Mistrzostwa Europy piłkarzy ręcznych 2016. Polska - Norwegia. Tym razem horror bez szczęśliwego końca

Miało być ciężko i było ciężko. A nawet bardzo ciężko. I, niestety, tym razem happy endu nie było. Polscy piłkarzy ręczni przegrali pierwszy mecz drugiej rundy mistrzostw Europy z Norwegią 28:30 i skomplikowali sobie drogę do półfinału. Choć ta cały czas jest otwarta.

Na mistrzowskich imprezach nasz zespół z Norwegią spotykał się ostatnio rzadko. M minionej dekadzie tylko dwa razy - osiem lat temu na ME w norweskim Stavanger w meczu zakończonym remisem 24:24 i rok później w pamiętnym pojedynku w chorwackim Zadarze, gdy słynny rzut Artura Siódmiaka przez całe boisko do pustej bramki dał biało-czerwonym zwycięstwo 31:30 i awans do półfinału mistrzostw świata.

Oba te spotkania były bardzo twarde, można by rzec brutalne, bo i Norwegowie słynęli z takiej gry, i Polacy nie zmierzali tylko dać się bić. Z tamtego zespołu norweskiego zostali jednak tylko czterej gracze: 35-letni bramkarz Ole Erevik, rok młodszy kołowy Bjarte Myrhol, 32-letni Erlend Mamelund i 27-letni Kristian Bjornsen. Nie oznacza to jednak, że zmienił się styl gry tej drużyny.

- To młody zespół, prowadzony przez młodych trenerów. Ambitni, nie mają absolutnie nic do stracenia. Musimy dobrze przeanalizować ich grę, rozłożyć ją na czynniki proste, wtedy będziemy mieli szansę na dwa punkty - mówił przed spotkaniem Karol Bielecki, który w dniu meczu z Norwegią obchodził 34. urodziny.

A Mariusz Jurasik, wicemistrz i brązowy medalista mistrzostw świata, a teraz grający trener Górnika Zabrze, kilka godzin przed sobotnim spotkaniem przewidywał: - Nasz mecz z Norwegami będzie trzymał w napięciu do samego końca. Raz jeden, raz drugi zespół będzie obejmował prowadzenie. Ale skończy się happy endem dla nas.

Podobnie jak we wtorek przeciwko Francji, tak i teraz Polacy rozpoczęli od mocnego uderzenia. Twardo bronili, a w ataku byli skuteczni. Gdy jednak tylko na chwilę zostawili norweską defensywę, ta atakowała polską bramkę potężnymi bombami. Brylował w tym grający na co dzień w lidze austriackiej Espen Lie Hansen, który tylko przed przerwą zdobył 6 goli. Na szczęście dłużny im nie była ofensywa biało-czerwonych Michał Jurecki już w 11. minucie miał na koncie trzy trafienia. W pierwszej połowie Polacy mieli 75-procentową skuteczność w ataku, Norwegowie - 76 proc.

Walka wagi superciężkiej toczyła się na kole, gdzie norwescy obrońcy z Myrholem na czele próbowali powstrzymać potężnego Kamila Syprzaka. Defensywa rywali nie przebierała w środkach - już w 14. min drugą dwuminutową karę dostał gracz niemieckiego THW Kiel Erlend Mamelund.

Gorzej, że polska obrona nie była już tak szczelna. Po kwadransie Norwegowie odrobili straty, a za chwilę wykorzystali kolejną stratę naszej drużyny w ataku i skutecznie kontrując objęli prowadzenie 9:8. Michael Biegler poprosił o czas.

Po nim gra toczyła się gol za gol, a sygnał do ataku dał piłkarską paradą Piotr Wyszomirski, który w bramce zastąpił Sławomira Szmala. Niestety, rywale zdobyli trzy gole z rzędu i w 26. min wygrywali 15:12.

Na nic zdało się odrobienie przez biało-czerwonych dwóch bramek jeszcze przed przerwą, bo tuż po wznowieniu gry Norwegowie znów odskoczyli na trzy trafienia. Najgorsze, że nasza gra nie wyglądała dobrze. Brakowało takich zespołowych akcji jak w meczu z Francją, a gole początkowo zdobywał po indywidualnych akcjach Jurecki. Inaczej było wśród rywali - Norwegowie zespołowych akcjach zdobywali kolejne bramki. Nadzieję dał znów polski bramkarz - Szmal dwukrotnie nie dał się pokonać, a dwa gole Bieleckiego pozwoliły zmniejszyć stratę (43. - 20:21). Cóż jednak z tego skoro dwa błędy naszego zespołu w ofensywie kosztowały nas dwa stracone gole, bo rywale bezlitośnie kontrowali.

Kolejną nadzieję znów dał udanymi interwencjami Szmal oraz w ataku Jurecki, Bielecki i Michał Szyba. Dokładnie dziesięć minut przed końcem Norwegowie prowadzili znów tylko jedną bramką (24:23). I znów w kilkadziesiąt sekund ta harówka wzięła w łeb. Norweski bramkarz Espen Christensen obronił dwa rzuty naszych zawodników i nieco ponad sześć minut przed końcem zrobiło się 27:24 dla Norwegii. Biegler musiał wziąć już drugi w tej połowie czas.

Pomogło. Desperackie ataki plus niewiarygodny tumult kibiców pozwoliły znów zniwelować przewagę do jednego gola. Niespełna 80 sekund przed końcem goście mieli rzut karny, ale tym razem Szmal nie został bohaterem meczu - pokonał go Kent Tonnesen. Szkoleniowiec Polaków wycofał bramkarza, ale 50 sekund przed końcem Jurecki rzucił obok norweskiej bramki. Tym razem po końcowej syrenie rywale cieszyli się jak dzieci.

W poniedziałek o godz. 20.30 Polacy grają z Białorusią.

Jeśli chodzi o piłkarzy ręcznych, to zawsze byliście w świetnej formie [MEMY]

Więcej o: