Wyeliminowali wielką Francję i rozbili Szwecję na ME. Dlaczego Polacy tak nie potrafią? "Nie chodzi o pieniądze"

- Nie ma mowy o inwestycji wielkich pieniędzy, ponieważ federacja portugalska takich pieniędzy nie ma. W ich przypadku mówimy o spokoju, pracy, konsekwencji i cierpliwości: rzeczach których tak bardzo nam dziś brakuje - mówi Damian Drobik. Były reprezentant Polski jako dyrektor sportowy Związku Piłki Ręcznej w Polsce próbuje wprowadzić system, dzięki któremu nasza kadra znów dołączy do światowej czołówki. Jak pracujemy, by spróbować zdążyć na MŚ 2023, które zorganizujemy wspólnie ze Szwecją?

Po porażkach ze Słowenią 23:26, Szwajcarią 24:31 i Szwecją 26:28 reprezentacja Polski piłkarzy ręcznych odpadła z mistrzostw Europy już po rundzie grupowej. To kolejne niepowodzenie naszych szczypiornistów. Z zazdrością możemy patrzeć na kadrę Portugalii, która przez lata nie mogła się równać z naszą. Zespół, którego nie było w ME od 14 lat, znalazł się w grupie D, nazywanej grupą śmierci. I wyszedł z niej razem z jednym z gospodarzy turnieju, Norwegią.

Zobacz wideo

Portugalczycy pokonali 28:25 Francję i właśnie z powodu tej sensacyjnej porażki najlepsza drużyna XXI wieku bardzo szybko odpadła. W drugiej rundzie grupowej jeszcze bardziej dotkliwej porażki - aż 25:35 - z Portugalią doznała Szwecja. Wicemistrzowie Europy sprzed dwóch lat byli bezradni, mimo że zagrali u siebie, w Malmoe.

Łukasz Jachimiak: Co takiego ma portugalska piłka ręczna, czego nie potrafi mieć nasza?

Damian Drobik, dyrektor sportowy Związku Piłki Ręcznej w Polsce: By zrozumieć Portugalię, należy pewne fakty uszeregować. Temat rozłożony na czynniki pierwsze pokazuje, że jej sukces to efekt kilkunastoletniej, mozolnej i konsekwentnej pracy.

Jak to się stało, że jeszcze dwa lata temu sukcesem Portugalii był remis z Polską w preeliminacjach mistrzostw świata, a teraz ona bije potęgi?

- Rzeczywiście Portugalia wróciła na turniej finałowy EHF Euro, ale po 14 latach przerwy. To sporo. My, porównując te dwie reprezentacje, wypadliśmy z głównych imprez jedynie w latach 2018-2019 i w konsekwencji nie będzie nas jeszcze na igrzyskach olimpijskich Tokio 2020. Na mistrzostwa Europy wróciliśmy relatywnie szybko, takie są fakty. Oczywiście można narzekać na styl i wyniki. Zwłaszcza w drodze do ME te nie były wybitne i ładne dla oka i serca. Ale w sporcie liczą się fakty i efekty, najważniejszy jest ogólny bilans. A on jest taki, że na ME zagraliśmy. Teraz rozpoczynamy przygotowania do batalii o udział w kolejnej imprezie, tj. MŚ w Egipcie w 2021 i czekamy na losowanie, które odbędzie się 30 stycznia w Wiedniu. W przypadku ostatnich ME bardzo istotne jest, że młodzi ludzie wywieźli z dużej imprezy doświadczenie. My przyjechaliśmy na mistrzostwa z dziesięcioma debiutantami i najmłodszą wiekowo reprezentacją. Zabraliśmy łup w postaci pokaźnego doświadczenia, pokazując przy tym, że jest w tej reprezentacji potencjał. Oczywiście bilans punktowy jest zerowy i dużo jeszcze pracy przed nami. Ale będąc twardym realistą, przed mistrzostwami trudno było założyć, że turniej zawojujemy. I nie taki był nadrzędny cel. A co do Portugalii, to warto sobie przypomnieć, że na ME 2006 w Szwajcarii ona przegrała wszystkie mecze i zajęła drugie miejsce od końca, a i dla nas tamten turniej skończył się mocnym łupniem. Orły Bogdana Wenty przegrały ze Słowenią 29:33, zremisowały ze Szwajcarią po 31, wygrały z Ukrainą 33:24 i wyszły z grupy, ale później przegraliśmy z Hiszpanią 25:34, z Francją aż 21:37 i z Niemcami 24:32. Zajęliśmy w Szwajcarii finalnie 10. miejsce. Jak widzimy, droga po sukcesy tamtej reprezentacji była usłana bólem i sromotnymi porażkami. Dlatego też weźmy pod uwagę tamte okoliczności przy budowaniu opinii i wystawianiu not dzisiejszemu pokoleniu, które jak jego poprzednicy zdobywa i buduje doświadczenie. To jest też kluczowe, jeśli chodzi o sukces Portugalii.

