MŚ siatkarzy. Polska w drugiej rundzie

Kanada rozbita 3:0, Niemcy pobici 3:2 i polscy siatkarze są pewni awansu do następnej rundy mundialu. Dziś nawet ewentualna porażka z Serbią nie musi im odebrać pierwszego miejsca w grupie
Polacy padali i się podnosili, Niemcy też padali i się podnosili. Tie-break wykańczał nerwowo i wycieńczonych siatkarzy, i płonące od emocji trybuny. Aż serwisowym asem zestrzelił rywali Piotr Nowakowski. Stalowe nerwy i chirurgiczną precyzję zachował reprezentacyjny debiutant. Zrobiło się 13:11, wreszcie dwa punkty przewagi.

Niemcy jeszcze raz wstali, ale przeskoczyć faworytów już nie byli w stanie.

Przeciwników znów znokautował ten niesamowity Piotr Gruszka, bohater ubiegłorocznych mistrzostw Europy. W drugiej połowie tie-breaka zbijał cztery razy. Zawsze celnie.

To przez cały wieczór była strzelanina gangów plujących ogniem z ogromnych luf. Kiedy nad siatkę wzlatują skrzydłowi o wzroście środkowych albo atakujący o talencie Mariusza Wlazłego lub Gyorgy'ego Grozera, boisko musi zadrżeć. Wczoraj drżało, mało kto wykazywał ochotę na subtelną odbijankę. Gdyby nie kibicowski jazgot, słyszelibyśmy, jak jęczy piłka uderzana z potworną siłą. Chyba tylko Rosjanie traktują ją brutalniej niż Polacy i Niemcy.


Na pozycji atakującego trener Daniel Castellani wystawił nie Gruszkę, lecz właśnie Wlazłego, który miał na pieńku prowadzących Niemców Raulem Lozano - to m.in. wskutek konfliktu między nimi atmosfera w reprezentacji u schyłku polskiej kadencji Argentyńczyka się popsuła. Gwiazdor Skry nie grał nadzwyczajnie, w dodatku słabł z upływem czasu. I w trzecim secie pod siatkę wtargnął Gruszka - atleta niezniszczalny, urodzony, by toczyć ciężkie fizyczne boje. Zaczął słabo, skończył fantastycznie.

Ależ to była walka! W trzecim secie zdarzyło się, że sędzia nakazał powtarzać akcję, bo przebiegała zbyt szybko, by jego oko wychwyciło, czy piłka odbiła się od ziemi, czy jednak stóp zawodnika. Kiedy powtórkę wygrali nasi siatkarze, wydawało się, że musi być dobrze. Rozruszał się Kurek, na całej długości siatki roztańczył blok sterowany przez Możdżonka i Nowakowskiego, cała drużyna pulsowała harmonijnym rytmem wytężonej pracy w defensywie. Ale Niemcy poddać się nie chcieli.

Jeszcze przed chwilą zwycięstwo nad nimi nie było dla nas niczym szczególnym, teraz cieszy. Nasi zachodni sąsiedzi od lat utrzymywali równy, przeciętny poziom, po zjednoczeniu nigdy nie doskoczyli do podium imprezy mistrzowskiej. Aż przejęli trenera, który naszą reprezentację - również tkwiącą w stabilnej do znudzenia przeciętności - wybił na podium mundialu.

Lozano już w pierwszym sezonie poprowadził Niemców do triumfu w Lidze Europejskiej, czyli brzydszej siostrze Ligi Światowej. A niedawny debiut w tej ostatniej jego siatkarze uczcili trzema wygranymi z Polską (pozbawioną kilku kluczowych graczy), by ostatnio pokonać w sparingach Włochów oraz - dwukrotnie - Brazylię. Fachowcy zaczęli wymieniać ich w gronie pretendentów do medalu MŚ. I wymieniali przynajmniej do soboty, zakończonego niemiecką klęską 0:3 z Serbią.

Lozano przypomniał sobie, jaki harmider może wywoływać siatkówka. W jego nowym miejscu pracy to sport trzeciorzędny, więc Argentyńczyk trenuje w głuchej ciszy, zwłaszcza medialnej. Tymczasem na Triest najechało cztery tysiące polskich kibiców - w hali słychać właściwie tylko ich, siatkarze mówią, że czują się, jakby turniej odbywał się w kraju, a Paweł Zaguumny wyraził na konferencji nadzieję, że każdego dnia będzie ich przybywać. Chyba żartował, ale wszyscy odebrali jego słowa na poważnie. Polska reprezentacja pozostaje zjawiskiem osobnym - tylko za nią kibice jeżdżą wszędzie.

W sobotę podskoczyć jej usiłowali Kanadyjczycy, żywy dowód na to, że z punktu widzenia siatkówki większość globu to pustynia. Oto na MŚ znów awansuje drużyna z kraju, który nie ma rozgrywek ligowych, a jej federacja przed sezonem zamieszcza w internecie ogłoszenie o naborze do reprezentacji. Na zgrupowanie zgłosić się może każdy. Na tym większe uznanie zasługuje trener Glenn Hoeg, który zasłynął już sensacyjnym wprowadzeniem słoweńskiego Bledu do Final Four Ligi Mistrzów.

W sobotę Kanadyjczycy zmusili mistrzów Europy i wicemistrzów świata do sporego wysiłku. Nie pozwolili im uciec na odległość większą niż dwupunktowa przez niemal cały inauguracyjny set, w drugim prowadzili 8:3. Siatkarze Castellaniego czuli tremę przed mundialową premierą, na początku nawet Kurek - człowiek z kilofem zamiast ramienia - trącał piłkę z nadmierną ostrożnością. Długo rozkręcał się też Gruszka, a Kanadyjczycy konsekwentnie trzymali się strategii typowej dla drużyn słabszych, cierpiących na niedostateczną siłę ognia. Postawili na defensywę. Inteligentną i ofiarną.

Zwycięstwo nad nimi też nie smakowało by aż tak bardzo, gdyby nazajutrz nie powstrzymali Serbów. Ci ostatni sądzili prawdopodobnie, że zadepczą rywali bez zakładania butów. Trener zostawił w rezerwie kluczowych graczy nie dlatego, że wskutek pogmatwanego regulaminu nie zależało mu na wygranej, bo w końcu ich na boisko wpuścił. Kiedy gracze z Bałkanów się jednak zreflektowali, było za późno. Rywale poczuli, iż stają przed życiową szansą, znów bronili jak natchnieni i wywołali największą sensację na turnieju.

Nasi siatkarze nie kalkulują, chcą obijać wszystkich. Winiarski podczas przerw sobotniego meczu dotykał muskułów i wykrzykiwał do selekcjonera, jak bardzo silny się czuje. Tak miało być - po sparingach rozgrywanych między ciężkimi treningami nastał moment, w którym Polaków ma rozpierać energia. Na razie rozpiera.


Gruszka super, ale Wlazły... >