Piłka ręczna. Dujszebajew: wakacje? Tydzień, później męczę się bez pracy

35 : 27
Informacje
El. olimpijskie 2016 - Turniej Mężczyzn
Sobota 09.04.2016 godzina 20:30
Wyniki szczegółowe
1 Poł
2 Poł
Wynik
Polska
19
16
35
Chile
13
14
27
- Przed igrzyskami będziemy mieli 55 treningów i 10-11 meczów sparingowych - wylicza Tałant Dujszebajew, który ma już przygotowany plan przygotowań do turnieju olimpijskiego. - Po tym czasie jeszcze nie będziemy grali wszystkiego tak, jak chcę, ale na pewno zrobimy widoczny postęp - zapewnia trener reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych, która pokonując w sobotę Chile 35:27 wywalczyła awans do igrzysk w Rio. W niedzielę o godz. 20.30 mecz z Tunezją. Relacja na żywo w Sport.pl
Łukasz Jachimiak: Gratuluję pierwszych zwycięstw w roli trenera reprezentacji Polski i awansu do turnieju olimpijskiego w Rio. Co było kluczem do sukcesu?

Tałant Dujszebajew: Bardzo ważne jest to, ze gramy w domu. Taka publiczność, taki doping - to zawsze zwiększa twoje szanse. Poza tym dobrze się nastawiliśmy. Z Macedonią Polska miała wcześniej bilans 1:3, no to powiedzieliśmy sobie, że będziemy robić nową historię. Zawodnicy uwierzyli, że po ostatnim zwycięstwie, w styczniu w Krakowie, na mistrzostwach Europy, są od Macedończyków mocniejsi mentalnie.

Z Macedonią wygraliście pewnie, 25:20, ale po meczu i tak pan narzekał. Głównie na atak, twierdząc, że grał na 45-50 proc. Możliwości. Jak wielu zagrywek chce pan nauczyć zespół i ile schematów już zaczęliście wprowadzać?

- Krok po kroku razem będziemy atak poprawiać. Ale potrzebujemy bardzo wielu treningów. Żebyśmy grali tak, jak chcę, potrzebujemy pięciu-sześciu miesięcy wspólnej pracy. Przed turniejem w Gdańsku musieliśmy zrobić jak najszybciej cokolwiek, dlatego wzięliśmy się za pięć rozwiązań, ale tak naprawdę bazujemy na trzech. I jeszcze nie robimy ich dobrze. Na razie, w tydzień zgrupowania, na tylko dziewięciu treningach, nie mogliśmy zdziałać więcej. Wiedzieliśmy jedynie, że nie ma sensu od razu brać się za 10 różnych opcji rozgrywania ataku. Ale widzę, że mamy do tego potencjał. On na pewno jest tak duży, by w każdym meczu walczyć z najlepszymi zespołami na świecie. Nie mówię o złotych medalach, ale walkę na pewno mogę zapowiadać.

Marzy się panu medal igrzysk olimpijskich w Rio?

- Naprawdę jeszcze o tym nie myślę. Skupiam się tylko na pracy, której przed igrzyskami będzie bardzo dużo.



Pięciu-sześciu miesięcy do Rio nie będzie pan miał. Maksymalnie będziecie pewnie mogli przygotowywać się do igrzysk przez dwa miesiące. Jak rozplanuje pan ten czas?

- Najlepiej na pewno możemy trafić do każdego zawodnika, żeby wykorzystać jego indywidualne możliwości. A jako zespół liczę, że będziemy mieli 55 treningów i 10-11 meczów sparingowych. To daje nam trochę pewności, że zagramy już na dobrym poziomie. Po tym czasie jeszcze nie będziemy grali wszystkiego tak, jak chcę, ale na pewno zrobimy widoczny postęp.

Umówiliście już wstępnie jakieś sparingi przedolimpijskie?

- Nie, przed kwalifikacjami jeszcze nikt o tym nie rozmawiał. Ale w głowie wszystko mamy, od poniedziałku zaczniemy realizować pomysły.

Zabierze pan kadrę na jakieś długie, zagraniczne zgrupowanie czy bazę będziecie mieli w Polsce?

- Pojedziemy do Arłamowa, wiem że tam będziemy mieli wszystko, żeby spokojnie pracować. Później oczywiście wyjedziemy na jakiś zagraniczny turniej, a przed wylotem do Rio chcę, żebyśmy zagrali dwa mecze towarzyskie w Polsce, najlepiej w pobliżu Warszawy, żeby już nigdzie daleko nie jeździć. Szczegóły będą ustalał z dyrektorem sportowym Związku Piłki Ręcznej w Polsce, federacja na pewno poukłada nam wszystko jak najlepiej.

