Noc dwóch polskich klęsk. Kultura porażki

Pewien niezły hiszpański trener piłkarski mawia, że przegrane mecze są dla niego dniem powszednim, a zwycięstwa - świętem. Gdy Kamil Stoch zdobywał tytuł mistrza świata w Val di Fiemme, przypomniał wskazówki swojego ojca, który powtarzał mu, że trzeba sto razy przegrać, żeby raz wskoczyć w skórę zwycięzcy. Jeden z najbardziej wytartych sportowych bon motów przekonuje, że to przegrana jest źródłem nauki i impulsem do zmian. To oczywiste, iż zwycięzca chętnie i jak najdłużej tkwiłby na swoim miejscu.

A jednak wystarczy pójść na jakikolwiek mecz dzieci, by się przekonać, że porażkę traktujemy jak przekleństwo. Nie tylko mali ludzie, ale przede wszystkim ich rodzice zniżają się do obrażania sędziego, krzyków pod adresem trenerów, rywali i własnych dzieci. Traktujemy przegraną bez filozoficznego dystansu, jak chorobę, zarazę, dyshonor, obelgę. Przegrywasz, znaczy jesteś gorszy od innych.

Chęć zwyciężania jest absolutnie naturalnym i podstawowym uczuciem w każdej rywalizacji. Na wygraną pracuje się latami, walcząc, budując, planując, przekraczając granice własnych lub w ogóle ludzkich możliwości. Wygrać jest trudniej, trudniej okazać się lepszym od dobrego, ale zarazem łatwiej jest odbierać honory, nagrody, wsłuchiwać się w hymny pochwalne otoczenia. Agnieszce Radwańskiej i piłkarzom ręcznym byłoby dziś lżej wstać z łóżka, gdyby mogli dumnie wypiąć swe polskie piersi. Radość, podziw rodaków wypełniłyby ich słodką miksturą satysfakcji i spełnienia.

W przegranej trzeba znaleźć siłę, by podnieść się rano i spojrzeć w lustro. By znaleźć w sobie zawziętość i motywację do dalszego działania. Nikt nie podziwia nas za wykonaną pracę, ale za jej efekty. Czyli za zwycięstwa napełniające poczuciem dumy wsie, miasta, państwa i kontynenty.

Wygrywać chcemy w sposób bezpośredni lub jako kibice. Wcielamy się w skórę naszych bohaterów, często rodaków, i trwamy w niej, ogrzewając się w promieniach ich zwycięstw. Po porażce chętnie ich opuszczamy, mamy żal, pretensję. Skoro przegrał, to znaczy, że jednak coś zaniedbał. Zwycięstwo jest też doskonałą pożywką dla utrwalania zbiorowych, a więc też narodowych mitów.

Reakcja na niepowodzenie jest miarą klasy kibica. Przykład rodzica, który traci głowę na meczu ośmiolatka, najdobitniej pokazuje, jak przez nieumiejętność przegrywania ociera się o śmieszność. Dlatego z frajdą patrzyłem na tłumy fanów naszych szczypiornistów. Przeżyli dzień wielkiego triumfu, gdy w pierwszej fazie turnieju gladiatorzy rozbili gigantów z Francji. W środę wahadło wychyliło się w przeciwną stronę. Polacy polegli z kretesem w najważniejszym meczu z Chorwatami, wielu z nich przeżyło najczarniejszy dzień kariery. To był cios miażdżący, nie udawało się im nic, jak Jasiowi Fasoli. Tym trudniej było przy nich wytrwać, tym większej wymagało to siły od kibiców. Ale wytrwali, choć wielu w smutku, depresji i konsternacji.

Porażka nie jest końcem świata. A nawet może być początkiem. Sport daje niezliczone okazje do rewanżu. Szczypiorniści muszą się pozbierać na turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Rio. Agnieszka Radwańska za pół roku zagra w Wimbledonie, gdzie być może wywalczy sobie jeszcze jedną szansę porwania się z rakietą na słońce. Nawet ktoś tak kosmiczny jak Serena Williams musi czasem zejść na ziemię.

Jak się zmieniała Agnieszka Radwańska?

Zobacz wideo
Więcej o: