Rugby. Kadra napędzana pieniędzmi Jakubiaka i... żołnierzami?

Kadra Polski w rugby składająca się z półamatorów potrzebuje pieniędzy, więc wchodzi w trudny związek z biznesmenem skandalistą. W sobotę Polska wygrała z Holandią 9:8 w Pucharze Europy, ale nawet dodatkowe pieniądze nie sprawią, że zawodnicy poświęcą się tylko grze.
- Rugby kształtuje postawy czysto męskie, tak bardzo dziś potrzebne. Wiadomo, co dzieje się dookoła... - powiedział na konferencji prasowej przed sobotnim meczem Polska - Holandia Marek Jakubiak, właściciel Browarów Regionalnych Jakubiak. Jego firma właśnie została partnerem reprezentacji rugby. "Co się dzieje dookoła" Jakubiak "tłumaczył" miesiąc temu. Zaatakował wtedy boksera Dariusza Michalczewskiego, który wyraził wsparcie dla środowisk LGBT. "Życzę ci, Dariuszu, mamusi z fujarką zamiast piersi, będziesz miał co ssać" - napisał na Facebooku Jakubiak. Później za ton wypowiedzi przeprosił, ale podkreślił też, że swoich przekonań nie zmieni. Nie zmieniła ich również akcja wylewania jego piwa przez bary i kawiarnie w całej Polsce.



Wiemy już więc, co Jakubiak ma wspólnego z polskim rugby, ale co rugby ma wspólnego z Jakubiakiem?

Kadra półamatorów

Polska kadra to trzecia liga europejska. Ze Szwecją, Belgią, Holandią, Mołdawią i Ukrainą gra w Dywizji 1B Pucharu Europy Narodów. Zwycięzca grupy awansuje do Dywizji 1A. Wyżej jest już tylko Puchar Sześciu Narodów, europejska elita, do której od czternastu lat awansować się nie da.

Związek szuka pieniędzy gdzie tylko się da. Od Ministerstwa Sportu i Turystyki i nielicznych sponsorów rocznie dostaje ok. 1,5 mln zł. Za to musi utrzymać siedem reprezentacji - zorganizować im obozy, kupić sprzęt, załatwić transport. Koszt jednego, trwającego na ogół pięć dni zgrupowania pierwszej reprezentacji (ze sztabem to 35-40 osób) w Polsce to ok. 80 tys. zł, ale już wyjazd do Mołdawii kosztuje 100 tys. zł. W kadrze w ciągu ostatnich lat i tak wiele się zmieniło. Reprezentacja gra mecze na stadionie Polonii Warszawa, który spełnia europejskie standardy. Pieniędzy wystarcza jeszcze na przyzwoite hotele i wynajęcie autokaru, którym na spotkania przyjeżdża reprezentacja piłkarzy.

Nie zmieniło się jednak to, że od ponad 20 lat, czyli od momentu, gdy rugbiści przestali dostawać stypendia z budżetu państwa, przyjeżdżają na nią półamatorzy, na co dzień prawnicy, nauczyciele WF-u, wychowawcy ośrodków resocjalizacyjnych. Podczas zgrupowania dostają tylko symboliczne 80 zł dziennie. Zresztą, w klubach nie jest dużo lepiej. Obecnie w Polsce na pensje stać tylko Lechię Gdańsk, Arkę Gdynia i Budowlanych Łódź, które płacą najlepszym od tysiąca do trzech tysięcy złotych miesięcznie.

Związek szacuje, że na miesięczne stypendia dla reprezentantów w wysokości 2-3 tys. zł brakuje 1,5 mln zł rocznie. Te pieniądze pozwoliłyby rugbistom skupić się na grze w kadrze, a zapewnić je może obecnie tylko sponsor, bo wysokość finansowania Ministerstwa Sportu i Turystyki zależy od wyników. A tych kadra nie ma.

Jednak nawet te 1,5 mln zł nie sprawi, że po zakończeniu kariery reprezentant Polski w rugby będzie miał za co żyć, jeśli poświęci się tylko sportowi.

Szeregowy, łap piłkę!

Niespodziewanie pomóc w rozwiązaniu tego problemu może... wojsko. Pod koniec sierpnia minister sportu i turystyki Andrzej Biernat mówił w Sejmie o celach jego resortu na najbliższe miesiące. Ku zaskoczeniu wszystkich powiedział, że rugby zostanie wpisane na listę sześciu sportów specjalnie traktowanych przez MSiT i że wspólnie z Ministerstwem Obrony Narodowej przygotowuje program rozwoju tej dyscypliny. Kilka dni później dodał: - Jednym z pomysłów jest, by zawodnicy kadry mogli jednocześnie grać w rugby i rozpocząć karierę żołnierza zawodowego. Ten model świetnie się sprawdza w wielu krajach.

Gdyby to się udało, to rugbista po zakończeniu kariery mógłby zarabiać jako żołnierz. Grzegorz Borkowski, sekretarz generalny Polskiego Związku Rugby, mówi jednak, że na deklaracji współpracy na razie się skończyło.

Wydaje się, że pomysł nie jest z księżyca. Gotowe wzorce istnieją już od wielu lat na Zachodzie i działają. Zaczęło się od Brytyjczyków. Pierwsze wzmianki o meczach rugby w brytyjskiej armii sięgają wojny krymskiej. W 1855 roku wieku kawalerzyści zmierzyli się z piechotą. Nie wiemy, kto wygrał, bo wyniku nie odnotowano. Pół wieku później w 1906 roku powstała Army Rugby Union, komórka wojska brytyjskiego odpowiedzialna za rozwój tej dyscypliny wśród żołnierzy. Wraz z ekspansją kolonialną żołnierze grali w rugby w Australii, Kanadzie i Indiach.

Trenujecie sport, trenujecie do wojny?

Sześć lat poprzedzających I wojnę światową brytyjscy żołnierze spędzili, biegając z piłką w myśl filozofii przekazanej im przez dowódców - trenujecie sport, trenujecie do wojny. Rugby weszło im tak bardzo w krew, że w 1916 roku podczas bitwy nad Sommą - najkrwawszej podczas tego konfliktu, zginęło w niej milion osób - dwie kompanie ruszyły z okopów, wykopując wysoko w powietrze piłkę. To był ich sygnał do ataku.

W 1878 roku rozegrano pierwszy mecz między wojskami lądowymi a marynarką. W maju 2014 r., czyli 136 lat później, znów lądowi grali z marynarzami, a na stadionie Twickenham w Londynie, w sercu brytyjskiego rugby, zasiadło ponad 70 000 widzów. To trzy razy więcej niż na półfinałowym meczu Pucharu Heinekena, czyli rugbowego odpowiednika Ligi Mistrzów, w którym angielscy Saracens rozbili Francuzów z Clermont. Brytyjczycy zakochali się w rugby w żołnierskim wydaniu. Oklaskują tych, którzy być może zaraz po meczu dostaną wezwanie od dowódcy i pojadą do Afganistanu czy Iraku. Na co dzień wielu z nich występuje w brytyjskiej lidze rugby żołnierzy - pierwszej takiej na świecie, a niektórzy są nawet profesjonalnymi zawodnikami z kontraktami w zawodowych klubach.

Wiemy już więc, co rugbiści mogą wygrać na pomyśle Biernata i mariażu z wojskiem. Ale po wojsku rugbiści?

- Bo to gra zespołowa. Niesie ze sobą wiele wartości. W dzisiejszych czasach, i to wcale nie jest żart, potrzebujemy silnych, sprawnych ludzi... - mówi Biernat.

Zagłosuj na aplikację Sport.pl LIVE!


Więcej o: