Sport.pl

Po dwóch porażkach siatkarek. Czy cuda ocalą także Polskę?

Do drugiej rundy mistrzostw świata Polki powinny awansować bez problemu. Z dwiema porażkami mogą mieć jednak problem, by dostać się do medalowej czwórki. Trener Jerzy Matlak wścieka się na ekspertów oceniających jego pracę. Czwarty mecz z Peru we wtorek o 7.30. Relacja Z Czuba i na żywo w Sport.pl
Po piątkowej, niesłychanie dramatycznej (od prowadzenia 2:0 do 2:3) porażce z Japonią biało-czerwone przegrały również sobotnią potyczkę z Serbią 1:3. Choć zagrały gorzej niż dzień wcześniej, znów powinny były zwyciężyć - miały przewagę niemal w każdej partii, o niepowodzeniu zdecydowały niuanse w końcówkach. W kluczowym, ostatnim secie nawet na chwilę na boisko nie weszła Małgorzata Glinka, największa gwiazda reprezentacji od wielu lat, namówiona przez trenera i działaczy do kolejnego, być może już ostatniego powrotu.

Glinki jednak zabrakło i w krytycznym momencie piątkowego meczu z Japonią (22:19 w czwartym secie przy prowadzeniu 2-1), i dzień później, kiedy rywalki coraz wyraźniej odskakiwały naszym w ostatniej partii, a liderka biało-czerwonych patrzyła na wszystko z miejsca dla zawodniczek rezerwowych.

Po inauguracyjnym meczu wspominali o tym w studiu Polsatu były selekcjoner Andrzej Niemczyk oraz Krystyna Jakubowska, medalistka igrzysk olimpijskich w Tokio i Meksyku. Także po drugim spotkaniu zastanawiali się, dlaczego trener nie pomógł sobie wprowadzeniem Glinki.

Trener Matlak - któremu zrelacjonowano, co mówi się w Polsce - mocno się obruszył. Najbardziej dostało się Jakubowskiej. - Bardzo bolą nas komentarze, z których wynika, że dziewczyny grają bez ambicji. To zupełna nieprawda. Nie przegrywa się przecież meczu na przewagi, grając bez ambicji. Oczywiście każdy może mieć własne zdanie, ale proszę o zachowanie umiaru. Proszę nie oceniać mnie i dziewczyn po dwóch przegranych meczach. Poczekajmy do 15 listopada, kiedy będzie już po mistrzostwach. Sami sobie wbiliśmy nóż w plecy, przegrywając dwa pierwsze mecze. Zarówno Japonia, jak i Serbia to byli przeciwnicy z górnej półki światowej. Dlatego kiedy słyszy się różne dziwne komentarze płynące ze studia Polsatu, to człowiekowi jest przykro. Nie może być tak, że po zaledwie dwóch spotkaniach jesteśmy wykpiwani i posądzani o brak ambicji. Gdyby udało nam się wygrać w tych spotkaniach dwie-trzy piłki więcej, wówczas bylibyśmy wielkimi bohaterami, a tak dołuje się nas za pomocą różnych specjalistów nieznających do końca regulaminu. Boże święty, jakie to jest proste, kiedy siedzi się w fotelu i wyraża swoją opinię, a grało się w siatkówkę 50 lat temu. Traktuje się nas, jakbyśmy grali na spartakiadzie zakładowej, a nie na mistrzostwach świata - opowiadał wzburzony polskim dziennikarzom po trzecim, wygranym już meczu z Kostaryką.

Zwycięstwo to może jednak pozostać bez znaczenia, bo do drugiej fazy awansują cztery zespoły z zaliczeniem dotychczas zdobytych punktów - ale tych w meczach z drużynami, które również utrzymają się w turnieju. Tak więc Polki "zabiorą" ze sobą dwie porażki (z Japonią i Serbią) oraz najprawdopodobniej wynik wtorkowego spotkania z Peruwiankami, które są najlepszą z drużyn walczących o czwarte, ostatnie premiowane awansem miejsce.

Mimo dwóch porażek biało-czerwone wciąż mają szansę na awans do półfinału, bo czołowe drużyny z grupy D, z którymi Polki będą rywalizować w kolejnej fazie, niespodziewanie tracą punkty. Np. Chinki, mistrzynie olimpijskie z Aten, które przegrały już dwa spotkania, czy Turczynki. Bez porażki są na razie Rosjanki i Koreanki.

Zdaniem fachowców takich cudów będzie jeszcze wiele. Czy któryś z nich ocali Polki i pchnie je w strefę medalową?

Więcej o: