Polska Siatkówka traci czy zarabia

Szefowie siatkarskiego związku tłumaczyli się we wtorek, dlaczego nie dało się zarobić na gdańskich finałach Ligi Światowej i polskich meczach World Grand Prix.
Polską Siatkówkę, spółkę z o.o., założono w lutym. Na jej czele stanęła związana z PlusLigą Ewa Grzegorczyk, prezes PZPS Mirosław Przedpełski został przewodniczącym rady nadzorczej, a Artur Popko i Bogusław Adamski członkami rady.

Spółka ma odpowiadać za mistrzostwa świata w 2014 roku w Polsce, ale już w tym roku organizowała mecze World Grand Prix kobiet oraz Ligi Światowej i finał tej imprezy w Gdańsku. Siatkarze zdobyli w Trójmieście brązowy medal, a halę najechali kibice z całej Polski.

Mimo to spółka nie przynosi zysków, a według niektórych członków zarządu może przynosić nawet straty.

- Pytania o spółkę zadawał Waldemar Bartelik z Gdańska. Ale nie o to, czy spółka ma dwumilionowy dług, tylko o to, dlaczego nie ma dwumilionowego zysku - tłumaczył wczoraj Przedpełski w przerwie obrad zarządu. - Dobrze wykonaliśmy swoje zadania, choć na razie rzeczywiście nie można pokazać zysku.

Inny z działaczy zapewniał, że czas rozliczeń jest w grudniu i na następnym posiedzeniu zarządu Polska Siatkówka złoży satysfakcjonujące sprawozdanie.

Część działaczy twierdziła przed zarządem, że to na konta Polskiej Siatkówki, a nie bezpośrednio do PZPS wpłynie kilkadziesiąt milionów złotych od miast organizatorów MŚ w 2014 roku - Łodzi, Katowic, Gdańska, Wrocławia, Bydgoszczy i Krakowa lub Częstochowy.

- To nie do spółki będą wpływać pieniądze od miast gospodarzy, a bezpośrednio do PZPS. Umowy ze sponsorami także będzie podpisywać związek - wyjaśnia prezes związku.