Siatkówka. Dawid Konarski: śrubeczka będzie dokręcana, odczujemy że prowadzi nas De Giorgi

- Do pierwszego weekendu Ligi Światowej mamy trzy tygodnie i śrubeczka będzie nam dokręcana. Już pod koniec pierwszego tygodnia pracy z De Giorgim odczujemy, że to on nas prowadzi. I dobrze, to jest odpowiednia droga. Musimy mu wszyscy zaufać. Na pierwszym spotkaniu poprosił, żebyśmy za nim poszli - mówi Dawid Konarski, atakujący, który dwa sezony spędził z Ferdinando De Giorgim w Zaksie Kędzierzyn-Koźle, a teraz ma być jednym z kluczowych zawodników Włocha prowadzącego siatkarską reprezentację Polski

Łukasz Jachimiak: W reprezentacji Polski rozegrałeś już prawie 100 meczów, ale chyba nigdy nie spoczywała na Tobie taka odpowiedzialność jak teraz, bo z powołań wynika, że jesteś szykowany na atakującego numer jeden?

- Na pewno większe niż w poprzednich latach jest zainteresowanie z Waszej strony. Muszę się z tym trochę oswoić, bo jestem człowiekiem, który raczej się nie skarży, że ma za mało zainteresowania. Oczywiście zawsze z chęcią udzielałem wywiadów, jeśli ktoś ich chciał, ale nigdy nie szedłem na pierwszy ogień, sam się nie wychylałem, widząc, że kamera jest wolna. A jak będzie z grą? Będę się starał być podstawowym atakującym, ale mamy jeszcze dwóch młodszych chłopaków, którzy na zgrupowanie do Spały nie przyjechali na wakacje. Zobaczymy też, jakie pomysły ma trener. Pewnie dopiero po około dwóch tygodniach będziemy widzieć jakiś zarys drużyny.

Zostawmy kurtuazyjne wypowiedzi, bo trudno uwierzyć, że po świetnym sezonie w PlusLidze, i to w drużynie prowadzonej przez trenera De Giorgiego, przegrasz rywalizację z Maciejem Muzajem albo Łukaszem Kaczmarkiem.

- Trener na pewno przygotuje wiele wariantów, bo taka jego rola. Ale ja będę robił wszystko, żeby być pierwszym atakującym i dać drużynie to co mam najlepsze.

Trener powiedział Ci wcześniej, że Bartosz Kurek będzie u niego przyjmującym, czy dowiedziałeś się dopiero widząc listę powołanych z przypisanymi pozycjami?

- Z różnych stron docierały do mnie głosy, że tak będzie. Trener się z tym nie zdradzał, ale przecież Bartek został przesunięty na przyjęcie w klubie, tam grał dobrze, więc słyszałem, że trener De Giorgi też będzie chciał z niego skorzystać na przyjęciu. Zwłaszcza, że grupę atakujących uznał za sporą, stwierdził, że ma z czego wybierać. Oczywiście Bartek jest uniwersalny, wszyscy wiemy, że może grać na obu pozycjach, ale teraz faktycznie jest z nami jako przyjmujący.

W jednym z wywiadów po podpisaniu umowy z Ziraatem Ankarą powiedziałeś, że przyjąłeś ofertę szybko, bo nie chciałeś zaprzątać sobie głowy transferem kiedy już rozpocznie się sezon reprezentacyjny. To chyba najlepszy dowód, że bardzo chcesz wykorzystać swoją szansę na bycie kluczowym zawodnikiem?

- Na pewno zawsze lepiej się trenuje i gra, kiedy już się ma ten spokój, że sprawy klubowe są załatwione. Takie rozmowy o zmianie zespołu przebiegają trudno, to jest telefon albo dwa codziennie, a bywa, że telefon dzwoni sześć-siedem razy, że prowadzi się długie rozmowy wieczorami. Cieszę się, że to już jest za mną, że sytuacja jest jasna i teraz jestem na sto procent w reprezentacji.

