Siatkówka. Liga Mistrzów Polakami stoi

Mamy sport, w którym sam udział w Lidze Mistrzów nie jest sukcesem. Jeśli choć jedna polska drużyna nie zagra w tym sezonie finale siatkarskich rozgrywek, będziemy mówić o wielkim zawodzie
Obecny sezon jest wyjątkowy - dzięki dwóm dzikim kartom tak męska jak i kobieca liga wystawiła do najważniejszej europejskiej batalii po trzy drużyny. W historii tych rozgrywek to ewenement, doszło nawet do tego, że żeńska Orlen Liga, mając jeszcze liczne miejsca w pomniejszych Pucharze CEV i Pucharze Challenge, wydelegowała do startu AZS Białystok, który dopiero dzięki barażom uniknął degradacji w krajowych rozgrywkach.

Działacze w Polsce ochoczo rzucają się na pucharowe starty, bo dla lokalnych środowisk to wielki prestiż. I tylko prestiż. Nawet świetne występy nie gwarantują bowiem choćby zwrotu poniesionych kosztów organizacji meczów, podróży, nie mówiąc już o konieczności skompletowania przyzwoitego składu, godnego europejskich występów.

Siatkówka to nie futbol, Liga Mistrzów ma tylko tę samą nazwę. Przekonało się o tym już kilka klubów, zwłaszcza kobiecych, które po takich "ekstrawagancjach" miały problem z zapięciem budżetu na kolejny sezon (np. Budowlani Łódź).

Ligę Mistrzów, jeśli drużyny są odpowiednio przygotowane do walki na dwóch frontach, w wymiarze sportowym należy jednak traktować całkiem serio, zwłaszcza w męskim wydaniu. To w niej od lat o zwycięstwo bezskutecznie bije się PGE Skra Bełchatów, ale nawet przystępując doń w roli gospodarza turniejów finałowych (awans za organizację) nie dała rady LM wygrać. W ostatnim finale była o włos, mając piłkę meczową, oddała seta, a później mecz rosyjskiemu Zenitowi Kazań.

Polacy jednak w pucharach grają dość regularnie, śledząc dotychczasową historię, wygląda na to, że nadchodzą dla nas najlepsze czasy. Tak dla Skry, która w LM startuje ósmy raz z rzędu, jak i Asseco Resovia oraz ZAKS-y Kędzierzyn-Koźle. Każda z tych drużyn, rozdzielając między siebie najlepszych Polaków oraz kontraktując rozpoznawalnych na świecie obcokrajowców, ma skład, który pozwala realnie myśleć o turnieju finałowym i miejscu na podium.

Pokazała to rozegrana przed tygodniem pierwsza kolejka fazy grupowej. Wszystkie nasze zespoły zwyciężyły za trzy punkty, tracąc w sumie zaledwie jednego seta. Bełchatowianie roznieśli nieliczące się z kasą tureckie Fenerbahce Stambuł z ich największą gwiazdą Ivanem Milijkoviciem. W drugiej kolejce (czwartek, godz. 19.30) grają na wyjeździe z najsłabszym rywalem Tomisem Constanta, w składzie którego nie ma nikogo, kto mógłby być dla rutynowanych bełchatowian przeszkodą. To tak naprawdę przetarcie przed sprawdzianem, jaki czeka Skrę w kolejnym meczu, kiedy będzie bić się z Dynamem Moskwa z Bartoszem Kurkiem w składzie.

Mistrz Polski z Rzeszowa gra w środę o 20 u siebie z inną rumuńską drużyną, prowadzonym przez Polaka Mariusza Sordyla Rematem Zalau. Czy wygra? To tak, jakby ktoś pytał, czy w futbolowych pucharach Chelsea Londyn poradzi sobie z Duńczykami z FC Nordsjalland.

ZAKSA we wtorek w trzech setach wygrała na wyjeździe z Crveną Zvezdą Belgrad. Kluczową potyczką będzie jednak bój z najlepszym na świecie włoskim Trentino.

W męskim rankingu klubowych rozgrywek europejskich Polska zajmuje czwarte miejsce za Rosją, Grecją i prowadzącymi Włochami. Oni jako jedyni, bez liczenia na dziką kartę, mogą wystawić z urzędu trzy drużyny w Lidze Mistrzów. Dość odległa lokata Polaków spowodowana jest tym, że w tego typu zestawieniach podlicza się wyniki sprzed dwóch lat. Jest więc niemal pewne, że nasza federacja w rankingu podskoczy. Gwarancją awansu są udane występy.

Że będą, wynika choćby z rachunku prawdopodobieństwa - obok Włochów i Rosjan (także jedna dzika karta) mamy najliczniejszą reprezentację. Zresztą także w czysto sportowym wymiarze Polacy są tak silni, że udział choćby jednej z drużyn w turnieju finałowym jest obowiązkiem. Jeśli się nie uda, będzie można mówić o srogim zawodzie.

Transmisje meczów polskich drużyn w Polsacie Sport i Polsacie Sport Extra.