Rugby. Sędziowie popychają Koguty. Policzą się z nimi All Blacks

Tu wszystko się kończy i zaczyna - tak Nowozelandczycy podsumowali swój awans do finału. 24 lata temu, w pierwszej edycji tej imprezy, także w Auckland, także z Francją, All Blacks sięgnęli po pierwszy i na razie jedyny triumf w Pucharze Świata. Wtedy też grali cudownie.

Dyskutuj z ludźmi, nie z nickami. Nie bądź anonimowy na Facebook.com/Sportpl ?

Wtedy jednak Francuzi byli godnym dla Nowozelandczyków finałowym rywalem. Na tamten awans zasłużyli, tym razem prześlizgiwali się przez kolejnych rywali. W ciągu kilku tygodni z reprezentacji, która miała miliony fanów na całym świecie, stali się drużyną nielubianą, cwaniacką, w dodatku faworyzowaną przez sędziów.

Nie dość, że trójkolorowi przegrali w grupie dwa spotkania, co nie przydarzyło się dotąd żadnemu finaliście w historii, nie dość, że pokonali w ćwierćfinale Anglików, będąc skuteczniejszymi tylko w kopach na bramkę, a nie w otwartej grze, to jeszcze mogli liczyć na wsparcie sędziego. Już w 18. minucie półfinałowego boju z Walijczykami arbiter wyrzucił z boiska kapitana rywali S ama Warburtona za zbyt niebezpieczną szarżę.

Nowozelandzkie gazety nie oszczędziły arbitra, bo za takie przewinienia pokazuje się tylko żółtą kartkę.

"Padli ofiarą ślepej sprawiedliwości" - napisał "The Guardian". Ale n iewiele brakowało, a Francuzi zostaliby skarceni i nie zaznaliby smaku finału, gdyby walijski obrońca, 23-letni Leigh Halfpenny , wykorzystał rzut karny kilka minut przed końcem meczu. Piłka ustawiona była na środku boiska, ale na wprost słupów, czyli sytuacja, w jakiej zawodowi rugbiści wykorzystują siedem na dziesięć okazji. Halfpenny kopnął bardzo precyzyjnie i gdyby był to futbol, mógłby świętować, ale on zrozpaczony złapał się za głowę, bo piłka przeleciała poniżej poprzeczki.

Walijczycy zagrali bardzo ładnie, mimo porażki 8:9 udowodnili, że bez względu na wynik ich walki o trzecie miejsce pozostaną odkryciem tego Pucharu Świata. Może dlatego nie zalewali się łzami, a piwem.

- Praca sędziego to... Nie, nie, w rugby nie powinno używać się takich słów - opowiada "Gazecie" Jarosław Bator, trener reprezentacji Polski kobiet, który wybrał się na południową półkulę, by obejrzeć decydujące spotkania. - Sobotni wieczór w Auckland to przede wszystkim setki Walijczyków szczęśliwych z bardzo dobrej postawy swoich graczy oraz bawiący się Francuzi z lekkim, szyderczym uśmieszkiem.

Ten uśmieszek będą mogli zetrzeć z ich twarzy Nowozelandczycy, którzy wygrali swój półfinał z Australią. All Blacks znów pokazali rugby totalne, obliczone na wyniszczenie rywala szybką organizacją w tzw. przegrupowaniach, kontrach i niekonwencjonalnych zagraniach nogą. Oprócz chęci zwycięstwa z najbliższym sąsiadem chcieli też, by najbardziej odczuł tę porażkę Quade Cooper, urodzony w Auckland, ale grający dla Australii łącznik ataku. Cooper obraził nowozelandzkich kibiców, mówiąc, że niczego poza gwizdami spodziewać się po nich nie może.

Na kata Coopera Nowozelandczycy wytypowali najbardziej rozpoznawalnego, a zarazem niewahającego się przed niczym gwiazdora Sonny'ego Billa Williamsa. 26-letni kolos wszedł na boisko kilka minut przed końcem, kiedy wiadomo było, że gospodarze już nie przegrają. Jeszcze umówił się ze swoimi kolegami i kiedy zobaczył naprzeciw siebie pędzącego z piłkę Coopera, z rozmysłem wystawił umięśniony bark, aby rywal mocno poczuł zderzenie.

Bill Williams natychmiast dostał żółtą kartkę, Cooper dograł do końca, ale zszedł z boiska jako przegrany podwójnie - było 6:20 na tablicy wyników, a kibice wyli, kiedy tylko dochodził do piłki.

Tak relacjonowaliśmy na żywo mecz Nowa Zelandia - Australia  ?

Więcej o: