Już nic nie muszę. A mam frajdę

- Moja wskazówka dla Kielc jak pójść w nasze ślady? Dużo, dużo cierpliwości i ciężka praca. Tylko to zagwarantuje realizację marzeń. Macie już jednak naprawdę dobrych zawodników oraz rewelacyjnego trenera Bogdana Wentę. I faktycznie zostawiliście bardzo dobre wrażenie w pierwszym meczu z nami - chwali World Handball Player of the Year 2010

Rozmowa z Filipem Jichą*

Adam Gołąb, Karolina Siedlak: Na początku styczniowych mistrzostw świata w Goeteborgu został pan oficjalnie uhonorowany jako zawodnik 2010 roku. Jak to jest być najlepszym piłkarzem ręcznym na świecie?

Filip Jicha, największa gwiazda THW Kiel: To było dla mnie naprawdę ogromne wyróżnienie [w głosowaniu internetowym Czech pokonał stosunkiem 31 proc. głosów do 28 późniejszego MVP mundialu Francuza Nikolę Karabaticia - przyp. red.], wyjątkowy zaszczyt. Obiecuję, że cały czas będę dawał z siebie wszystko. Mam nadzieję, że moje umiejętności jeszcze nieraz pomogą mojemu zespołowi.

2010 rok był dla pana znakomity. Najlepszy w całej karierze?

- Ten moment, w którym trzymałem w rękach puchar za wygraną w Champions League, był dla mnie niezapomniany. Do tego świętowaliśmy jeszcze przecież kolejne mistrzostwo Niemiec. Jak widać, pod kątem sportowym był to bardzo dobry rok, z jednym ale... Nie wywalczyłem z reprezentacją awansu na mistrzostwa świata w Szwecji.

Mimo to w klubowej piłce ręcznej osiągnął pan praktycznie wszystko. Jakie stawia pan sobie jeszcze cele?

- Faktycznie nie napędza mnie już fakt, że chciałbym jeszcze coś konkretnego wygrać. Choć smak zwycięstwa jest nie do opisania. Chwile, kiedy odniesiemy zwycięstwo lub zdobędziemy jakiś tytuł, ciągle są dla mnie najważniejsze. To takie emocje, które czasem pamięta się do końca życia. Dlatego dążę do tego, by było ich jak najwięcej, by móc to jeszcze raz poczuć na własnej skórze. Tego nigdy nie ma się dosyć!

Z THW Kiel jest pan na szczycie. Odczuwacie pan i zespół zasadę, że każdy chce "bić mistrza"?

- Grając w takim zespole jak THW Kiel, zawsze musisz grać na pełnych obrotach, bo w każdym meczu każdy chce cię pokonać. Bo w sporcie tak już jest, że nawet jeśli odnosi się sukcesy na boisku przez wiele lat, to i tak po jakimś czasie wszyscy chcą, by przyszedł w twoje miejsce ktoś "nowy". Nieważne, czy rozmawiamy o piłce ręcznej, czy tenisie. Tak to już jest ( śmiech ).

Sezon 2010/2011 jest dla was trudniejszy niż ten wielki poprzedni. Sporo zawiniły w tym kontuzje. Jak wygląda na dziś wasza sytuacja kadrowa?

- Przyznaję, że do tej pory był to dla nas bardzo ciężki sezon. Szwed Kim Andersson odniósł ponownie kontuzję w czasie mistrzostw świata w Szwecji [w meczu z Chorwacją złamał kość kciuka i ma pauzować przynajmniej do połowy marca - przyp. red.]. Ale Francuz Daniel Narcisse wraca już niebawem na boisko. Znów będzie mógł pracować z zespołem. Cóż, to są właśnie "uroki" sportu...

I Liga Mistrzów, i liga niemiecka wkraczają w decydującą fazę. Pana na mistrzostwach świata zabrakło - to, że odpoczął pan, daje przewagę THW Kiel?

- Odpowiem tak: każdy z graczy pragnie wziąć udział w takim wydarzeniu, więc gdy okazało, że nie będziemy z reprezentacją Czech mogli tam pojechać, to rozczarowanie było ogromne. Ale faktycznie dzięki temu mogłem wziąć sobie urlop i spędzić go ze swoją rodziną. Nie kryję, naładowałem akumulatory. Być może przyczyni się to do tego, że pod koniec sezonu będę w dobrej formie. Przy okazji ciągle jednak liczę, iż następnym razem wezmę udział w mistrzostwach świata lub Europy.

W Lidze Mistrzów waszą grupę z mistrzem Polski określono jako najtrudniejszą. Tak pan sobie wyobrażał rozstrzygnięcia w niej?

- Na razie jesteśmy przed wszystkimi, zostawiliśmy rywali z tyłu, ale tak bywa w sporcie. Nie mogę jednak absolutnie powiedzieć, że jakaś drużyna była dla nas łatwym przeciwnikiem. Uważam za to, że nasz zespół należy do tych najgroźniejszych rywali ( śmiech ).

A jak pan ocenia zespół mistrza Polski? W przegranym czterema bramkami meczu z wami w Niemczech pokazał się z dobrej strony, ale potem nie zawsze wychodziło.

- Ciężko mi oceniać kielecki klub. Vive Targi Kielce ma jednak naprawdę dobrych zawodników oraz rewelacyjnego trenera Bogdana Wentę. I faktycznie zostawiło bardzo dobre wrażenie w pierwszym meczu z nami, zagrali naprawdę dobrze. Jednak aby osiągnąć cel, należy cały czas ciężko pracować. A to dotyczy nie tylko zawodników.

W Kielcach nie kryją, że chcą szybko wejść do ścisłej europejskiej czołówki, czyli iść śladem THW Kiel. Czego im jeszcze potrzeba? Rada od Filipa Jichy to.

- Moja wskazówka? Dużo, dużo cierpliwości i ciężka praca. Tylko to zagwarantuje realizację marzeń.

Prezes Vive Bertus Servaas ciągle powtarza, że on marzy o sprowadzeniu pana do Kielc. Udało mu się już zatrudnić m.in. Mirzę Dzombę, Sławomira Szmala, Grzegorza Tkaczyka, Urosa Zormana i ostatnio Denisa Bunticia. Pytamy całkiem poważnie: to jak to będzie z panem?

- W THW Kiel mam ważny kontrakt do 2014 roku. Przyznam jednak, że do każdej nowej oferty podchodzę bardzo serio. Z drugiej strony jeszcze przez te trzy lata chciałbym grać tu, w najlepszej drużynie świata. Ten fakt ciągle jest dla mnie prawdziwym wyróżnieniem. A sprawia mi też przeogromną satysfakcję.

* Filip Jicha 19 kwietnia skończy dopiero 29 lat. Urodził się w Pilźnie, ale seniorską karierę zaczynał w Dukli Praga (w jej barwach największy sukces to wicemistrzostwo Czech). Po trzech latach - w 2003 r. - zdecydował się przenieść za granicę, ale jego pierwsze wyjazdy można nazwać mocno egzotycznymi. Najpierw wybrał się - na miesiąc - do saudyjskiej Al Ahli Jeddah, a zaraz potem (i rok później) do katarskiego Al Ahli Sport Club, z którym świętował pierwszy triumf, czyli Puchar Emira. Drugi raz do Azji wrócił po zakończeniu pierwszego sezonu w Szwajcarii (w St. Otmar St. Gallen). Dwuletnia przygoda w tym klubie nie była do końca udana - w 2004 r. bardzo długo bowiem leczył kontuzję kciuka, ale zakończyła się półfinałem Challenge Cup. Pierwszy europejski puchar wywalczył w następnym zespole. I już w Niemczech - z Lemgo triumfował w 2006 r. w Pucharze Federacji. I tu nie zagrzał długo miejsca (tylko dwa sezony), bo zgłosił się po niego wielki THW Kiel. Gigant z Bundesligi wyłożył w 2007 r. 400 tys. euro. W barwach "Zebr" stanął na samym szczycie - w ubiegłym roku został pierwszym czeskim graczem, który zdobył Ligę Mistrzów. Jest jej najlepszym strzelcem w ostatnich dwóch sezonach. W THW też nie ma najmniejszych kłopotów z trafieniem - w trwającym właśnie czwartym sezonie w jego składzie przekroczył już liczbę 1000 bramek (potrzebował na to tylko 175 spotkań; ma średnią 5,9 bramki na mecz). Ponad 600 trafień zaliczył już także w narodowym zespole. Zaczynał tak jak seniorską karierę - w 2000 r. w spotkaniu ze Słowacją. Od dwóch bramek...

Ma żonę Hanę i dwuletnią córkę Valerię. Jego pasje są mocno typowymi dla sportowców. To golf, surfowanie po internecie i czytanie książek.