W Portugalii o cierpliwość było łatwiej, bo ona nigdy nie należała do światowej czołówki, a my przez wiele lat tak. To naturalne, że trudno nam znosić kolejne porażki.

- Tak. Wielu ludzi w ten sposób reaguje. To dla mnie zrozumiałe, ale to nic nie wnosi do teraźniejszości poza rozdrapywaniem ran. Z historii, którą bardzo prywatnie lubię i "studiuję" należy wyciągać wnioski i jej nie zapominać. Ale by pójść do przodu należy się tutaj odciąć od narzekań, zinwentaryzować zasoby i budować system tym co jest, by kolejne wielkie bitwy wygrywać. Po drodze będą pewnie jeszcze nie jedne porażki, to jest tylko sport, ale cel jest konkretny – rok 2023. Portugalczycy swoją siłę budują konsekwentnie od sezonu 2015/2016 i pokazują, że taką drogą po prostu trzeba pójść. Momentem zwrotnym było w ich przypadku zakontraktowanie brazylijskiego szkoleniowca Paulo Pereiry oraz - co istotne - fakt utrzymywania go od tamtego czasu do dziś. Budując zespół i system szkoleniowy trenerzy muszą mieć czas, wsparcie i żelazną konsekwencje przy założeniu, że idziemy właściwą drogą. Pereira przychodząc do Portugalii już miał duży dorobek i doświadczenie. Prowadził klub FC Porto, wcześniej klub hiszpańskiej ekstraklasy Cangas i reprezentacje narodowe Angoli oraz Tunezji. Z Tunezją dwa razy wygrał Puchar Afryki. Z Pereirą w roli trenera Portugalia zaczęła mocno współpracować z Hiszpanią w zakresie budowy całego systemu. Kluczem do sukcesu było wprowadzenie jednolitej myśli szkoleniowej i realizowanie jej przez wiele lat - konsekwentnie i cierpliwie.

U nas nie ma myśli, czy bardziej nie ma cierpliwości do ludzi, którzy próbują myśl wprowadzić?

- U nas właśnie ma miejsce to, co się wydarzyło w Portugalii. W 2019 roku zaczęliśmy ujednolicanie systemu szkolenia. Różnica między Polską a Portugalią jest w czasie temu poświęconym. My ujednolicamy i optymalizujemy szkolenie centralne dopiero od sześciu - dziesięciu miesięcy. Ujednolicanie obejmuje około 10 tysięcy zawodników i zawodniczek, którzy są zaangażowani w szkolenie centralne oraz kilkuset trenerów i instruktorów w nim uczestniczących. To jest proces na kilka lat. Nie mówimy tu o szkoleniu w klubach, choć z tymi współpraca również jest ważna i dziś wygląda lepiej niż chociażby rok temu. Mam pozytywne odczucie, że środowisko piłki ręcznej w Polsce jest coraz bardziej świadome, że wszyscy w jakimś stopniu wpływamy na wyniki każdej reprezentacji i potrafi połączyć interesy klubów z naszymi, bo sukces reprezentacji przekłada się na nich – na dyscyplinę generalnie. Portugalia ma już za sobą cztery lata takiej pracy, czyli tracimy do niej trzy i pół roku.

Efekty szkolenia portugalskiego i polskiego łatwo sprawdzić, patrząc na wyniki nie tylko trwających jeszcze ME, ale też juniorskich mistrzostw. Nasz ostatni niezły występ na MŚ do lat 21 to siódme miejsce z 2003 roku z Karolem Bieleckim jako królem strzelców turnieju. A Portugalia była czwarta rok temu.

