Stefansson: z Wami trzeba wznieść się na wyżyny

- Mariusz Jurasik jest chyba najgroźniejszym zawodnikiem kieleckiego zespołu. Ale trzeba pamiętać, że jeden gracz nigdy nie decyduje o obliczu całej drużyny. Ambitna ekipa powinna mieć w swoich szeregach przynajmniej trzech zawodników, którzy ciągną wózek. I Vive ich ma - chwali kielczan gwiazda ?Lwów"
Tomasz Puszka: Długo świętował Pan wywalczenie brązowego medalu na mistrzostwach Europy w Austrii?

Olafur Stefansson, prawy rozgrywający Rhein-Neckar Löwen: Nie należę do najbardziej rozrywkowych ludzi. Większość wolnego czasu spędzam w domu i właśnie w gronie rodzinnym dzieliłem się radością po tym sukcesie. Ale fakt, było się z czego cieszyć!

Brąz Islandia zdobyła kosztem Polski. Na ostatnich igrzyskach olimpijskich też z nimi wygraliście. Macie chyba patent na biało-czerwonych?

- Tylko z boku to może tak wyglądać. Bo żeby z Wami wygrać trzeba wznieść się na wyżyny. Kluczem do wspomnianych przez Pana wygranych była przed wszystkim bardzo dobra gra w defensywie. Zagęściliśmy obronę, byliśmy bardzo agresywni. I przede wszystkim udało nam się zatrzymać polskich superstrzelców: Michała Jureckiego, Karola Bieleckiego czy Krzysztofa Lijewskiego.

Dogryzał Pan po powrocie do Mannheim polskim kolegom - Sławomirowi Szmalowi i Karolowi Bieleckiemu?

- Nie, nie chciałem się nad nimi pastwić (śmiech). Zwłaszcza, że Sławek bronił chwilami kapitalnie, to bezdyskusyjnie najlepszy bramkarze tego turnieju w Austrii. Zresztą stawką naszego meczu był brąz mistrzostw Europy, a nie satysfakcja z pokonania klubowych kolegów.

Wróćmy jednak do tego co przed Wami - Ligi Mistrzów. Z jakim nastawieniem zawitacie do Hali Legionów?

- Dla nas mecz w Kielcach to okazja do zrewanżowania się podopiecznym trenera Wenty za wpadkę w pierwszym spotkaniu w Karlsruhe [sensacyjny remis 29:29 - przyp. red.]. Straciliśmy na własnym terenie ważny punkt i teraz musimy zrobić, co w naszej mocy, by go odrobić. Na kolejną stratę nie możemy przecież już sobie pozwolić. Ale zdajemy sobie sprawę, że nie będzie łatwo.

Był Pan już kiedyś w Polsce?

- Jeszcze nie, to moja pierwszy wizyta.

Z czym kojarzy się Panu nasz kraj?

- Nie mam za wielu skojarzeń. Chociaż... jak byłem mały słyszałem o Grzegorzu Lacie. O tak! Znam też innego piłkarza Pavla Nedveda. Ale zaraz... Oj, to przecież chyba Czech (śmiech).

Szczególną uwagę zwrócicie pewnie na Mariusza Jurasika, w końcu przez wiele lat bronił barw "Lwów".

- Zdecydowanie! Mariusz jest chyba najgroźniejszym zawodnikiem kieleckiego zespołu. Poradził sobie na mistrzostwach w Austrii, bardzo dobrze spisywał się w pierwszym, październikowym meczu z nami w Lidze Mistrzów. Ale trzeba pamiętać, że jeden gracz nigdy nie decyduje o obliczu całej drużyny. Ambitna ekipa powinna mieć w swoich szeregach przynajmniej trzech zawodników, którzy ciągną wózek. I Vive ich ma.

Kieleccy kibice potrafią stworzyć fantastyczną atmosferę, stać się ósmym zawodnikiem. Ręka może zadrżeć w tumulcie ponad czterech tysięcy gardeł?

- Na tym poziomie takie czynniki nie mogą wytrącać z równowagi. A jeśli chodzi o liczbę kibiców, to nie robi to na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Na nasze mecze ligowe przychodzi nawet po kilkanaście tysięcy fanów.

Ryk Lwów ostatnio w Bundeslidze jednak wyraźnie zamilkł. Zajmujecie dopiero piąte miejsce w tabeli. Skąd się wziął ten spadek formy na krajowej arenie?

