar Wielkich Mistrzów do Japonii. Żałuje pan?

Sebastian Świderski: Mimo że to impreza komercyjna, fajnie byłoby się pokazać. Smutno mi, ale nie robię tragedii. Zamiast użalać się nad sobą, stawiam sobie nowy cel w życiu: dojść do siebie i zacząć grać.

Jak przebiega rehabilitacja?

- Do zaleconej wcześniej terapii, a więc ciężkiej siłowni, basenu, dołożyliśmy ćwiczenia z piłką, odbijanie jej w ruchu, przemieszczanie się po boisku. Podczas rehabilitacji mam w basenie coraz płytszą wodę, żeby nie było zbyt łatwo. Rezultaty widoczne są gołym okiem. Z tygodnia na tydzień mam większą mobilizację, coraz więcej siły.

Kiedy pan zagra?

- Przy tak poważnym urazie trudno wskazać konkretną datę. Dopiero przede mną skakanie, odrywanie się od ziemi. Na razie to ja tylko odrywam od podłoża piętę. Mam w planie wrócić na dobre w styczniu, przede mną dwa miesiące ciężkiej pracy.

Myślał pan już o przyszłorocznych MŚ?

- Najpierw będę musiał wywalczyć miejsce w składzie. Po kontuzji przystąpię do rywalizacji nawet nie z poziomu zero, ale gdzieś dwa stopnie niżej niż koledzy. Będę walczył, nigdy nie powiem trenerowi "nie".

W sumie cieszę się, że mamy tak silną kadrę i że miejsce w niej trzeba naprawdę wywalczyć. Mamy 18, 20, nawet 22 graczy, z których każdy może wejść i grać.

Jak spodobała się panu złota formuła, którą próbowano na klubowych mistrzostwach świata?

- Nie spodobała mi się w ogóle. Czytałem wiele komentarzy w polskiej prasie i internecie, dotarły do mnie także włoskie opinie i wiem, że nie jestem odosobniony.

Akurat Włosi powinni być zadowoleni, bo ich Trentino Volley sięgnęło po tytuł.

- To włoski klub, ale Włochów tam jak na lekarstwo. Trentino wypadło najlepiej nie tylko w Katarze, nie ma konkurencji także w lidze, w ogóle nie dziwi mnie ich kolejny triumf.

Złota formuła to na pewno nie system dla takich siatkarzy jak pan - technicznych, mierzących mniej niż dwa metry.

- To zasady stworzone dla skrzydłowych, którzy lubią i umieją atakować z lewego skrzydła z drugiej linii. W normalnych warunkach akcja wyprowadzona z piątej strefy jest rzadkością. Taka gra wymaga odpowiedniego przygotowania. Przy ograniczeniu roli środkowych skrzydłowi muszą wykonać kilkanaście, a może i nawet kilkadziesiąt skoków więcej niż zwykle. Kontuzje, problemy, większa eksploatacja organizmu - to wszystko cena za ewentualne wprowadzenie złotej formuły.

Gdyby rzeczywiście wprowadzono ją na stałe, a są plany, by stało się to w 2012 roku, byłaby to dla mnie zła wiadomość.

W złotej formule idealnie sprawdził się Bartosz Kurek, który zrobił ostatnio niesamowity postęp. Zaskoczył pana?

- Nie, bo widziałem, jak ciężko pracuje. Wystrzelił z formą na mistrzostwach Europy, teraz kontynuuje to w klubie. Cieszy mnie przede wszystkim, że Bartek gra, a nie marnuje talent na ławce rezerwowych jak w ostatnich latach. Dzięki doświadczeniu, jakie zdobywa na boisku, staje się odporniejszy psychicznie. Kiedyś po jednej czy dwóch nieudanych akcjach przeżywał niepowodzenie, grał gorzej, zacinał się. Teraz to dla mnie jeden z najlepszych siatkarzy na świecie.

Od czasów Piotra Gruszki nie było chyba siatkarza, któremu wróżono by tak świetlaną przyszłość.

- Też nie pamiętam innego zawodnika z takimi perspektywami. Zwracam jednak uwagę na niuans. Ani Piotrek, ani inni utalentowani gracze nie mieli możliwości tak częstych konfrontacji ze światową siatkówką. Zamykaliśmy się wówczas na naszym podwórku, tu zdobywaliśmy najwięcej doświadczeń. Bartek już na treningach może czerpać z zagranicznych siatkarzy grających w naszej lidze, z zagranicznego trenera [Daniel Castellani - red.], który niedawno skończył karierę zawodniczą, jest obyty w świecie. Bartek gra także w najważniejszych światowych imprezach, a jak wielkie ma to znaczenie, nie muszę chyba mówić.

Rozumiem, że włoskie kluby brałyby Kurka w ciemno.

- Już wcześniej o niego zabiegały. Jak jest teraz, nie wiem, ale najpierw trzeba zapytać Bartka, czy chciałby spróbować zmierzyć się z włoską ligą.

Powinien spróbować?

- Na jego miejscu bym wyjechał. Zmienił klimat, zobaczył inny świat, inne treningi, inną ligę. W Polsce - nie oszukujmy się - są cztery, może pięć spotkań na wysokim poziomie. We Włoszech, gdzie gra 15 drużyn, takich meczów jest o wiele więcej, nie ma przepaści między pierwszym a ostatnim zespołem, a środek tabeli jest niezwykle wyrównany. Tu nie ma meczów bez stawki, w każdym trzeba dać z siebie maksa. W Polsce, niestety, kiedy pierwszy gra z ostatnim, faworyt wygrywa na wielkim luzie. To nie służy rozwojowi, przekłada się później na występy w reprezentacji, gdzie każde spotkanie jest o wszystko, a opanowanie nerwów odgrywa ważną rolę. Kiedy nie przeżywa się takiej sytuacji co tydzień, trudno zapanować nad sobą w naprawdę kryzysowych momentach.

Można mówić o Kurku, że to już najlepszy polski siatkarz?

- Najlepszy siatkarz to dla mnie nie tylko strona sportowa, to także zachowanie poza boiskiem, charyzma. Poza tym jak porównać Bartka do, na przykład, Pawła Zagumnego? Każdy z nich ma inną pracę do wykonania. Szczerze mówiąc, miałbym kłopot z wytypowaniem najlepszego polskiego siatkarza na danej pozycji. Gra zespół i nie jest powiedziane, że ktoś, kto sprawdza się w reprezentacji, sprawdzi się w klubie, gdzie ma obok siebie zupełnie innych kolegów. Złotego medalu ME nie wygrał jeden zawodnik, wygrał cały team.

Wracając do Pucharu Wielkich Mistrzów - nieobecność Zagumnego może mieć kluczowe znaczenie?

- Tak. Pamiętamy, ile znaczyła nieobecność Pawła w Lidze Światowej. Stąd też brały się nie najlepsze wyniki. Zresztą to niejedyny powód tych słabych występów. Grali wówczas siatkarze, którzy w sezonie nie zbierali doświadczeń, byli w klubach rezerwowymi. Teraz, jadąc nawet bez Pawła, będzie to zupełnie inna reprezentacja. Spodziewam się lepszych wyników niż w Lidze Światowej. Jechać do Japonii, nie zabijać się, choć starać się wygrać, szukać doświadczeń - tak pojmuję tę imprezę.

Od złota ME minęły dwa miesiące. Skonsumowaliśmy sukces należycie?

- Wizyty w telewizji, rozkładówki w gazetach, wywiady - wszystko fajnie, ale za chwilę to się skończy i o sukcesie nikt nie będzie pamiętał. Wykorzystajmy to złoto do końca, bo w polskiej siatkówce są ludzie, którym zależy. Wierzę też, że nie ma wśród nich takich, którzy wykorzystują mistrzostwo chłopaków tylko do własnych interesów.

Jak się podoba panu nasza liga? Po sześciu kolejkach na czele Skra, a za nią wojna między Resovią, Jastrzębskim Węglem i ZAKSĄ.

- Niestety. Mówię niestety, bo Skra ma taki wielki potencjał, że najprawdopodobniej znów wygra ligę. Nie chcę powiedzieć, że bełchatowianie zmonopolizowali rozgrywki, bo reszta jednak zbliżyła się do nich. Przez to liga zrobiła się ciekawsza, bardziej wyrównana, za plecami Skry jest nawet pięć drużyn. Po meczach, które oglądałem, wielkim zaskoczeniem jest dla mnie Delecta Bydgoszcz. Miło ogląda się również Resovię z Alehem Akhremem, który prowadzi ten zespół. Jeśli unikną kontuzji, może powalczą ze Skrą. Co do Jastrzębia, myślę, że zakupem jednego klasowego gracza [Pawła Abramowa - red.] nie da się zawojować ligi. ZAKSA powinna sprawić kilka niespodzianek, cichą wodą jest dla mnie AZS Częstochowa. To fajna młodzież wsparta doświadczonymi zawodnikami.

"Odgryżć się na Brazylii" - mówi Bartosz Kurek »