- Jeśli chodzi o młodzieżowe reprezentacje Portugalii, to nie jest to jeszcze optimum, bo na przykład na Młodzieżowych Mistrzostwach Świata U-18 cały czas zajmują miejsca w drugiej dziesiątce. Widać, że w tej kategorii wiekowej Portugalia wciąż nie jest mocna. Ale w wyższej kategorii oczywiście jest. I oczywiście chcielibyśmy, by te miejsca zajmowały polskie reprezentacje.

Których praktycznie nie ma w mistrzowskich turniejach.

- Dziś gramy w dywizji B. Taki jest fakt. I tutaj mamy bardzo wiele do udowodnienia i do wypracowania. W tym roku dwie nasze ekipy pod wodzą m.in. Bartłomieja Jaszki i Artura Markowskiego będą walczyć w MME Dywizji B o awans do Dywizji A. Bartek i Artur mają dobre wyniki w pracy z tą młodzieżą, a Patryk Rombel wspomaga ich pracę, od pół roku współpracuje z nimi i bardzo wszyscy liczymy, że uda im się wywalczyć awans. Chciałbym w przyszłości starać się o organizację tych turniejów w Polsce. Ten atut byłby zapewne pomocny.

Portugalska piłka ręczna nie ma chyba ani większych pieniędzy, ani większej bazy zawodników niż nasza?

- Portugalczycy cierpliwie pracowali i czekali kilkanaście lat na powrót do najlepszych - to cała tajemnica. Nie ma tu mowy o inwestycji wielkich pieniędzy, ponieważ federacja portugalska takich pieniędzy nie ma. Jestem w kontakcie z tą federacją. Mamy dobre relacje. Temat jest czytelny. W przypadku tej federacji mówimy o spokoju, pracy, konsekwencji i cierpliwości, których to rzeczy tak bardzo nam dziś brakuje dookoła. U nas krytykuje się pracę szkoleniową, aktualną i sprzed kilku lat. Partyka Rombla oraz jego sztabu, i pozostałych trenerów obecnych dziś w szkoleniu centralnym. Brakuje cierpliwości. Wynik w sporcie to nie efekt wyciągnięcia królika z kapelusza. To twarda i mozolna praca. Zdecydowanie wolałbym, by tak jak Sławek Szmal, Bartłomiej Jaszka, Marcin Wichary albo Rafał Bernacki, dziś trenerzy, a kiedyś wybitni zawodnicy, inni też zakasali rękawy i pomogli. Narzekaniem i negatywnymi emocjami Krakowa czy Rzymu nie zbudowano. My potrzebujemy rąk do pracy i ludzi do pomocy.

Przez lata w Polsce nie wykorzystywano koniunktury na piłkę ręczną. Ośrodki Szkolenia Piłki Ręcznej ZPRP uruchomił przecież dopiero osiem lat po srebrnym medalu kadry z MŚ 2007. Czy ten projekt działa już chociaż na tyle prężnie, by wkrótce wyszli z niego kolejni zawodnicy tacy jak 18-letni Michał Olejniczak, który właśnie zadebiutował w mistrzostwach Europy?

- Faktem jest, że program OSPR ruszył w 2015 roku. Dlaczego dopiero wtedy? Z tego co wiem to Ministerstwo Sportu dopiero wtedy dało się przekonać do zainwestowania szerzej w piłkę ręczną. Od 2015 roku OSPR trwa nieprzerwanie. Zasięg projektu jest porównywalny do tego z siatkówki. To też jest projekt ogólnopolski, choć skala trochę mniejsza. Mamy w OSPR 300 szkół i ponad 6 tys dzieci i młodzieży. O skali zadecydowało Ministerstwo Sportu, które na szkolenie o bardzo podobnym rozwiązaniu organizacyjnym na piłkę ręczną przeznacza tylko 50 proc. tego, co dedykuje dla piłki siatkowej. To jest odpowiednio 7 mln i 14 mln złotych rocznie. Tak jest również dziś. Z tego powodu nie możemy mówić o tej samej skali. Szkoły siatkarskie działają też dwa razy dłużej. Ale nie narzekamy. Działamy tym co mamy. Modyfikujemy działanie OSPR by był bardziej optymalny, bo jeszcze nie jest. Ale młodzież szkolona w OSPR coraz częściej wygrywa z tą szkoloną w klubach rywalizację o dostanie się do Szkół Mistrzostwa Sportowego ZPRP. Dla wyników reprezentacji SMS-y są najważniejsze. To serce systemu i tutaj ciężko pracuje się dla przyszłości piłki ręcznej. Tutaj czekają kolejni chłopcy na swój czas do gry w reprezentacji Polski seniorów.

