"Ministrancik" Rombel idzie z Polakami na wojny o ćwierćfinał MŚ. "Nie skaczę z radości pod sufit"

- Nigdy nie byłem blisko zostania ministrantem - mówi Patryk Rombel. Czy pod wodzą 37-latka z już kilkunastoletnim stażem trenerskim nasza kadra wróci do światowej czołówki? - Nie skaczę z radości pod sufit, bo wiem, że jeszcze naprawdę kawał drogi do tego, żeby było tak, jak chcemy - mówi szkoleniowiec. W sobotę o godzinie 18 mecz Polska - Węgry. Relacja na żywo na Sport.pl
  1. Węgry 6 pkt
  2. Hiszpania 5
  3. Polska 4
  4. Niemcy 2
  5. Brazylia 1
  6. Urugwaj 0

Tak wygląda tabela grupy, z której do ćwierćfinałów MŚ 2021 awansują tylko dwie najlepsze drużyny. Do rozegrania zostały dwie kolejki - sobotnia i poniedziałkowa. W sobotę o godzinie 15.30 Hiszpania zagra z Urugwajem. Zapewne wygra i będzie miała już 7 punktów. Gdybyśmy później przegrali z Węgrami, to już przed ostatnią kolejką byłoby jasne, że z naszej grupy do ćwierćfinałów wyjdą Węgry i Hiszpania. Chcąc awansować, musimy wygrać i z Węgrami, i za dwa dni z Niemcami.

Dla przypomnienia jeszcze wyniki meczów, które Polska już rozegrała na MŚ w Egipcie:

  • Polska - Tunezja 30:28
  • Polska - Hiszpania 26:27
  • Polska - Brazylia 33:23
  • Polska - Urugwaj 30:16
Zobacz wideo "Mało osób w nas wierzyło przed mistrzostwami. Nie tylko w telewizjach, ale ogólnie"

Łukasz Jachimiak: Gratuluję i przyznaję się - nie wierzyłem. To znaczy, spodziewałem się, że dojdziecie do tego etapu mistrzostw, ale sądziłem, że to będzie raczej droga przez mękę niż przyjemność. Jak Wy to zrobiliście? Co jest kluczem do przeskoku na inny poziom?

Patryk Rombel: Może to wygląda jak nagły przeskok, ale ja wiem i będę to powtarzał, że teraz widzimy efekt pracy wykonywanej przez ostatnie półtora roku.

Tak, ale czego nie było jeszcze powiedzmy na ubiegłorocznych mistrzostwach Europy, a jest teraz?

- Mieliśmy bardzo dużo utrudnień, których teraz nie ma. Chodzi głównie o mnóstwo kontuzji, które były szczególnie na początku mojej pracy. Poza tym my sukcesywnie poprawiamy wiele rzeczy. Cały czas poprawiamy. To trwa. To jest proces. Tu się nic nie stało i nic się nie wydarzy z dnia na dzień. Teraz wszyscy jesteśmy świadkami, że parę rzeczy w naszej grze wygląda lepiej. Ale dalej jesteśmy daleko od ideału. Jednak po meczach na tych mistrzostwach jestem święcie przekonany, że idziemy w dobrą stronę.

My, kibice i dziennikarze, teraz też nabraliśmy takiego przekonania. Ale wcześniej mieliśmy momenty zwątpienia. A Pan je miał?

- Ani nie rozpaczałem, kiedy nam nie szło i nie wylewałem nigdzie żali, ani teraz nie skaczę z radości pod sufit. Bo wiem, że jeszcze naprawdę kawał drogi do tego, żeby było tak, jak chcemy.

Proszę odpowiedzieć szczerze: półtora roku temu w Prisztinie, po remisie z Kosowem, nie pomyślał Pan "Kurczę, w co ja się wpakowałem?"? Przecież pół roku wcześniej prowadził Pan klub w Lidze Mistrzów. A gdy ten remis z Kosowem uratowaliście w ostatniej sekundzie, to krytyka była ostra.

- To było normalne i oczywiście to nie było łatwe. Gdybym powiedział, że mnie nie ruszyło, to bym skłamał. Bardzo mi zależy. Oczywiście bardziej z ambicjonalnego niż medialnego punktu widzenia. To boli, gdy reprezentacja Polski tak się męczy. Ale ja sobie zdawałem sprawę z tego, że trzeba być cierpliwym. I pracować jeszcze mocniej. Cały czas staraliśmy się powolutku wychodzić z dołu. I gonić. 

