Bielecki pada na parkiet, dokoła mnóstwo krwi. "Kariera po wypadku była walką o przetrwanie"

Dziesięć lat temu legendarny polski piłkarz ręczny, Karol Bielecki, stracił oko. Koszmarny wypadek podczas sparingu reprezentacji Polski zasmucił cały kraj. Zawodnik wrócił na boisko, ale opisywał, że jego życie zmieniło się już na zawsze. - Skończyła się zabawa sportem - mówił.

Dziesięć lat temu, Karol Bielecki doznał jednej z najgorszych kontuzji w historii polskiego sportu. Piątek 11 czerwca 2010 roku, Kielce. Jest 10 minuta towarzyskiego meczu Polska - Chorwacja, pierwszego etapu przygotowań do jesiennych eliminacji mistrzostw Europy 2012. Piłkę ma Chorwat Josip Valcic. Mierzący 200 cm Karol Bielecki próbuje zablokować podanie. W starciu - wszyscy twierdzą, że absolutnie przypadkowo - kciuk Chorwata trafia w lewe oko Polaka.

Zobacz wideo Sportowa rozmowa dnia: z Mariuszem Jurkiewiczem rozmawia Michał Gąsiorowski

Dziesięć lat temu Karol Bielecki stracił oko 

Bielecki pada na parkiet, dokoła mnóstwo krwi. Rozgrywający reprezentacji Polski za chwilę podnosi się z boiska, i z przyciśniętym do krwawiącego oka ręcznikiem idzie, właściwie o własnych siłach, do szatni. Wkrótce mecz zostaje wznowiony. Polacy po zaciętej końcówce wygrywają 25:24.

Bielecki został przewieziony do szpitala w Kielcach, gdzie przeprowadzono tomografię komputerową oka. Niezwłocznie zapadła decyzja o przewiezieniu do specjalistycznej kliniki okulistycznej w Lublinie, gdzie zawodnik przeszedł pierwszą operację oka. Skomplikowana operacja zszycia gałki ocznej trwała ponad cztery godziny. Nad ranem pojawił się pierwszy dobry sygnał - oko reagowało na promienie słoneczne. Po konsultacjach lekarzy i w porozumieniu z klubem zdecydowano o przeprowadzeniu drugiego zabiegu, w klinice w Tubingen uznawanej za najlepszą pod tym względem w Niemczech. Jednak stan oka się nie poprawił. Kilka dni później było już pewne, że oka Bieleckiego ostatecznie nie uda się uratować. 

Polak wrócił na boisko i odnosił kolejne sukcesy, ale jak sam przyznaje, jego życie bardzo się zmieniło. - Ja się już z tym pogodziłem - mówił w wywiadzie z Pawłem Wilkowiczem, Bielecki. - Czas pytań: dlaczego ja, dlaczego prosto w gałkę, mam za sobą. Po wypadku musiałem usiąść i sam ze sobą przedyskutować: czy warto wracać, czy nie? Słyszałem różne komentarze, różne rzeczy przelatywały mi przez głowę. A może szkoda nerwów? Zdecydowałem się jednak pociągnąć to dalej. Wiedząc, że odtąd każdy błąd będzie mnie kosztował podwójnie. Kiedyś to byłby po prostu błąd. A teraz wiedziałem, co będzie: „Po co się kaleka pcha na boisko?” „Gdyby miał oko, to pomyliłby się tak?” „Osłabia tylko drużynę”. Miałem trenera, który w rozmowach ze mną mnie wspierał, a za plecami mówił: kaleka - opisywał.

Bielecki: "Gdy widzisz pół świata, to piłka przestaje się pojawiać tam, gdzie się jej spodziewasz"

 - Oglądałem swoje zdjęcia z pierwszych meczów po powrocie. Widać na nich, że łapię piłkę z ustami pełnymi powietrza. Takie to było dla mnie wydarzenie: złapałem piłkę. Rzecz kiedyś oczywista. A po stracie oka bardzo trudna, bo gdy widzisz tylko pół świata, to i piłka przestaje się pojawiać tam, gdzie się jej spodziewasz. Do wypadku byłem jednym z najlepiej grających w piłkę nożną wśród piłkarzy ręcznych. A po wypadku już nie, całe to czucie przestrzeni straciłem. Piłkę ręczną jeszcze jakoś po tym wypadku ogarnąłem. Ale piłki nożnej już nie, zostało mi tylko takie kopanie od czasu do czasu. Cała kariera przed wypadkiem to była przyjemność. Cała kariera po wypadku to była raczej walka o przetrwanie, a nie kariera. Skończył się czas zabawy sportem. Ja musiałem być od tamtej pory skupiony na każdym ruchu, żeby nadrobić swoją ułomność. Ale trwałem w tym - opowiadał Bielecki. Grał jeszcze aż przez osiem sezonów, do 2018 roku. 

Po zakończonej karierze wydał książkę "Wojownik". - Też miałem dylematy: pisać ją, nie pisać? Co ludzie pomyślą? Po co mi opowiadanie swojego życia, czy ono jest dla kogoś ciekawe? Ale doszedłem do wniosku: robię swoją robotę, a co ludzie o tym pomyślą, to już przecież nie moja sprawa. Jeśli kogoś to do czegoś zainspiruje - OK, napiszmy to. Wiele osób się do mnie zwracało z pytaniami, jak mi się udało podnieść, gdy wszystko się zawaliło. Więc może ludzie potrzebują o tym poczytać - wskazywał Bielecki. Teraz chciał się skupić m.in. na inspirowaniu ludzi. Razem ze Sławomirem Szmalem miał organizować spotkania, opowiadać o swojej historii i próbować w taki sposób pomagać innym. Wraz z kolegą z boiska inwestuje także w założoną wspólnie firmę KBSS Invest i jest właścicielem jednej z kieleckich restauracji. Nie wyklucza powrotu do piłki ręcznej w innej roli. 

Przeczytaj także: