Polacy nie byli faworytami piątkowego spotkania, ale z drugiej strony mogli podejść do rywalizacji z Węgrami nie mając wiele do stracenia. Trenujący ich od kwietnia ubiegłego roku Jota Gonzalez zaskoczył już podczas powołań na mistrzostwa Europy, chociażby powrotem Tomasza Gębali do reprezentacji po trzech latach. Pytaniem otwartym pozostawało, czy Biało-Czerwoni będą w stanie zaskoczyć Węgrów.
Odpowiedź na powyższe pytanie brzmiała: tak, Polacy są w stanie zaskoczyć Węgrów niezłą akcją, w szczególności w ataku pozycyjnym. Tylko cóż z tego, skoro ich skuteczność wołała o pomstę do nieba? Biało-Czerwoni wprawdzie szybko wyszli na prowadzenie 2:0, ale później nie potrafili zdobyć bramki przez całe sześć minut, dzięki czemu Węgrzy doprowadzili do stanu 4:2.
Naprawdę, dziś może poza Jędraszczykiem trudno było nie mieć do któregoś z Polaków jakiejś pretensji o sposób wykończenia akcji. Gębala raz zaliczył fatalne pudło. Mikołaj Czapliński najpierw spudłował karnego, a chwilę później przegrał sytuację sam na sam z Palasicsem.
Właśnie - węgierski golkiper. Ten był w piątkowy wieczór fenomenalny. W pierwszej połowie w pewnym momencie miał aż 58% skuteczności w obronionych strzałach. Wybronił dwa rzuty karne. A na domiar złego przy stanie 10:5, gdy Polacy grali na dwóch obrotowych, sam po udanej interwencji wziął piłkę i zaliczył trafienie. To był prawdziwy koszmar naszych szczypiornistów.
Pierwsza połowa zakończyła się przegraną Polaków 10:14. Druga wcale nie rozpoczęła się lepiej. Bence Imre, od którego nasi reprezentanci mogliby się uczyć wykonywania rzutów karnych (w pierwszej części meczu trafił 3/3), tym razem zdobył bramkę z gry.
W dodatku już w 34 minucie z boiska wyleciał Wiktor Jankowski, który obejrzał zasłużoną czerwoną kartkę za faul na Miklosu Roscie. Podopieczni trenera Gonzaleza mogli mówić o sporym szczęściu, że ich rywale nie wykorzystali gry w przewadze.
To było najgorsze w piątkowym meczu. Węgrzy naprawdę nie grali nic wielkiego - oczywiście poza Palasicsem. Wielokrotnie podawali Polakom pomocną dłoń, wręcz zapraszali do tego, by nasi reprezentanci na tablicy wyników podłączyli się do spotkania. Ale ci konsekwentnie odrzucali zaproszenie poprzez złe rozgrywanie akcji i przede wszystkim fatalną skuteczność.
Ostatnie osiem minut meczu oglądało się już z poczuciem przykrości. Polacy byli zrezygnowani, pogodzeni z losem, wskutek czego spotkanie zakończyło się wynikiem 21:29.
Następny mecz Polacy zagraną 18 stycznia z Islandią. I najprawdopodobniej będzie to spotkanie o wszystko.