Wenta: Mecze z Chorwacją to nasz wspólny sukces

- Doszliśmy do etapu, że takie zespoły jak Chorwacja wiedzą, że warto do nas przyjechać. Mieliśmy oferty od Francuzów, czyli mistrzów świata i Europy, złotych medalistów olimpijskich. Mogliśmy do nich jechać. Nadszedł jednak czas, by nasza reprezentacja grała u siebie i to z najsilniejszymi. Musimy pokazywać się własnym kibicom - mówi Bogdan Wenta, trener reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych.


Rozmowa z Bogdanem Wentą*

Paweł Matys: Chorwacja to taka Brazylia piłki nożnej. Rozpiera nas duma, że przyjeżdżają do Polski na towarzyski mecz.

Bogdan Wenta: - Bardzo się cieszę, że takie spotkanie doszło do skutku. Tym bardziej, że w czerwcu większość zespołów gra eliminacje do przyszłorocznych mistrzostw świata w Szwecji. Przypomnę, że przez wiele lat w tym okresie także my musieliśmy rozgrywaliśmy mecze eliminacyjne, ale po tym jak w styczniu na mistrzostwach Europy w Austrii zajęliśmy czwarte miejsce udział w szwedzkim mundialu mamy zapewniony. Jesteśmy w komfortowej sytuacji, nie musimy grać o coś, nie mamy obciążenia psychicznego. Możemy zagrać typowo treningowo. Oczywiście, problemem było znalezienie dobrego partnera, bo oprócz nas zostały tylko cztery klasowe ekipy, które nie muszą występować w eliminacjach: Szwecja, Francja, Chorwacja i Islandia. Szukaliśmy różnych rozwiązań, udało się z Chorwacją. Z tego co wiem przyjadą mocnym składem, choć będzie kilka absencji z powodu kontuzji. Zresztą podobnie u nas, nie wiadomo co z młodym Lijewskim [Krzysztofem] i Mariuszem Jurkiewiczem. Zapewniam jednak, że wystąpimy w optymalnym składzie, pokażemy Chorwatom, że traktujemy ten dwumecz poważnie. To prestiżowe spotkania, łączy nas z nimi nas wiele. W ostatnich latach osiągnęli więcej od nas dlatego tym bardziej cieszymy się, że tak utytułowany zespół do nas zawita.

W Polsce Chorwatów poprowadzi Slavko Goluza. Żałuje Pan, że nie przyjedzie Lino Eervar?

- Nie mam pojęcia dlaczego zabraknie go w Polsce, bo z tego co wiem nadal jest ich trenerem.

Rzecznik chorwackiej federacji powiedział "Gazecie", że mimo zapowiedzi rezygnacji z pracy po mistrzostwach w Austrii Eervar ma ważny kontrakt do końca czerwca i negocjowana jest kolejna umowa. Do Polski nie przyleci, bo już wcześniej miał zaplanowane ważne badania lekarskie.

- Bardzo cenię tego człowieka, miałem okazję go poznać nie będąc jeszcze trenerem. Jestem zafascynowany jego pracą, anegdotami o nim opowiadanymi przez zawodników. U niego na treningach można się uśmiechnąć, ale rękę ma twardą. Wyniki mówią same za siebie. Ma znakomite indywidualności - Ivano Balicia, Mirzę Dżombę, Igora Voriego, Blażenko Lackovicia czy Domagoja Duvnjaka - ale musiał też ich wprowadzić do drużyny i sprawić, by ten team funkcjonował. Niewielki wzrostem, ale niesamowicie charyzmatyczny. Wiele zrobił dla tego kraju - dwa złota olimpijskie to wielka sprawa.

Zobaczyć takie tuzy w akcji to dla polskich kibiców nie lada gratka.

