Wtorkowe spotkanie dla obu reprezentacji było meczem o honor, gdyż przegrały one z Węgrami oraz Islandią, wobec czego już po dwóch kolejkach kwestia awansu z grupy F była rozstrzygnięta. Ale mimo wszystko to spotkanie też miało jakąś stawkę. Zajęcie trzeciego miejsca w grupie dałoby lepsze rozstawienie w losowaniu kwalifikacji mistrzostw świata, które odbędą się w przyszłym roku.
Polacy nieźle rozpoczęli swoje ostatnie spotkanie tegorocznych mistrzostw Europy. Byli uważni w obronie, z kolei w ataku Włosi, by ich powstrzymać, wielokrotnie uciekali się do fauli. Za te otrzymywali karę dwóch minut lub rzut karny dla Polski. W 17. minucie było nawet 10:7 dla podopiecznych Joty Gonzaleza i wydawało się, że w końcu polscy kibice będą mieli powody do radości.
Niestety powtórzyło się to, co widzieliśmy w polskiej grze już w poprzednich spotkaniach. Biało-Czerwoni są drużyną nieprzewidywalną w tym negatywnym sensie i nigdy nie wiadomo, kiedy nagle drastycznie obniżą poziom gry. Tym razem taka sytuacja nadeszła w drugiej części pierwszej połowy, gdy Włosi rzucili aż pięć bramek z rzędu. Na domiar złego Biało-Czerwoni też zaczęli zbierać kary, a w 21. minucie z boiska wyleciał Damian Przytuła. Gracz RK Zagrzeb popełnił bezsensowny faul w ofensywie, kiedy podczas rzutu przyłożył w twarz jednemu z włoskich obrońców.
Ostatecznie pierwsza połowa została przegrana przez Polaków 13:15, a Biało-Czerwoni musieli się sprężyć, by nie skomplikować sobie życia w eliminacjach do mistrzostw świata.
Pierwsza połowa po obu stronach nie była popisem w wykonaniu bramkarzy. Na początku drugiej sytuacja uległa zmianie, na szczęście dla Polaków. Oto bowiem znakomitą postawę pokazał Jakub Skrzyniarz, który szybko zaliczył pięć udanych interwencji. Taka gra naszego bramkarza pozwoliła ponownie nawiązać Biało-Czerwonym walkę o zwycięstwo.
Ale przecież do niezłej postawy Skrzyniarza trzeba było dołożyć lepszą skuteczność w ofensywie. Ciężar zdobywania bramek na siebie wziął Mikołaj Czapliński, autor 13 bramek. Niestety, reszta kolegów nie osiągnęła już takich statystyk strzeleckich.
W dodatku wraz z upływającymi minutami u Polaków zaczęło wychodzić zmęczenie. To powodowało więcej luk w obronie i bardziej klarownych akcji dla Włochów, u których prym wiedli Mikael Helmersson (6 bramek) i Simone Mengon (7 bramek).
Ostatecznie o losie spotkania zdecydował prosty błąd Michała Daszka przy zmianach, który skutkował dwoma minutami kary oraz piłką przyznaną na rzecz Włochów. Ci skorzystali z prezentu i odnieśli triumf 29:28.
Polacy zaś wracają do domu z nosami spuszczonymi na kwintę, po trzech porażkach na mistrzostwach.
Polska 28:29 Włochy