Sport.pl

Azoty... leżą

Puławianie są niewątpliwie zespołem, który sprawia największy zawód.
Drużyna Bogdana Kowalczyka była rewelacją minionego sezonu. Wprawdzie medalu nie zdobyła, ale zajęła najlepsze miejsce w historii klubu - czwarte (po raz pierwszy pokaże się na arenie międzynarodowej, bo wystąpi w Challenge Cup). Na dodatek skrzydłowy Wojciech Zydroń został królem strzelców ekstraklasy. To rozbudziło nadzieje na dobrą postawę w kolejnym sezonie, choć trener Kowalczyk przestrzegał, że może być tak, iż ten zespół doszedł do ściany, od której odbicie może spowodować... gwałtowny upadek na plecy. Z grubsza chodzi chyba o to, że drużyna osiągnęła szczyt możliwości i bez wzmocnień nic więcej się z niej nie wyciśnie.

Rzeczywiście, w puławskim zespole nie zaszły praktycznie żadne zmiany. Nie odszedł żaden z kluczowych graczy, ale też nikogo nie pozyskano, a drużyna jest coraz starsza. Z jednej strony zawodnicy powinni być lepiej zgrani, z drugiej może im brakować nieco zdrowia, bo tacy gracze jak Grzegorz Gowin, Artur Witkowski, Paweł Sieczka czy Maciej Stęczniewski mają grubo ponad 30 lat. Co dziwne, prawdziwą zmorą puławian jest popełnianie prostych błędów, a rutyniarzom zdarzać się to nie powinno.

Pewnym usprawiedliwieniem kiepskiej postawy może być plaga kontuzji, jaka dopadła zespół tuż przed rozpoczęciem rozgrywek. Praktycznie rozsypała się cała druga linia. Urazów doznali Oleg Siemionov, Dmytro Zinczuk i Remigiusz Lasoń. Ich miejsce musieli zająć zmiennicy, którzy nie zdołali udźwignąć ciężaru gry. Tak było w przegranym u siebie meczu z Chrobrym Głogów (22:27), podobnie w Piotrkowie Trybunalskim (28:29). Wprawdzie Siemionov i Zinczuk już wrócili do gry, ale i nimi w składzie Azoty wygrały zaledwie raz - u siebie z AZS-em AWF-em Gorzów Wielkopolski (36:28). Czara goryczy przelała się po klęsce w Wągrowcu z Nielbą (24:36). Oglądający to spotkanie prezes Azotów Jerzy Witaszek otwarcie stwierdził, że przeżył szok. Tak kiepsko grającego zespołu jeszcze nie widział...