Bogdan Wenta"Palnął, że Polacy nie mają jaj. A my - jak to? Nie mamy jaj? No to wam pokażemy!" [nieDawny Mistrz]

Przychodzi ładny moment na zerknięcie, kogo się dogoniło. Kadencję zaczął Pan w kwietniu 2019 roku od dwumeczu z Niemcami w eliminacjach ME. Wtedy nie mieliśmy szans, przegraliśmy 18:26 i 24:29. A dziś jest mocna wiara, że w sobotę i poniedziałek w Egipcie możecie wygrać z Węgrami i Niemcami i awansować do ćwierćfinału mistrzostw świata, prawda?

- To prawda. Cieszę się, że jesteśmy na tym etapie. Ale podchodzimy do niego z pokorą. My w tych meczach nie będziemy faworytami. Musimy zagrać najlepiej jak w tym momencie potrafimy, żeby nawiązać z nimi walkę. Musimy jak najlepiej się przygotować, zagrać swoją najlepszą piłkę ręczną, ograniczyć błędy i wtedy możemy myśleć o czymś więcej niż tylko o nawiązaniu walki.

Brzmi jak realna ocena sytuacji, ale w szatni przed meczem powie Pan drużynie coś innego? Oglądałem Pana przemowy i widziałem, że buduje Pan w zespole przekonanie, że może pokonać każdego rywala.

 

- No bo taka jest prawda. To nie jest z mojej strony jakieś granie. Ja naprawdę w zespół wierzę. Wierzę, że przy wykorzystaniu naszego potencjału, przy konsekwentnej grze jesteśmy w stanie walczyć z najlepszymi. Powtarzam to od początku, mówiłem tak nawet, gdy skład był przetrzebiony konuzjami. Wiem jaki mamy potencjał. Może jeszcze nie jesteśmy w stanie wykorzystać go w stu procentach. Jeszcze potrzebujemy czasu. Ale wiem, do czego zmierzamy.

Czy mam dobre wrażenie, że zespół w swój potencjał bardzo uwierzył po meczu z Hiszpanią? I że bardzo dojrzał po tym spotkaniu? Krótko mówiąc: wydaje się, że ten mecz dał Wam bardzo dużo, mimo że nie dał punktów.

- Trudno mi to ocenić. Ja zmiany zachodzące w zespole i w zawodnikach widzę wcześniej niż inni. Być może mecz z Hiszpanią coś zmienił, ale bardziej na pewno zadziałał czas jaki spędziliśmy razem przez ostatni miesiąc. I to wszystko, co się działo wcześniej. Nawet na tych zgrupowaniach, na których z różnych przyczyn nie dochodziło do grania. To praca, którą wykonaliśmy wszyscy - cały sztab i zawodnicy - przez ten cały czas powoli zaczyna przynosić efekty.

A może na dobre wyszło Wam, że długo nie dało się grać? Mieliście zgrupowania, zespół się zgrywał, a nie miał presji meczowej. Może pandemia koronawirusa Wam się przysłużyła?

- Hmm, no nie, jednak nie. Wolałbym grać. Mecze pokazują, co się wypracowało. Najlepszym przykładem jest nasze ostatnie zgrupowanie. Przed wyjazdem na mistrzostwa świata mieliśmy możliwość rozegrania kilku meczów towarzyskich [23:26, 26:24 i 24:21 z Algierią i 25:23 z Rosją] i dwóch o stawkę [29:24 i 35:24 z Turcją w eliminacjach ME 2022]. To są takie rzeczy, które uczą cię najwięcej. Nie można nie doceniać możliwości grania.

Jan Filip i Daniel KubesNieudolne przygotowania do MŚ w piłce ręcznej. Trenerzy zostali zwolnieni

Na pewno bardzo Wam się przydało to, że w dwa tygodnie wygraliście więcej meczów niż wcześniej przez prawie dwa lata.

- Tak, zwycięstwa budują. Ale przede wszystkim grając mecze, masz prawdziwą możliwość poprawiania się. Trening nie jest tak dobrym środkiem do rozwijania się, bo w nim błąd nic nie kosztuje. A mecz pokazuje wszystkie błędy. Pozwala wyciągać lepsze wnioski. Trening jest wygodny, ale granie meczów sprawia, że koncentracja i poziom muszą iść do przodu.

