KMŚ. Włosi za silni, ale sukces Jastrzębskiego jest ogromny

1 : 0
-
- Możemy zejść z boiska z podniesionym czołem. Walczyliśmy na tyle, na ile mogliśmy. Na Trento to nie wystarczyło - stwierdził po przegranym finale Klubowych MŚ Zbigniew Bartman, kapitan JW.
Dla Lorenza Bernardiego, szkoleniowca Jastrzębskiego Węgla, piątkowe starcie było drugim w jego bogatej karierze finałem w Klubowych Mistrzostw Świata. W 1992 roku zmierzył się w Treviso jako zawodnik Sisleya w finale tej imprezy z Mediolanum Milano. Wówczas musiał uznać wyższość przeciwnika.

Po niecałych dwóch dekadach ponownie dotarł do ostatniego etapu tego turnieju - tym razem już jako trener. Jego ekipie znów przyszło mierzyć się z przeciwnikiem najcięższego kalibru, celującym w trzeci z rzędu tytuł mistrza świata, co pozwoliłoby mu przebić osiągnięcie Mediolanum, które może szczycić się trzema medalami MŚ: dwoma złotymi i brązowym.

Od czasu, kiedy organizacji mistrzostw podjęli się Katarczycy, czyli od dwóch lat, gwiazdorska ekipa z Trento nie schodziła z najwyższego stopnia podium. Mistrz Włoch to drużyna kompletna, która zdominowała wyczyny także europejskiej arenie, zdobywając trzy razy z rzędu Ligę Mistrzów.

Tworzą ją siatkarze nie tylko perfekcyjnie zbudowani pod względem atletycznym, posiadający wybitne umiejętności siatkarskie, ale przede wszystkim emanujący na boisku taką pewnością siebie, że na sam ich widok rywalom zaczynają drżeć łydki.

Racjonalnych przesłanek na zwycięstwo jastrzębian w tym meczu praktycznie nie było. To zupełnie nowy zespół, dla którego było to dopiero ósme spotkanie w tym sezonie (licząc ze sparingiem z Iskrą Odincowo). Nie wspominając o tym, że Michał Kubiak pierwsze spotkanie w barwach JW zagrał dopiero przed tygodniem. Tymczasem gwiazdozbiór Radostina Stojczewa od lat podlega tylko drobnym korektom. Zawsze na plus, jak w przypadku pozyskanego przed sezonem Mitara Djuricia.

Finał zaczął się dla jastrzębian jak marzenie. Pierwsze prowadzenie w meczu nasz zespół objął przy stanie 12:11 po asie serwisowym Vinhedo. Po dołożonym do tego bloku na czeskim olbrzymie Janie Stokrze, zasiadający na trybunach Aspire Ladies Sports Hall (wreszcie wypełnionej po brzegi) polscy kibice na złość fanom włoskim wykrzyczeli: "Mu-ra-to"!

Podrażniony rywal odżył niczym ranne zwierzę przy zagrywce Kubańczyka Juantoreny, a po atakach Mateja Kazijskiego wyrównał stan meczu, mimo że wcześniej przegrywał już trzema punktami.

Petarda za petardę, cios za cios, identyczna 58-proc. skuteczność w ataku po obu stronach siatki, ale na koniec seta to siatkarze JW utrzymali nerwy na wodzy. Trzecia piłka meczowa, którą mieli, zamieniła się w zdobycz setową. W klimatyzowanej hali zrobiło się w tym momencie goręcej niż na zewnątrz, gdzie panował ponadtrzydziestostopniowy upał.

Zejście z nieba na ziemię w przypadku jastrzębian nastąpiło szybciej niż można było się spodziewać. Włosi uderzyli na nich z siłą tsunami. Kazijski posyłał w stronę Pawła Ruska bomby, po których libero JW ledwo utrzymywał się na nogach. Swoje dokładał dysponujący młotem w prawej ręce Stokr. Nic dziwnego, że jastrzębianie uciułali ledwie 16 punktów.

To był właściwie koniec finału. Wyglądało na to, że gracze Bernardiego zupełnie stracili wiarę w końcowy sukces. Przy stanie 5:10 w trzecim secie Bernardi zmienił rozgrywającego. Na krótko. Amerykaninowi Brianowi Throntonowi wyprowadzanie w pole blokujących Trento szło równie opornie jak Vinhedo. Nikła nadzieja na dojście Włochów, brutalnie zamieniła się w kolosalną stratę (11:25). Z przyjęciem i atakiem na poziomie dwudziestu kilku procent więcej wycisnąć się nie dało.

Doskonale naoliwiona i maksymalnie rozpędzona maszyna z Trento do końca była nie do zatrzymania. Tym samym stała się najbardziej utytułowaną drużyną w tych rozgrywkach i zachowała hegemonię w nich klubów włoskich (siedem złotych medali na siedem edycji).

Jastrzębscy siatkarze wycisnęli w Katarze absolutne maksimum. Do kraju wracają bogatsi o 170 tys. dolarów. - Trento udowodniło, że nie ma sobie równych. My gramy ze sobą od trzech tygodni. Gdybyśmy w tak krótkim czasie zdobyli mistrzostwo świata, nie mielibyśmy już po co grać - skomentował Zbigniew Bartman, kapiatan JW.