Dlaczego wybrałeś Turcję? Pieniądze są tak duże, że rekompensują strach? Bo on chyba musi być, zwłaszcza jeśli rozmawiałeś z Michałem Kubiakiem, który przyznaje, że od pewnego momentu ciężko mu się tam żyło, że realnie czuł zagrożenie zamachami.

- Na razie o zamachach za dużo nie myślę, przed wyjazdem na pewno będzie trochę inaczej, bo wiem, że superbezpiecznie tam nie jest. W Kędzierzynie szansa na bombę była nieporównywalnie mniejsza, ale z drugiej strony w Turcji też nie jest tak, że zamachy są ciągle. Pocieszamy się z rodziną tym, że od jakiegoś czasu w Turcji jest spokojniej. Bardziej się bałem we wcześniejszych latach. Wtedy też miałem propozycje z Turcji. Teraz, po rozmowach z żoną, która oczywiście ze mną pojedzie, ale też i po rozmowach z Michałem, stwierdziłem, że jednak warto jechać. Klub bardzo mnie chciał, zgodził się na moje warunki finansowe i przedstawił fajną wizję walki o najwyższe cele, a przecież świat zachodni wygląda dziś tak, że też nie jest bezpieczny. Coś złego może się wydarzyć również we Włoszech, we Francji czy w Niemczech. Czy ktoś sobie wyobrażał atak na autokar Borussii Dortmund? Wydawałoby się, że tych piłkarzy nikt nie może ruszyć, a było bardzo blisko wielkiej tragedii. Generalnie uważam, że trzeba mieć wielkiego pecha, żeby zostać poszkodowanym w zamachu, nawet w Turcji. Tak wielkiego, jak wielkie szczęście ma ten, kto wygrywa w totolotka.

Odszedłbyś z Zaksy, gdyby De Giorgi został, gdyby mógł prowadzić i klub, i reprezentację?

- Nie wiem, to bardzo trudne pytanie. Wydaje mi się, że trener Gardini to też dobry fachowiec. Ale gdybym miał wizję dalszej pracy w tym samym projekcie? No nie wiem, naprawdę. Myśli o wyjeździe kiełkowały mi w głowie od marca, czyli jak już wszystko było jasne. Wtedy uznałem, że zdecydowanie chcę wyjechać, zobaczyć jak to będzie poza Polską. Oczywiście warunek był taki, że muszę dostać fajną propozycję. Przy średniej na pewno nie ruszałbym się z Kędzierzyna. A skoro pojawiła się dobra oferta, to skorzystałem i już trochę myślę o przeprowadzce, trochę się nie mogę doczekać, bo w Polsce grałem długo. Oczywiście nie mówię, że za rok czy za dwa nie wrócę, że już do końca kariery będę grał tylko w zagranicznych klubach. Ale na razie to jest czas na spróbowanie się poza PlusLigą.

Dlaczego wybrałeś Ziraat? To nie jest klub gwiazd, grać będzie tylko w Pucharze CEV, a Zaksa to klub z Ligi Mistrzów. Chyba nie możesz się obrażać, słysząc, że być może sportowo robisz krok w tył?

- W klubie są fajne plany, szefowie pracują nad paroma naprawdę dobrymi transferami, ale nazwisk nie mogę podać. Ja się zdecydowałem, mam nadzieję, że inni teraz do mnie dołączą.

Inni z Zaksy, inni z reprezentacji Polski?

- Ogólnie, koledzy z siatkówki (śmiech). Na pewno Ziraat ma możliwości zbudowania mocnego zespołu. Nigdy nie był mistrzem Turcji, teraz w klubie chcą to zmienić.

Widziałeś bazę klubu, byłeś tam na negocjacjach?

