Zmarł Andrzej Niemczyk, twórca Złotek

Odszedł trener, który wykuł pierwsze medale dla polskiej siatkówki w XXI wieku. Po dekadach beznadziei. - A jednak cuda się zdarzają, nie tylko w sporcie! Pokonałem raka. Wszystkie badania wskazują na to, że choroba zaczęła ustępować - ogłosił wiosną 2005 r.
Od razu wrócił mu humor: - Najwidoczniej nie potrafił ze mną wytrzymać. Byliśmy razem tyle lat, jak kumple, i nie dał sobie ze mną rady. Wykończyłem go łyskaczem i papierochami.

- Myślę, że to także dzięki adrenalinie. Ona jest najlepszym lekarstwem. A u mnie było jej bardzo wiele, zarówno w sporcie, jak i w życiu prywatnym. Owszem, wygrywałem, ale wiele razy dostałem też po łbie. Przegrywałem mecze. Traciłem posady trenera. Trzy razy się rozwiodłem.

Na początku XXI wieku ani polscy siatkarze, ani polskie siatkarki nie liczyli się w świecie. Obie reprezentacje w mistrzostwach kontynentu zajmowały miejsca poza podium. Zmienił to Andrzej Niemczyk, który kadrę kobiet prowadził już w latach 1975-77.

To były czasy wielkich sukcesów. Wciąż pamiętaliśmy złoto olimpijskie męskiej drużyny Huberta Wagnera z Montrealu w 1976 r. oraz medale olimpijskie kobiecej kadry lat sześćdziesiątych. Siatkarki bowiem zawsze wyprzedzały u nas siatkarzy. To one pierwsze sięgnęły po medale na igrzyskach - w 1964 i 1968 r.

Podobnie było z mistrzostwami Europy - Polki zdobywały medale nieprzerwanie od początku tej imprezy w 1949. Mężczyźni czekali do 1967.

I to za czasów Niemczyka siatkarki pierwszy raz wypadły poza podium. Trener stracił pracę i wyjechał do Niemiec zachodnich, dlatego jako jeden z nielicznych Polaków wystartował na zbojkotowanych przez kraje socjalistyczne igrzyskach w Los Angeles w 1984 r. - prowadził reprezentację RFN.

Kiedy objął ponownie kadrę Polski kobiet w 2003 r., niewielu widziało w tym sens. A kiedy w turnieju kwalifikacyjnym do Grand Prix, siatkarki zostały starte z parkietu przez Niemki, sensu nie widział już prawie nikt.

Niemczyk nie należał bowiem do środowiska polskich trenerów, z których zwyczajowo wybierało się selekcjonera. Pomysły zatrudnienia obcokrajowca nikomu wtedy jeszcze nie przychodziły do głowy, a on był niemal obcokrajowcem. Od ćwierć wieku krążył po świecie. Dopiero w 2002 r. wrócił do kraju - za namową córki Małgorzaty, by wspomóc Danter AZS Poznań. Niemczyk został wiceprezesem.

Po roku był już trenerem kadry narodowej. I zaledwie trzy tygodnie po klęsce z Niemkami pojechał na ME do Turcji, skąd wrócił ze złotem. Zawodniczki doświadczone - jak Dorota Świeniewicz czy Magdalena Śliwa, które w barwach narodowych nigdy niczego nie wygrały - połączył z nowym pokoleniem talentów reprezentowanym przez młodziutkie Katarzynę Skowrońską, Małgorzatę Glinkę czy Agatę Mróz. Osiągnął sukces w polskim sporcie zespołowym na początku XXI wieku niesłychany.

Co więcej, po dwóch latach obronił tytuł. Nie zbliżył się do tego żaden inny polski trener w żadnej grze zespołowej.

Tak powstały Złotka - jak zaczęto nazywać polskie siatkarki - i wielka moda na siatkówkę. Mówiono o "pokoleniu 2003", obejmującym nie tyle obwieszoną medalami reprezentację, ile wszystkich ludzi, których ona zainteresowała. Radykalnie zmieniło się w Polsce postrzeganie siatkówki, wcześniej dyscypliny niszowej. Pojawiły się branżowe pisma, portale, kluby kibica. To nie siatkarze i nie znacznie późniejsze srebro mundialu, sukces męskiej kadry trenera Raula Lozano (2006) zbudowały to zainteresowanie, ale właśnie Złotka.

