MŚ piłkarek ręcznych 2017. Polska - Szwecja 33:30. Wioletta Luberecka-Hammershaug: W głowach dziewczyn na pewno jest myśl "dużo możemy"

- Dla Szwecji to tragedia, one szykowały się na pierwszą "czwórkę", w meczu z nami były zdecydowanymi faworytkami - mówi Wioletta Luberecka-Hammershaug po zwycięstwie Polek nad Szwedkami 33:30 w pierwszej kolejce MŚ piłkarek ręcznych w Niemczech. - W głowach naszych dziewczyn na pewno pojawiła się myśl "dużo możemy" - dodaje legendarna reprezentantka naszego kraju. W niedzielę o godz. 14 gramy z Czeszkami. Relacja na żywo w Sport.pl

Szwedki to stałe uczestniczki największych turniejów, a Polki grają w Niemczech tylko dlatego, że dostały od Międzynarodowej Federacji Piłki Ręcznej „dziką kartę”. Podopieczne Leszka Krowickiego - trenera od dwóch dekad mieszkającego w Niemczech i mającego w dorobku wiele sukcesów z tamtejszymi klubami - turniej zaczęły od potwierdzenia, że ich zaproszenie było dobrą decyzją IHF. Oczywiście dobrą nie dla rywalek, a dla poziomu imprezy.

Wielki plus: dużo zmian

- Nasze dziewczyny miały momenty przestojów, ale zdecydowanie więcej miały dobrych momentów. Taka naprawdę zła chwila była jedna – gdy prowadząc 26:19 pogubiły się i kilka minut później zrobiło się już tylko 28:26. Siedzieliśmy wtedy z mężem [norweskim trenerem piłki ręcznej Olem Mortenem Hammershaugiem] i oboje się baliśmy co będzie – mówi mieszkająca w Norwegii Luberecka.

- Oboje na piłce ręcznej zęby zjedliśmy, więc dobrze wiemy, że kiedy zbudujesz przewagę serią szybkich bramek, jak Polki w tamtej fazie meczu, to zazwyczaj za chwilę przychodzi kryzys. Prawie zawsze tak jest, bo przychodzi rozluźnienie. Ja już się bałam, widziałam, że do końca jest jeszcze kilkanaście minut [11] i mówiłam do męża, że niewiarygodnie dziewczyny zaboli, jeśli przegrają. Na szczęście przetrwały to. Bardzo fajnie, że wtedy i w ogóle w całym meczu, trener robił bardzo dużo zmian – analizuje rozgrywająca, która w kadrze wystąpiła w 136 meczach i zdobyła 428 bramek.

- To jeden z największych plusów pierwszego spotkania Polek – że wiele zawodniczek gra na dobrym poziomie. Dzięki temu ciężar się rozkłada. I sił jest więcej, i psychicznie łatwiej unieść mecz, gdy się wie, że jest kilka liderek – tłumaczy Luberecka.

Na MŚ 2013 i 2015, jeszcze pod wodzą Kima Rasmussena, Polska zajmowała czwarte miejsca. Po tym jak Duńczyk odszedł, wydawało się, że na takie wyniki będziemy musieli długo czekać. Pierwszą imprezę pod wodzą Krowickiego nasz zespół skończył już na fazie grupowej – w ME 2016 Polki przegrały wszystkie trzy mecze – z Francuzkami, Holenderkami i Niemkami.

Jest doświadczenie, nie ma kompleksów

- Po odejściu Rasmussena kadra się nam zmieniła, ale u Krowickiego tworzy się fajny, wyrównany zespół z zawodniczkami doświadczonymi jak Karolina Kudłacz-Gloc czy Kinga Grzyb, i z młodymi dziewczynami, które wyraźnie pokazują, że nasze nowe pokolenie nie ma kompleksów – mówi Luberecka. – Teraz to jest zespół z przełamaną barierą. Pokonałyśmy Szwecję, więc w głowach dziewczyn na pewno pojawiła się myśl „dużo możemy” – dodaje.

Jak dużo? - Wiadomo, że z Norwegią czy z Węgrami w grupie nie będzie łatwo wygrać, że trzeba będzie popracować nad obroną, bo to mistrzostwo świata, że jest zwycięstwo nad Szwecją mimo stracenia aż 30 bramek, ale tak się dalej w defensywie nie da grać. Najważniejsze, że nasz potencjał jest duży. Popatrzmy na grupę A [grają w niej Francja, Rumunia, Hiszpania, Słowenia, Angola i Paragwaj]. Przecież my w 1/8 finału trafimy na kogoś z tej grupy, a na kogo byśmy nie wpadli, to będziemy w stanie powalczyć. Nasza kadra czuje, że nie stoi na straconej pozycji, jej pewność siebie rośnie, co było widać już na niedawnym Pucharze Karpat – tłumaczy Luberecka.

Tydzień temu w towarzyskim turnieju w Rumunii Polki wygrały z ekipą gospodarzy 27:21, z Brazylią 29:18 i z Macedonią 32:25. Rumunki to aktualne brązowe medalistki MŚ, a Brazylijki to mistrzynie z 2013 roku.

- Już tam dziewczyny pokazały, że nie zamierzają się bać. Wiadomo, że to były tylko mecze treningowe, ale tak wysokie zwycięstwa nad mocnymi rywalkami musiały dać Polkom do myślenia. A teraz zwycięstwo nad Szwedkami jeszcze mocniej pozwoli im w siebie uwierzyć. Przecież dla Szwecji to tragedia, one szykowały się na pierwszą „czwórkę”, w meczu z nami były zdecydowanymi faworytkami – mówi Luberecka. – Teraz trzeba pójść za ciosem – dodaje.

Tak nie powinno być, ale darowanemu koniowi…

Swój drugi mecz w Niemczech Polki rozegrają już w niecałą dobę po spotkaniu ze Szwedkami. W niedzielę o godzinie 14 w Bietigheim-Bissingen zmierzą się z Czeszkami. - Czeszki są słabsze od Szwedek, ale uważamy, że ten mecz musimy wygrać, więc tu będzie inna presja. Trzeba uważać. Zwłaszcza że Czeszki są w lepszej sytuacji, bo one zagrały sobie w sobotę o godzinie 14 z Argentyną, wygrały na luzie [28:22] i już odpoczywały, kiedy Polki walczyły ze Szwedkami [nasz mecz zaczął się o godz. 18]. W niedzielę Czeszki zagrają po 24 godzinach, a my po kilkunastu. Tak nie powinno być. Ale my gramy w tym turnieju z „dziką kartą”, więc nie wybrzydzajmy. Przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – kończy Luberecka.