- Nie byłem, reprezentował mnie menedżer, z którym byłem w kontakcie telefonicznym. Czasu po sezonie klubowym nie było dużo, wolałem pojechać na krótki urlop. Menedżerowi ufam, jest od tego, żeby się takimi sprawami zajmować, żebym ja mógł się skupić na odpoczynku, na swoim zdrowiu, później na graniu.

De Giorgiego znasz lepiej niż większość zawodników reprezentacji i mówisz, że na początku koledzy mogą trochę narzekać po kątach. Będzie trudniej niż u Stephane'a Antigi?

- W Zaksie bywało, że boli, zdarzały się treningi dochodzącego do czterech godzin. Ja już więc płakał nie będę, jeśli przyjdą bardzo mocne zajęcia, bo dla mnie to nie będzie nic nowego. A dla innych chłopaków? Zobaczymy. Na pewno będziemy trenować ciężko, ale też dobrze jakościowo, te dwie rzeczy będą pogodzone. Do pierwszego weekendu Ligi Światowej mamy trzy tygodnie i śrubeczka z całą pewnością pomalutku będzie nam dokręcana. Już pod koniec pierwszego tygodnia pracy z De Giorgim odczujemy, że to on nas prowadzi. I dobrze, to jest odpowiednia droga. Musimy mu wszyscy zaufać. Na pierwszym spotkaniu poprosił, żebyśmy za nim poszli, żebyśmy mu uwierzyli. Chyba wszyscy są na to gotowi, bo nowy trener reprezentacji zawsze na wszystkich działa mobilizująco.

Na tym spotkaniu trener przemawiał do Was po włosku?

- Nie, wybrał angielski, bo włoski zna tylko dwóch albo trzech z nas. Ale w razie problemów z angielskim mamy dwóch asystentów, którzy świetnie znają włoski, więc będą tłumaczyć.

Polskiego De Giorgi się uczy, czy tylko czasem zapamięta jakieś słówko?

- Oj, jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, zanim trener zacznie mówić po polsku. Na takie rozmowy najlepiej wszyscy umówmy się z nim po igrzyskach w Tokio. O sukcesach, jakie osiągniemy razem i tam, i we wcześniejszych latach.

Nie próbowaliście w Zaksie zrobić mu przyspieszonego kursu, kiedy już wiedzieliście, że obejmie kadrę?

- Były jakieś żarty, ale nie przesadzaliśmy, bo zdążyliśmy poznać trenera na tyle, by wiedzieć, że jest bardzo ambitnym człowiekiem i wcale nie trzeba go do niczego specjalnie zachęcać. Pojedyncze zwroty, typowo siatkarskie, opanował, nawet na przerwach w trakcie meczów ich czasem używał. Ale jak się zdenerwuje, to mówi tylko po włosku.

Co najbardziej denerwuje De Giorgiego? Macie już regulamin, który precyzuje, czego nie powinniście robić?

- Początek zgrupowania to mnóstwo spraw marketingowych, spotkania z mediami i wejście w trening. Dłuższe spotkanie, na którym trener w szczegółach powie co i jak, dopiero przed nami. Jedno, co już zauważyli wszyscy, dotyczy zajęć. Na nich nie wolno się zagapić, trochę przysnąć, nie zrobić czegokolwiek na sto procent. Od razu jest reakcja. Według de Giorgiego kluczem do sukcesu jest maksymalna koncentracja. Bardzo tego pilnuje, wiem po sobie. Parę razy w Zaksie myślałem sobie "dobra, teraz nie patrzy, na pewno nie widzi", a jednak widział, oczy ma chyba wszędzie. Na pewno też trzeba uważać, żeby się nie spóźniać. Raz trener daruje, bo jesteśmy ludźmi i każdemu może się zdarzyć. Ale później będzie pilnował, nie odpuści nikomu, bo jak przymknie oko raz czy drugi, to grupa zacznie się rozłazić, będzie marudzenie, że mi zwrócił uwagę, a temu czy tamtemu nie. Z tym bywało różnie, a De Giorgi do takich rzeczy na pewno nie dopuści.