Zdążą ją wzmocnić na MŚ 2023, które Polska zorganizuje wspólnie ze Szwecją? Uważa Pan, że przez trzy lata zbudujemy dobrą, waleczną reprezentację, która nawiąże do sukcesów niedawnego pokolenia?

- Naszym celem jest właśnie rok 2023. To pod te MŚ budujemy cały system. Mamy szkoleniowo trzy lata. To mało czasu. Trzeba być realistą. Na pewno będzie to reprezentacja młoda. Będzie waleczna. Nie wyobrażam sobie tego inaczej. Czy nawiąże do medali zdobywanych przez poprzednią generację? Uczciwie powiem, że nie wiem. Na pewno zrobimy wszystko, by tak było. Na wyniki pracy Bogdana Wenty też czekaliśmy trzy długie lata. Patryk Rombel i jego sztab muszą mieć czas. Dziś na podstawie analizy meczów z mistrzostw Europy ze Słowenią i Szwecją oraz na podstawie gry młodego Olejniczaka, wiem, że to co robimy, przynosi pomału efekty i jesteśmy na właściwej drodze. Ten chłopak nigdy nie zagrał w Superlidze. Trenuje w naszym SMS-ie i pokazał, że dużo potrafi. We wszystkich czterech SMS-ach trenujemy od sześciu miesięcy według jednego systemu. Najpierw przeszkoliliśmy trenerów, by ci dzisiaj szkolili zawodników i kontynuowali myśl. To pozwoliło wejść Olejniczakowi na boisko podczas meczów reprezentacji seniorów do współpracy ze starszymi kolegami i rozumieć się z nimi, mimo że nigdy z nimi nie grał nie tylko w klubie, ale nawet w tej samej lidze. Oczywiście do taktyki dołożył serce, swój charakter i pokazał potencjał. Do niego doszli bardzo dobrze rokujący Szymon Sićko, którego fajnie rozwija Marcin Lijewski, silny jak tur Dawid Dzawydzik, którego rozwija na co dzień Michał Skórski czy techniczny i bardzo sprawny Maciej Majdziński z Bergischer HC . To młodzi chłopcy mówiący od niedawna wspólnym, taktycznym językiem. Ci młodzi, wraz z innymi zawodnikami jak Arek Moryto, Michał Daszek, bracia Gębala, Matusz Kornecki czy Adam Morawski i inni, będą świadczyli o sile reprezentacji Polski w nadchodzącym czasie.

Szkolicie nową generację w SMS-ach i przez OSPR, a jak sytuacja wygląda w klubach?

- Sukces reprezentacji Portugalii jest sukcesem szkolenia klubowego FC Porto, Sportingu czy Benfiki. Tu, moim zdaniem, jest największy klucz do progresu sportowego reprezentacji Portugali. Tego nam brakuje w Polsce, gdzie w kluczowych dwóch klubach gra mnóstwo obcokrajowców. Reprezentanci Polski owszem są, ale policzyć ich można na palcach jednej ręki. W klubie z Porto udało się zgromadzić 32 proc. zawodników obecnej reprezentacji Portugalii. W Lizbonie kolejne 20 proc. W Porto zawodników trenuje gwiazda złotej reprezentacji Szwecji sprzed lat Magnus Andersson, który zastąpił Larsa Walthera, trenera który z kolei był kiedyś szkoleniowcem Orlen Wisły Płock. Trenerem Benfiki jest były zawodnik, już z dużym 13-letnim doświadczeniem trenerskim, mój oponent z MŚ w Portugalii z 2003 roku - Carlos Resende. Trzech zawodników portugalskiej kadry gra we Francji, jeden w Hiszpanii, ale ponad połowa reprezentacji znajduje się w dwóch krajowych klubach. Porto i Sporting grają w Lidze Mistrzów. Porto ograło między innymi VIVE Kielce, THW Kiel, Montpellier. Zawodnicy tych klubów trenują na co dzień ze sobą, znają siebie bardzo dobrze. Ma to kluczowe znaczenie przy budowaniu i rozwijaniu drużyny narodowej. Dla kontrastu: reprezentacja Polski seniorów w 2019 roku była ze sobą 18 proc. czasu całego roku. Aż przez 82 proc. czasu zawodnicy ci nie trenowali ze sobą, tylko realizowali różne zadania w różnych klubach. Nie muszę tłumaczyć, jak istotny jest ten wspólny i codzienny czas, szczególnie w fazie budowania naszego zespołu, czyli w fazie gdzie brakuje zgrania i doświadczenia. Nie mamy tego komfortu jaki ma reprezentacja Portugali. Gdybyśmy w klubach z Kielc i Płocka mieli 50 proc. reprezentacji, to mielibyśmy zawodników trenujących codziennie ze sobą, realizujących dany i jednolity plan szkoleniowy. A wtedy efektywność gry chłopców w reprezentacji byłaby zdecydowanie większa. Grając ze sobą zawodnicy też się zżywają, tworzą to, co widać w ekipie Portugalii. Wybitnie mi imponuje w tym zespole i u tych zawodników mentalność i motywacja. Nie ma wielkich gwiazd. To jest zespół. Oni są niesamowicie nakręceni do walki. Grając przeciw Szwecji i wygrywając 10 bramkami nie tracili motywacji i dalej walczyli, biegali, by jak najlepiej zakończyć mecz. To jest postawa sportowca. Szanują siebie, swoja pracę, kibiców i przeciwnika. Tak zdobywają szacunek dla siebie - będąc konsekwentnie bezwzględnym. To imponujące. Taką postawę życzyłbym sobie widzieć we wszystkich meczach drużyn grających z orzełkiem na piersi.

Takiej postawy czasami naszej kadrze brakuje, prawda?

- Niestety jednym z naszych grzechów jest zdarzająca się sportowa apatia i bezsilność, która czasem bierze górę, gdy wynik nie jest dla nas korzystny. Przykładem może być mecz z reprezentacją Rosji rozegrany niedawno w Argentynie [porażka 19:30 w październiku 2019 roku]. Zostaliśmy upokorzeni. Nie chciałbym już nigdy przeżywać takich meczów. Budująca natomiast była walka i postawa zespołu w meczach przeciw Słowenii i Szwecji na Euro. Punktów nie urwaliśmy, ale pod względem charakteru właśnie tak to musi wyglądać. Pierwsze 15-20 minut pierwszej połowy w obronie przeciw Szwedom było naprawdę bardzo dobrą grą i pokazem charakteru. Tego będziemy wymagać od zespołu ciągle. W handballu bez walki nie ma co szukać sukcesu.

Bez walki, ale i bez pomysłu. A czy mamy w kraju takich trenerów, którzy dają pewność, że młode pokolenie się rozwinie? Mówił Pan, że Portugalczycy korzystają z doświadczenia zagranicznych fachowców.

- Tak, mamy takich i w takich jako ZPRP inwestujemy. Są pewne plany ich rozwoju w 2020 roku i w kolejnych latach. Gdy komparujemy polski i portugalski handball, to kwestia trenerów i ich samodoskonalenia w niektórych kwestiach rzeczywiście daje do myślenia. Portugalia i Polska są uczestnikami tzw. RINCK Convention, czyli umownego systemu szkolenia i określania jego poziomów dla szkoleniowców wewnątrz Europejskiej Federacji Piłki Ręcznej. System jest czterostopniowy, na samej górze jest najwyższy stopień licencyjny PRO, tzw. Licencja Master Coach. Portugalska federacja kilka lat temu położyła wymóg, by trenerzy prowadzący kluby w najwyższej lidze portugalskiej taki właśnie poziom posiadali. Podczas rozmowy, którą odbyłem jeszcze w 2019 roku z osobą odpowiedzialną w Portugali za szkolenie trenerów piłki ręcznej, zapytałem jak trenerzy przyjęli ten wymóg. Człowiek odpowiedział mi ze zdziwieniem: "A jak mieli przyjąć? Normalnie. No przecież to ich zawód i w ich interesie jest, by podnosić swoje kwalifikacje". W Polsce ten wymóg nie istnieje dla Superligi, a trenerzy z licencją Master Coach stanowią tylko 5 proc. wszystkich szkoleniowców, którym ZPRP wydał licencje na sezon 2019/2020. Kilka dni temu rozesłaliśmy do wszystkich trenerów w Polsce zapytanie czy chcą, by zorganizować w kraju kurs dla nich na poziom PRO. Naprawdę z chęcią byśmy go dla trenerów zrobili. Bardzo jestem ciekawy jaki będzie odzew ze środowiska.