- Oczywiście, nie co dzień mają okazję ich oglądać. Mało tego, Chorwaci w Polsce jeszcze nie grali. Kibic może myśleć, że to tylko sparingi, że to może być bardziej show, gra na luzie. Ale my, trenerzy, oczekujemy od zawodników pełnego zaangażowania. I nie chodzi nawet o zwycięstwo za wszelką cenę. Najważniejsze jest sprawdzenie się w konfrontacji z najsilniejszymi drużynami na świecie - nie tylko na mistrzostwach Europy, świata czy olimpiadzie, ale również w sparingach. Nie ma sensu grać towarzysko ze słabeuszami, bo to niczego nie uczy. Mecze w Kielcach i Warszawie to duży krok w rozwoju reprezentacji Polski, wspólny sukces. Bo doszliśmy do etapu, że takie zespoły jak Chorwacja wiedzą, że warto do nas przyjechać. Mieliśmy oferty od mistrzów świata i Europy, złotych medalistów olimpijskich, Francuzów, mogliśmy do nich jechać. Nadszedł jednak czas, by nasza reprezentacja grała u siebie i to z najsilniejszymi. Musimy pokazywać się własnym kibicom.

Wraca Pan myślami do pamiętnego meczu z Chorwacją w Wiedniu? W styczniu w półfinale mistrzostw Europy przegraliście 21:24, choć szansa na finał była ogromna. Po meczu był Pan wściekły na norweskich sędziów, wydał Pan nawet oświadczenie ostro krytykujące ich pracę.

- Dla mediów to jest coś ciekawego, w kuluarach sporo się o tym mówiło, ale my jesteśmy sportowcami i nie staramy się o tym myśleć. Podkreślam jeszcze raz to, co powiedziałem w Wiedniu na konferencji prasowej: że wydarzenia z tamtego meczu nie mają nic wspólnego z drużyną Chorwacji. Odwracając kota ogonem, gdybyśmy my wygrali w takich okolicznościach nie wiem czy identycznie widziałbym tę sytuację. Można powiedzieć, że ludzie popełniają błędy, ale w takich kluczowych meczach jest to trochę bolesne. Jedna, dwie sytuacje, błędne decyzje, psują całą ciężką pracę w przygotowaniach. Na sparingach możemy się uśmiechnąć, machnąć ręką na zły gwizdek, ale w półfinale mistrzostw świata to bardzo bolesne. Nie mogę mieć pretensji do trenera Lino Eervara czy któregoś z jego zawodników. Za długo w tym wszystkim siedzę, żeby się nakręcać.

Mecze w Kielcach i Warszawie to sparingi, ale ponoć Chorwaci nie potrafią grać towarzysko. W każdym meczu walczą od początku do końca.

- To leży w bałkańskiej naturze, a zwłaszcza chorwackiej. Zaliczani do wąskiej, ścisłej światowej czołówki, więc nie wypada im schodzić poniżej pewnego poziomu. Gdy zaczyna się walka o zwycięstwo, nie odpuszczą. Taki mają charakter. Nawet grając na luzie potrafią pokazać zęby, udowodnić, że zależy im na zwycięstwie. Dlatego także my musimy wyjść i pokazać charakter. Będzie też okazja, by przeciwko takiemu rywalowi sprawdzić kilku debiutantów. Przyznam, że paru chłopaków wpadło nam w oko.

A jednak. Tuż po mistrzostwach Europy w Austrii martwił się Pan o następców Jurasika, Siódmiaka, Lijewskich, Bieleckiego czy Szmala.

- Spokojnie (śmiech). Może niektórych rezerwowych powołaliśmy nieco za wcześnie, ale chcieliśmy ich poznać, zobaczyć jak zachowują się w grupie, co sobą prezentują. Poprzedzające spotkania z Chorwacją mecze z Litwą, może nieco słabszym rywalem, będą dla nich i tak trudną próbą. Nie oszukujmy się, że czas płynie, w tej chwili mamy żelazny skład, wiekowo bardzo doświadczony, ale też trzeba oczekiwać, by na tych rutyniarzy młodsi zaczęli wywierać nacisk. A mecze z Chorwacją będzie powrotem do grupy, która - mam nadzieję - będzie nam przynosić jeszcze wiele radości na wielkich turniejach.