Wróćmy do ataku. Przez kilka ostatnich lat na każde pytanie o atak od pańskiego poprzednika, Michaela Bieglera, słyszeliśmy, że najważniejsza jest obrona. Pan pewnie się z tym zgadza, ale wy chyba na treningach poświęcacie równie dużo czasu i ofensywie, i defensywie?

- Oczywiście, że się zgadzam z tym, że obrona jest w piłce ręcznej najważniejsza. Tak zawsze było, jest i będzie. Ale jeżeli my chcemy grać na najwyższym poziomie, to z dobrej obrony musimy mieć dobrą kontrę. Z Macedonią nie wyprowadziliśmy żadnej normalnej kontry, co nie powinno się zdarzyć. Zdarzyło się dlatego, że nie zdążyliśmy nad tym elementem popracować. Na pewno przyjdzie na to czas. Podobnie jak na pracę nad wyeliminowaniem bardzo prostych błędów, przez które kontry przeprowadza rywal. Macedończycy ze swoich 20 bramek pięć, a może nawet sześć zdobyli z kontrataków. To bardzo dużo, a bramki tracone z kontr to przecież błędy ataku, a nie obrony.

Ma pan pomysł na rozwinięcie polskich skrzydeł? Znów na przykładzie spotkania z Macedonią najlepiej mówić o tym, jak bardzo nam ich brakuje.

- To prawda, graliśmy przeciw macedońskiej obronie 3-2-1, czyli wysokiej i po prostu nie zagraliśmy tak, jak powinniśmy. Pokonaliśmy mocnego, doświadczonego rywala i to cieszy. Ale muszę pilnować, żebyśmy cały czas widzieli, że mamy potencjał na dużo lepsze granie. Zawodnicy muszą być przekonani, że jest mnóstwo rzeczy, nad którymi warto ciężko popracować. Aktywność skrzydeł, współpraca rozgrywających ze skrzydłowymi - na pewno będziemy to sobie ustawiać.

Dużo pracy nad ofensywą czy przestawianie zawodników na inne pozycje to nowości w naszej kadrze, ale chyba nie tak widowiskowe jak wycofywanie bramkarza i wprowadzanie za niego dodatkowego zawodnika do ataku. Dlaczego jest pan zwolennikiem tego rozwiązania?

- Powiem szczerze, gdybym mógł, to wprowadziłbym przepis mówiący, że bramkarz musi przez cały czas być na boisku. Ale skoro tego przepisu nie ma, to korzystajmy, jak inni. Dodatkowy człowiek do ataku zawsze wymusza inne od wyuczonego zachowanie obrony, z takim graczem, nawet jeśli nie dotknie piłki, łatwiej spowodować, że gdzieś zrobi się wolne miejsce i to wykorzystać. Na pewno warto nad tym wariantem pracować. Przepisy dla korzystających z niego staną się jeszcze lepsze, bo już za rok wchodzący za bramkarza nie będzie nawet musiał zakładać specjalnej koszulki.

Jak dużą uwagę w swoich drużynach przykłada pan do ćwiczenia gry w przewadze? Pytam, bo jak na pewno pan wie, ich wykorzystywanie od lat jest bolączką naszej reprezentacji, a polscy trenerzy często uważają, że na treningach ważniejsze są inne sprawy.

- Tak to jest, że czasu bywa za mało. Wiem, jak było u nas przed kwalifikacjami. Podczas dziewięciu treningów nie było szans, żeby i zbudować zespół, i przećwiczyć grę w ataku, i obronie, i kontrę, i powrót, i przewagi. Na razie staraliśmy się być po prostu skuteczni. Ale z czasem na pewno coraz więcej będziemy pracować i nad przewagami, i nad akcjami jeden na jeden. Tylko pamiętajmy też, że gwarancji sukcesu nie dostanie się nigdy. Kiedy my graliśmy z Macedonią, Hiszpanie rozgrywali świetny mecz ze Słowenią w kwalifikacjach olimpijskich w Malmoe. Przegrali 21:24, bo Gorazd Skof w ostatnich 20 minutach bronił z 80-procentową skutecznością. Hiszpanie zdobyli w tym czasie dwie bramki, a mieli aż 10 rzutów sam na sam. I co możesz zrobić, kiedy jesteś trenerem Hiszpanii? Jak miałeś przewidzieć coś takiego? Przecież nie sposób ćwiczyć przed meczem tylko rzutów sam na sam. Po meczu wszyscy wiemy, o co chodzi, ale przed meczem nie ma trenera, który wszystko potrafiłby przygotować na 100 proc.

O panu mówią, że mimo to zawsze stara się pan mieć kilka rozwiązań na każdą okoliczność, że bardzo dużo pan pracuje - 24 godziny na dobę?