- Biorąc pod uwagę całe rozgrywki, to nie idzie nam wcale tak źle. Choć faktem jest, że ostatnie cztery spotkania (przed środową nie zakończoną happy endem - porażka 22:23 (11:9) - wyrównaną walką w szlagierowym pojedynku z THW Kiel - przyp. red.] nie wyszły nam najlepiej. Przegrywaliśmy często w głupi sposób. Mimo wszystko nie tracimy rezonu. Musimy z optymizmem spoglądać w przyszłość. Choć przed nami sporo pracy, by powrócić na właściwe tory.

Bundesliga to najsilniejsza liga świata. Które rozgrywki traktujecie priorytetowo - rywalizację o prymat w Niemczech czy w Europie?

- Postawiłbym między nimi znak równości. O powodzeniu w Bundeslidze decyduje głównie równa forma. Jeśli chcesz być najlepszą ekipą w Niemczech, to nie możesz być chimeryczny. Z kolei w Lidze Mistrzów słabszy dzień czy zwykły pech może zadecydować w ogóle o twoim być albo nie być. Szczególnie w fazie pucharowej. Nie ma więc mowy o odpuszczaniu jednych rozgrywek na rzecz drugich. Celujemy w oba tytuły.

Brakuje wam Mariusza Jurasika?

- No cóż... Nie mnie to oceniać. I chyba tyle na ten temat.

Czuje Pan respekt przed kielecką ścianą w defensywie? Przebicie się przez nią może być równie trudne co przez obronę reprezentacji Polski?

- Nie wydaje mi się, i to z całym szacunkiem dla Vive Targi, by nasz sobotni rywal prezentował wyższy poziom, niż Wasza drużyna narodowa. Ale pożyjemy, zobaczymy... W każdym razie postawił Pan dość śmiałą tezę (śmiech).

Co Pana zdaniem może osiągnąć kielecki zespół w tym sezonie w Lidze Mistrzów?

- Celem Vive jest teraz zajęcie pierwszego, bądź drugiego miejsca w naszej grupie. I awans. Dzięki temu trafilibyście na łatwiejszego przeciwnika w 1/8 finału. A później przecież wszystko się może zdarzyć.

Pokusi się Pan o wytypowanie wyniku?

- Nie skuszę się (śmiech). Jaki będzie dokładny rezultat nie wiem, ale wiem jedno: dwa punkty na pewno pojadą do Niemiec.

Rozmawiając z przedstawicielem klanu Stefanssonów nie sposób nie wspomnieć też o Pana młodszym bracie.

- Fakt, rodzice mogą być z nas dumni. Jon Arnor jest reprezentantem Islandii w koszykówce. Obecnie występuje w hiszpańskiej Granadzie, a przecież tamtejsza liga jest jedną z najmocniejszych na świecie tuż za amerykańską NBA. Zresztą brat występował już za oceanem w barwach znakomitego Dallas Mavericks. Może kiedyś jeszcze wróci do NBA.

Ikona piłki ręcznej - Olafur Stefannson

Olafur Stefannson to ikona szczypiorniaka, największa gwiazda reprezentacji Islandii. Ma na koncie z reprezentacją Wyspy Gejzerów srebrny medalista Igrzysk Olimpijskich w Pekinie oraz brązowy ostatniego Euro w Austrii. Najlepszy prawy rozgrywający obu imprez. Czterokrotnie wygrywał Ligę Mistrzów - trzy razy (2006, 2008, 2009) z hiszpańskim Ciudad Real, raz (2002) z niemieckim Magdeburgiem. Z tym zespołem wygrywał też Puchar Federacji - 1999 i 2001. Zaczynał w Valurze Reykjavik, od 1996 roku grał już za granicą. Z Valurem świętował trzy razy mistrzostwo kraju, z Magdeburgiem Niemiec, a z Ciudad Real w 2004, 2007 i 2008 na Półwyspie Iberyjskim (i pięć pucharów Hiszpanii).

Nic więc dziwnego, że już prawie 37-letni Stefansson za życia stał się legendą w swoim kraju. W 2008 r. został uhonorowany najwyższym odznaczeniem państwowym - Hin ~slenska fálkaor?a

Lwy w jaskini Vive Targi Kielce ?