Te pojedynki to świetna okazja do sprawdzenia zmienników czy nawet debiutantów, ale z drugiej strony z tak klasowym rywalem wypadałoby zagrać w miarę w najsilniejszym składzie.

- Nie mamy czasu na wielkie sprawdzanie. Najpierw zobaczymy się na zgrupowaniu w Olsztynie z grupą polską, to będzie dla nich szansa. Pamiętamy jak rok temu w meczu ze Szwecją na dziesięć minut wszedł Tomek Rosiński, a teraz jest ważnym zawodnikiem kadry. Z Chorwacją musimy zagrać w podstawowym składzie, pokazać przeciwnikowi, że darzymy ich dużym szacunkiem. Poza tym już teraz, w czerwcu, musimy zrobić coś w ramach przygotowań do jesieni. Rozpoczynamy wtedy kwalifikacje do mistrzostw Europy 2012. A mecz zawsze jest meczem. To szansa spróbowania się, przekonania czego najlepiej nie robić z rywalami pokroju Chorwacji. Zobaczymy w jakim stanie będą nasi zawodnicy z Bundesligi. Przyjadą pewnie w różnych nastrojach psychicznych, a to się odbija na stan fizyczny.

Srebrny i brązowy medal mistrzostw świata, czwarte miejsce w Europie, piąte na olimpiadzie w Pekinie - to dorobek Pańskiego zespołu z ostatnich trzech lat. Ta drużyna dotrwa do igrzysk w Londynie?

- Nie sięgam tak daleko w przyszłość. Nie jesteśmy lekkoatletyką, szermierką, boksem czy regatami. W niektórych dyscyplinach robi się limit, który gwarantuje udział w igrzyskach olimpijskich. My mamy inny system, o wiele trudniejszy. Musimy zająć medalowe miejsca w mistrzostwach świata czy Europy. Jeśli utrzymają się obecne zasady, to w styczniu w Szwecji musimy być w pierwszej szóstce. Wiadomo, że olimpiada w Londynie siedzi w mojej głowie oraz każdego z chłopaków, bo to przecież jest motywacja do pracy. Trzeba jednak myśleć racjonalnie, bo do połowy 2012 roku rozegramy jeszcze dwa duże turnieje. Najpierw trzeba przejść drogę przez mękę, ale stać nas na Londyn i zdobycie tam medalu.



Bogdan Wenta

Jeden z najlepszych zawodników w historii polskiej piłki ręcznej urodził się 19 listopada 1961 roku w Szpęgawsku (woj. pomorskie). Wychowanek Wybrzeża Gdańsk, z którym pięć razy zdobył mistrzostwo Polski i dwukrotnie występował w finale Pucharu Europy. Grał także w hiszpańskich klubach Bidasoa Irun i Barcelonie oraz niemieckich TuS Nettelstedt i Flensburg Handewitt - w sumie zagrał w siedmiu finałach europejskich pucharów. Karierę trenerską rozpoczął w Niemczech, trenerem reprezentacji Polski został w 2004 roku. W lutym 2007 r. biało-czerwoni zostali wicemistrzami świata, a kilka miesięcy później zdobyli prestiżowy Superpuchar. Na olimpiadzie w Pekinie zajęli piąte miejsce, a w 2009 r. zdobyli drugi medal mistrzostw świata, tym razem brązowy. W 2010 r. na mistrzostwach Europy w Austrii Polacy wywalczyli najlepszy wynik w historii tych rozgrywek - zajęli czwarte miejsce. Od 2008 roku Wenta jest trenerem Vive Targi Kielce. W tym czasie kielecka drużyna dwukrotnie zdobył dublet, czyli mistrzostwo i Puchar Polski (2009 i 2010), udanie wystąpiła też w rozgrywkach Ligi Mistrzów awansując do grona 16 najlepszych drużyn Europy. Bogdan Wenta jest żonaty z Iwoną, mają syna Tomasza.