- Aż 24 to nie, spać też powinienem. Ale ludzie często mnie pytają, dlaczego pracując już bardzo dużo z Vive dołożyłem sobie jeszcze dużo nowych obowiązków. Odpowiadam, że miałem za dużo wolnego czasu. Na wakacje lubię pojechać, ale na tydzień. Później chcę wracać i działać. Bez tego się męczę. W klubie mam pracę codziennie, a w reprezentacji są krótkie, bardzo energiczne okresy. Jedno z drugim dobrze się uzupełnia. Bardzo lubię ten sport, bardzo dużo o nim myślę. Sukces przychodzi tylko po bardzo ciężkiej pracy. Bez ciągłego myślenia o piłce ręcznej wiele się w niej nie osiągnie. Rzeczywiście muszę mieć gotowe scenariusze na różny rozwój wypadków, wiem też, że poza scenariuszami muszę mieć spokój w głowie, żeby dać zawodnikom nie tylko przygotowanie fizyczne, techniczne i taktyczne, ale też psychologiczne. Mam to szczęście, że jako zawodnik spotykałem bardzo dobrych trenerów, którzy pokazali mi, jak trzeba pracować. I w sumie chyba znam trenerów, którzy myślą o sporcie jeszcze więcej niż ja. Bo ja mam to szczęście, że z połową kadry pracuję już od 27 miesięcy w Vive Kielce, więc część zawodników zna moją filozofię. Dlatego z Polską jest mi łatwiej pracować niż to było na Węgrzech.

Z Węgrami sukcesów pan nie odniósł, rozstaliście się po 12. miejscu mistrzostw Europy. Wiem, że miał pan problem ze zmieniającymi się władzami tamtejszej federacji, ale też potrafi pan przyznać, że niektóre rzeczy się panu nie udały?

Czuję, że na Węgrzech zrobiłem jako trener dużo błędów. I to jest ważne doświadczenie. Już po pierwszych treningach z Polską wiem, że z niego skorzystam.

Największym błędem było zbyt szybkie odmłodzenie zespołu?

- Nie, to było życie. Z całym szacunkiem dla Mielca czy Wrocławia, nawet gdyby zatrudniono tam Alfreda Gislasona czy Juana Carlosa Pastora, to i tak cudów nie będzie. Kluby mają, co mają, reprezentacje też. Węgrzy nie mieli potencjału na walkę o medale, tak jak nie mają go Mielec czy Wrocław. Na Węgrzech miałem zawodników doświadczonych, ale z dużymi kłopotami zdrowotnymi, więc musiałem wziąć młodych. To normalna zmiana generacji. W Polsce też przyjdzie. Ale jeżeli ja będę pracował dalej, to będę chciał tę zmianę robić spokojnie, odmładzać zespół krok po kroku. Na pewno jesteśmy w lepszej sytuacji, bo w Polsce jest więcej zdolnych młodszych graczy niż na Węgrzech.

Starsi zawodnicy sygnalizowali już panu, że po igrzyskach będą odchodzić z reprezentacji?

- Jeżeli jesienią okaże się, że mój kontrakt zostanie przedłużony, to będę chciał porozmawiać ze związkiem, żeby wspólnie ustalić priorytety. Wtedy będzie trzeba sobie powiedzieć, jak widzimy następne cztery lata, a może nawet osiem lat. Jeżeli uznamy, że najważniejsze są igrzyska, to będziemy działać z myślą o 2020 roku. Będąc sportowcem zawsze żyłem cyklami czteroletnimi. Karierę skończyłem w roku 2004, mogłem grać jeszcze w 2005, ale nie chciałem już uczestniczyć w mistrzostwach świata, bo wiedziałem, że nie wytrwam do 2008 roku, czyli do następnych igrzysk. Jeśli my po Rio uznamy, że już planujemy Tokio 2020, to Bartek Jurecki na pewno nie wytrzyma i odejdzie. Wtedy będziemy bazować głównie na młodym, ale już doświadczonym Kamilu Syprzaku. To samo np. z Adamem Wiśniewskim czy Sławkiem Szmalem. Ale jeśli uznamy, że bardzo zależy nam na MŚ 2017, to cała trójka może jeszcze zostać. Na razie liczy się Rio, zmianą generacji zajmiemy się później.

Wygrywał pan już Ligę Mistrzów i krajowe rozgrywki w Hiszpanii oraz Polsce, teraz to medal olimpijski jest pana największym marzeniem?

- Marzy mi się wszystko. Naprawdę, ciągle mi mało. Chcę i znów wygrać Ligę Mistrzów, i mistrzostwo Polski, i krajowy puchar, i oczywiście powalczyć w Rio o ten najwyższy cel.





Ludzie sportu dawno temu. Jak oni wyglądali? [ZDJĘCIA]


Anthony Joshua mistrzem świata federacji IBF w wadze ciężkiej. Cóż to był za wieczór! [ZDJĘCIA]