Niemczyk uwielbiał kobiety. Ważne były dla niego zarówno w sporcie, jak i w życiu. Był bodaj najbardziej związanym z kobietami trenerem w całym polskim sporcie. Jak mówił, nauczył się z nimi postępować. Zrozumiał, że nigdy nie wolno ich zaniedbywać,

- Gdy zawiedziesz kobietę, będzie to pamiętała, nosiła uraz bardzo długo.

Sam miał z kobietami wielkie doświadczenie, także życiowe. Trzykrotnie żonaty, związał się m.in. z Barbarą Hermel-Niemczyk, medalistką olimpijską z 1968 r. - Miałem szczęście do kobiet. Każda wniosła coś do mojego życia. Wszystkie córki są wykształcone, mam dobre kontakty z byłymi żonami. Wszystkie rozwody były bezbolesne. Nie rozumiem rozstań po polsku, gdy rąbie się krzesło na pół i siekiery latają po mieszkaniu - mówił.

Małgorzatę Niemczyk trenował w kadrze. I w pewnym momencie ją z kadry usunął. - Taką podjąłem decyzję i nie miało żadnego znaczenia to, że była moją córką - tłumaczył.

Poprawności politycznej nie uznawał, opinie wyrażał niekiedy bardzo dosadnie. Nawet gdy rozmawiał z dziennikarzami, nie powściągał języka. A rozmawiał często, bo bardzo lubił i dziennikarzy, i rozmowy o siatkówce. Prywatne kwestie mieszał wtedy z tymi profesjonalnymi, sportowymi.

Po dramatycznym meczu półfinałowym z Rosją podczas ME w Zagrzebiu w 2005 r. dziennikarze oblegli go i wypytywali długo po konferencji prasowej. Odpowiadał cierpliwie przez trzy kwadranse, aż nie wytrzymał.

- Dobra, stop! Wystarczy już! No ile można!? - krzyknął. - Przed chwilą przeżyliśmy horror. Ja się po tym po prostu muszę napić. Rozumiecie?

Z mężczyznami nigdy nie pracował, uznawał, że to zupełnie co innego niż trenowanie kobiet. I mniej ciekawego.

Większość siatkarek go lubiła, chyba wszystkie szanowały. Bo choć miewał wybryki, potrafił do nich dotrzeć. - Kobieta musi się czuć bezpiecznie, także na boisku. Musi mieć trenera, któremu ufa. Może go nie rozumieć i nie wiedzieć, o co mu chodzi, ale musi mu ufać - powiadał. A trenowanie zespołu dziewczyn o różnych humorach, charakterach i predyspozycjach uznawał za zadanie dla prawdziwych mężczyzn.

Kadrę opuścił latem 2006 r., po głośnej sprawie usunięcia Małgorzaty Glinki z drużyny przygotowującej się do turnieju Grand Prix w Chinach. Do kraju dotarły tylko strzępy informacji o tym, co się wydarzyło. "Przegląd Sportowy" pisał, że doszło do kłótni siatkarki ze szkoleniowcem, który po jej nieudanym zagraniu miał powiedzieć: "Albo zagrasz dobrze, albo sp...".

- Zwróciłem jej uwagę, że się nie przykłada. Rzeczywiście, w ostrej formie, ale uznałem, że tak trzeba. Zdenerwowała się, doszło do spięcia - mówił potem Niemczyk. Po tamtym incydencie odszedł z kadry i już do niej nie wrócił. Kierowana przez kolejnych trenerów nigdy nie wygrała żadnej dużej imprezy. Złotka przestały istnieć.

- Takie sytuacje zdarzają się czasem między trenerem i zawodniczkami, nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Gosia źle się czuła, kiepsko zareagowała na moje słowa. Z czasem wszystko sobie wyjaśniliśmy. Podczas podróży powrotnej uściskałem ją, powiedziałem, że nasze drogi się po prostu rozchodzą, że tak już bywa. Podziękowaliśmy sobie. Na treningu było spięcie, ale po nim potrafiliśmy porozmawiać i żyć w dobrych stosunkach - mówił.

O jego chorobie wiadomo było od wielu lat. Zmagał się z nowotworem węzłów chłonnych, który zaatakował też płuca. - Myślałem, że skoro straciłem kiedyś cały majątek, nic gorszego w życiu mnie nie spotka. Ale spotkało - mówił. Raka nazywał "sk...synem, który nie chce się odczepić". - Nie zmienię swojego życia, nie licz na to - przemawiał do niego. - Nie zmusisz mnie. To ja cię zmuszę, byś się do mnie przyzwyczaił.

Dowiedział się o nim w 1997 r., gdy prowadził turecki Vakifbank Ankara. Na treningu pojawił się po chemii, bez włosów. Siatkarki się rozpłakały. Nakrzyczał na nie. - Czym chcecie mi pomóc? Łzami?! Nic tu nie pomogą. Czego oczekujecie? Że coś się teraz zmieni w naszej pracy, bo jestem chory? Nie zmieni się. Jeśli chcecie pomóc, to weźmy się do grania. Przy zdrowiu trzyma mnie adrenalina! - krzyczał.

I doszedł z nimi do finału Pucharu Europy. - Nie ukrywałem, że jestem chory. Sam poinformowałem wszystkie gazety, żeby nie musiały plotkować - mówił. - Kobiety są wrażliwe na takie kwestie, bardzo się przejmują. Traktowały mnie ulgowo, a gdy wychodziły na boisko, grały też trochę dla mnie i dla mojej walki z chorobą. Wiem, że tak do tego podchodziły. I dobrze.

Wiosną 2005 roku wydawało się, że wygrał walkę. Choroba wróciła jednak z ogromną siłą. Niedawno rozpoczęła się zbiórka pieniędzy wśród kibiców na pomoc w leczeniu. Trener końca zbiórki nie doczekał.

O Andrzeju Niemczyku

Alojzy Świderek, asystent Niemczyka w 2003 r.

Nikt nie zrobił więcej dla kobiecej siatkówki w ostatnich 30 latach niż on. Był postacią kontrowersyjną, różnie ludzie go odbierali. Ja go najbardziej ceniłem za to, jak zachowywał się w trakcie meczów. Świetnie czuł grę, wiedział, jakie przeprowadzić zmiany, kiedy brać czas, co i jak wtedy powiedzieć - był w tym bardzo dobry. Był także sprawiedliwy, nawet wtedy gdy bywał ostry. Potrafił jednak wytłumaczyć zawodniczce, co stoi za jego zachowaniem. Nie wyróżniał ich, nie faworyzował, tą sprawiedliwością je ujął.

Największą zasługą Andrzeja w zbudowaniu drużyny Złotek było przekonanie tych najbardziej doświadczonych, które w kadrze dotąd nie chciały grać albo się wahały. Nie wiem, jak Andrzej to zrobił, ale one mu uwierzyły.

Mariola Zenik, mistrzyni z 2005 r.

Charyzmą zarażał wszystkich wokół siebie, dzięki niemu można było odnosić sukcesy. Na pewno chciałby, żebyśmy zachowali o nim radosne wspomnienia. Uwielbiał się bawić, był zawsze pozytywnie nastawiony do życia, nie chciałby, żebyśmy go opłakiwali.

Potrafił nawet najdłuższe przygotowania poprowadzić tak, żebyśmy czuły się dobrze. Przyjeżdżałyśmy wszystkie, kadra zbierała się w najmocniejszym składzie, nawet jeśli dla każdej z nas oznaczało to kilkumiesięczny pobyt poza domem. Jasne, że konflikty były, a czasem trener sam je kreował, żeby sprawdzić siłę zespołu. Był bardzo dobrym psychologiem, wiedział, jak do kogo podejść, radził sobie z trudnymi sytuacjami.