Afera w Anglii. Najpotężniejszy w Europie klub rugby został wyrzucony z Premiership!

W ubiegłym tygodniu zapadła decyzja, że najlepszy klub Europy w rugby, londyński Saracens FC, niezależnie od wyników w tym sezonie zostanie zdegradowany z Premiership. To kara za złamanie przepisów ograniczających zarobki zawodników.

W ostatnich pięciu latach cztery razy zdobyli mistrzostwo Anglii i trzy razy wygrali Ligę Mistrzów w rugby. Na ubiegłoroczny Puchar Świata wysłali aż 15 zawodników - dziewięciu w reprezentacji Anglii i sześciu w innych drużynach. W Europie nikt nie mógł się z nimi równać. A i w tym sezonie  Saracens biją rywali. Gdyby nie ujemne punkty byliby w czołówce Premiership - o punkt za liderem z jednym meczem rozegranym mniej. W Pucharze Mistrzów dotarli już do ćwierćfinału, gdzie w kwietniu czeka ich mecz z irlandzkim Leinster.

Bogacz chciał tylko pomóc zarobić?

Okazało się jednak, że wszystkie sukcesy Saracens zostały zbudowane dzięki oszukiwaniu rywali. W angielskiej ekstraklasie rugby obowiązuje sztywny limit wynagrodzeń dla zawodników pierwszego składu. Nie mogą oni w sumie zarabiać więcej niż 7 mln funtów. Szef Saracens, Nigel Wray postanowił jednak znaleźć sposób, aby jego zawodnicy mogli dorobić na boku. 70-letni inwestor na rynku nieruchomości, który w rankingu najbogatszych Brytyjczyków jest w końcówce czwartej setki z majątkiem 315 mln funtów, zaproponował największym gwiazdom swojej drużyny wspólny interes. Mechanizm wyglądał tak, że najpierw ktoś z pracowników Wraya rejestrował spółkę inwestującą w nieruchomości i był w niej udziałowcem razem z prezesem Saracens. Potem akcje w spółce przejmowali reprezentanci Anglii.

Na przykład Owen Farrell - 79-krotny reprezentant Anglii - miał 50 procent udziału w spółce FAZ Investments LTD. Drugie 50 procent należało do Wraya. Spółkę 20 września 2017 r. założył Kamal Shah, były dyrektor Saracens.

Richard Wigglesworth, który 33 razy zagrał w barwach Anglii - był natomiast udziałowcem i dyrektorem Wiggy9 Investments Limited. Należało do niego 65 procent udziałów, a resztę akcji miał Wray. Bracia Mako i Billy Vunipola - pochodzący z tongijskiej rodziny reprezentanci Anglii - razem z właścicielem Saracens prowadzili firmę Vuniprop Limited.

O interesach właściciela z zawodnikami napisał "Daily Mail" w marcu ubiegłego roku. Potem pod lupę wzięły je władze Premiership.

Woleli spaść niż ujawnić księgi?

Dochodzenie niezależnego panelu dyscyplinarnego trwało 9 miesięcy. Saracens zostali uznani winnymi przekroczenia limitu wynagrodzeń w trzech kolejnych sezonach - 2016/17, 2017/18 i 2018/19 oraz zostali ukarani za nieujawnienie pełnych danych o wynagrodzeniach zawodników. Początkowo kara nie była aż tak drakońska, jak ta ogłoszona w ubiegłym tygodniu. Saracens odjęto 35 punktów w tabeli Premiership i zostali ukarani grzywną 5,36 mln funtów.

Klub odpowiedział oświadczeniem, w którym pisał, że "panel uznał, że nigdy nie próbowaliśmy celowo wprowadzać nikogo w błąd ani naruszyć limitu wynagrodzeń", i wystąpił z odwołaniem. Drugi werdykt był jednak bardziej surowy. Decyzją władz Premiership Saracens dograją sezon do końca, ale zostaną zdegradowani niezależnie od miejsca w tabeli.

Gdyby nie ten wyrok, klub jeszcze mógł uratować się przed spadkiem. W Premiership zwycięstwo nagradzane jest czterema punktami, a remis - dwoma. Drużyny mogą jeszcze zdobywać punkty bonusowe - za cztery przyłożenia w jednym meczu lub porażkę mniejszą różnicą niż 7 punktów. Po 8 meczach sezonu Saracens mają już tylko -7 oczek. Do najsłabszej drużyny ligi zdążyli odrobić 16 punktów.

Władze Premiership zaostrzenie kary uzasadniły brakiem współpracy ze strony klubu. Jak napisała Martha Kelner na stronach portalu telewizji Sky: "Saracens wybrali raczej spadek z ligi niż poddanie się pełnemu audytowi finansowemu za poprzednie lata". Zresztą nawet, jeśli chodzi o tegoroczne wydatki, kontrolerzy nie byli w stanie uzyskać pełnych danych i orzec, czy klub mieści się w limicie wydatków.

Po opublikowaniu w ostatni piątek pełnego raportu okazało się, że inwestycje w nieruchomości razem z właścicielem klubu to tylko część wykroczeń. Do innych należały m.in. nieoprocentowane pożyczki, zawyżone kontrakty za wykorzystanie wizerunku, premie za obecność na imprezach - co do których nie było pewności ,czy się odbyły - przeznaczonych dla specjalnych gości klubu. W sumie Saracens przekroczyli limit płac o 1,1 mln funtów w sezonie 2016/17, 98 tys. w sezonie 2017/18 i 906 tys. w sezonie 2018/19.

Żłobek i wataha na treningu

Afera odbiła się szerokim echem w Anglii zwłaszcza, że Saracens mieli bardzo dobrą opinię. Klub uchodził za drużynę wyznaczającą nowe trendy. Jonathan Liew z "Guardiana" pisze, że wszyscy szukali tajemnicy sukcesu dominatorów europejskiego rugby. Wspomina na przykład, o tym, że ośrodek treningowy mieścił żłobek, dzięki czemu zawodnicy mieli trenować w bardziej rodzinnej atmosferze. A podczas samych ćwiczeń rugbiście mieli mikrofony, aby poprawić komunikację w zespole. Psycholog spotykał się z drużyną przy okrągłym stole i inicjował dyskusje o Kartezjuszu. Dobrą atmosferę budowały też integracyjne wyjazdy do Monachium i Budapesztu. A trener defensywy Paul Gustard przywiózł na trening wilki, aby pokazać drużynie mentalność watahy. Liew konstatuje:

Sposób na prowadzenie drużyny Saracens sprzedali nam jako ideologię, prawie styl życia, triumf kultury i wartości, triumf innowacyjności i świeżego sposobu myślenia.

Okazało się jednak, że największą tajemnicą sukcesu był gruby portfel właściciela klubu.

Ugo Monye, były reprezentant Anglii w rugby tak podsumował aferę: - Niektórzy mówią, że kara jest zbyt surowa. Nie sądzę. Mówimy przecież o finansowym dopingu. Gdybyśmy mówili o niedozwolonym farmakologicznym wspomaganiu, wszyscy żądalibyśmy jeszcze surowszych kar. Przez wiele lat rugby patrzyło na innych ze swoich wyżyn moralnych, ale już je opuściliśmy. Ludzie nie lubili piłki nożnej, bo rządzą nią pieniące, nie lubili kolarstwa z powodu dopingu, a lekkoatletyki z powodu korupcji, rugby właśnie zniżyło się do tego poziomu. Musimy odzyskać zaufanie.