Po ostatnich meczach usłyszałem taką opinię: przez lata mieliśmy na ławce zakapiorów, czyli Bogdana Wentę i Tałanta Dujszebajewa, a teraz mamy ministrancika. Pan się czasem denerwuje?

- O! Nigdy nie byłem blisko zostania ministrantem.

A był Pan blisko jakiegoś wybuchu emocji?

- Emocje są, od tego się nie ucieknie. Natomiast wydaje mi się, że dla zespołu jest lepiej, kiedy potrafię ocenić pewne rzeczy na chłodno. Albo nie na chłodno, bo emocje są. Na spokojnie staram się wszystko przemyśleć i wybrać najlepsze rozwiązanie. Oczywiście kiedy trzeba zareagować mocniej, to reaguję - zdarzają się takie sytuacje.

Ale nie jest Pan typem trenera, który może ruszyć do szkoleniowca Węgrów albo Niemców i o coś się z nim wykłócać?

- Nie, bo ja nie gram przeciw nim bezpośrednio, tylko przeciw ich zespołom. Oni nic nie zmienią w graniu mojej drużyny. Jeśli nie idzie, to ja muszę to zmienić, rozmawiając ze sztabem, z zawodnikami. A kłócąc się, mógłbym tylko swój zespół zdenerwować.

Czuje się Pan trenerem młodym, a już doświadczonym? Pana rocznik to 1983, a już od dwóch lat prowadzi Pan kadrę, natomiast trenerka chyba pociągała Pana już wtedy, gdy był Pan bardzo młodym zawodnikiem?

- To prawda. Szybko wiedziałem, co chcę w piłce ręcznej robić. Już będąc bardzo młodym zawodnikiem, 23-letnim, zacząłem prowadzić drużyny młodzieżowe. To nie była lekka praca, ale chciałem się rozwijać. Przez siedem lat łączyłem bycie zawodnikiem z byciem trenerem. To był bardzo intensywny czas. W wieku lat 30 musiałem podjąć decyzję - albo wyjeżdżam z Kwidzyna i jeszcze parę lat pobiegam po boisku, albo całkowicie stawiam na bycie trenerem. Wtedy poświęciłem się pracy z młodzieżą. Decyzja była dla mnie prosta - zostałem trenerem trzech grup z różnych roczników, pracowałem w trzech różnych ligach. W domu nie było mnie od rana do nocy.

Nie myliły się Panu drużyny?

- Dawałem radę. Szybko się pojawiły sukcesy. Na wielu frontach, ze wszystkimi rocznikami. Wszystko się naturalnie toczyło do przodu. Aż doszedłem do funkcji trenera reprezentacji. Wszystko dzięki temu, że szybko sobie zdałem sprawę z tego, co mi sprawia największą frajdę.

Nie bał się Pan przyjąć oferty z Ukrainy, która przyszła, kiedy był Pan 34-latkiem z tylko dwuletnim doświadczeniem prowadzenia MMTS-u Kwidzyn? Motor Zaporoże to przecież klub z Ligi Mistrzów.

- Jestem zdania, że jeśli dostaje się szansę wejścia piętro wyżej, to nie mam co się zastanawiać, czy jestem gotowy. Skoro ktoś mi daje taką możliwość, to znaczy, że on uważa, że jestem gotowy. W takim razie dlaczego ja miałbym w to wątpić? Zawsze odważnie podejmowałem decyzje. Jeśli była szansa, to ją brałem. Uważam, że nie wolno marnować szansy na rozwój.

W jakich realiach Pan tam funkcjonował? Z jednej strony Liga Mistrzów i w niej dobra gra drużyny włącznie ze zwycięstwem nad Montpellier, które wygrało tamtą edycję, ale z drugiej strony była bieda w ukraińskiej lidze i chyba też była niecierpliwość szefów klubu, bo zwolnili Pana rok później po porażkach w Lidze Mistrzów z potęgami, z którymi i Vive Kielce mogłoby przegrać.

- Dla mnie to są świetne wspomnienia. Działałem w innej rzeczywistości. Jeśli chodzi o otoczkę, a jeszcze bardziej jeśli chodzi o wymagania, o presję, o zawodników z którymi miałem tam do czynienia. To wszystko jest nie do przecenienia jeśli chodzi o doświadczenie, warsztat, o budowanie relacji w takim zespole. Zrobiłem wtedy mnóstwo notatek, z których korzystam teraz. Kierunek był ciekawy i wymagający.

A tak po ludzku trudno się żyło na Ukrainie?

- Było mi trudno, bo zrobiłem wielki błąd i pojechałem sam, bez rodziny. Życie samemu na Ukrainie przez prawie półtora roku dało mi się we znaki. Gdybym dziś podejmował decyzję o takim wyjeździe, to na pewno zrobiłbym wszystko, żeby zabrać rodzinę. Mając trójkę małych dzieci bardzo trudno jest żyć dwa tysiące kilometrów od domu. Przychodzą bardzo trudne chwile.

Trzecie dziecko rodziło się Panu chyba w trakcie meczu Motoru?

- Tak było. Tuż przed rozpoczęciem meczu w lidze ukraińskiej dostałem telefon, że u żony rozpoczyna się akcja porodowa. W tej sytuacji bardzo fajnie się klub zachował, bo od razu po meczu pozwolono mi wsiąść w samolot i polecieć do Polski.

Mówił Pan o notatkach z Zaporoża, to proszę jeszcze powiedzieć, ile ich Pan zrobił, pracując u Tałanta Dujszebajewa, gdy on prowadził reprezentację Polski.

- Oj dużo! Jestem Tałantowi bardzo wdzięczy, że dał mi możliwość dołączenia do jego sztabu przed igrzyskami. Pracowałem z nim już przed eliminacjami do Rio. Ten czas mi dużo dał, dzięki Tałantowi pootwierałem oczy na różne sprawy, rozwinąłem się. Jestem szczęśliwy, że mogłem takie doświadczenia zebrać.

Na igrzyska Pan pojechał?

- Nie. Ale byłem z tą kadrą do końca pracy trenera Dujszebajewa.

Marzy się Panu awans z Polską na igrzyska i występ w Paryżu w 2024 roku?

- Teraz marzy mi się tylko zwycięstwo nad Węgrami.

Jan Krzysztof DudaJan-Krzysztof Duda zatrzymał mistrza świata! Kolejny wielki sukces Polaka

Jasne, ale na pewno macie długofalową strategię. Przecież w 2023 roku razem ze Szwecją będziemy organizować mistrzostwa świata.

- To prawda, jest opracowana strategia, która ma nam pozwolić zbudować mocny zespół na te mistrzostwa. Realizowana jest też inna strategia - praca z młodzieżą w Szkołach Mistrzostwa Sportowego. Już dużo pracy włożyliśmy w ujednolicenie systemu szkolenia w SMS-ach i we wszystkich kadrach młodzieżowych. Od półtora roku jest to bardzo usystematyzowane. Idziemy w tym kierunku, by w całym pionie męskim nasz sposób gry był taki sam. Chodzi o to, żeby zawodnicy trafiający do kadry z SMS-ów i z młodszych kadr mieli od razu informacje, w jaki sposób kadra gra. Żeby im było łatwiej wchodzić do najważniejszej reprezentacji. Trafiają się młodzi i utalentowani zawodnicy i warto móc z nich jak najszybciej i jak najlepiej korzystać.

Na koniec proszę o szczerość - z jakiego wyniku naszej odmłodzonej kadry na tych mistrzostwach będzie Pan zadowolony? Na pewno to przede wszystkim Wasze apetyty rosną.

- Staram się tak nie myśleć. Nie wybiegam myślami dalej niż do meczu z Węgrami. Bardzo się ucieszę jeśli wygramy, jeśli chłopaki znów pokażą dobrą grę i ten charakter, który widzieliśmy w meczach z Hiszpanią, Brazylią i Tunezją. Będę zadowolony, jeśli plan, który wszyscy razem nakreślamy, oni wykonają w 80-90 procentach. Jeśli to się stanie, to będziemy sobie nakreślać kolejny cel i przygotowywać się do kolejnego meczu. Trzymam się prostego, pragmatycznego podejścia, bo to przynosi efekty.

Czyli my sobie możemy marzyć o wielkich rzeczach, a Pan uważa, że Wy nie, bo Wam mogłoby to zaszkodzić?

- Wy od tego jesteście, wy to musicie robić, a my na całe szczęście możemy się skoncentrować na najbliższym meczu. Resztę zostawiamy wam. I mamy nadzieję, że dogonimy wasze oczekiwania.

Więcej o: