Piłka ręczna. Szmal: To święta, a nie wojna

- Nasze zadanie jest jasne, ale podchodzę do niego ostrożnie, bo wiem, że to jest sport i wszystko może się wydarzyć - mówi Sławomir Szmal. W sobotę w Kielcach Vive podejmie Wisłę Płock w pierwszym meczu finału fazy play-off ekstraklasy piłkarzy ręcznych. Bramkarz Vive koncentruje się i na walce z mistrzem Polski, i na kibicach. Szmal ma nadzieję, że ci nie zepsują świętych wojen. - Nie możemy w halach tolerować tego, co dzieje się na piłkarskich stadionach. To nie ta dyscyplina sportu - przekonuje.
Łukasz Jachimiak: 12, 13, 19 maja i koniec po trzech meczach - tak wyobrażacie sobie finałową rywalizacje z Wisłą?

Sławomir Szmal: Każda drużyna by sobie czegoś takiego życzyła. Na pewno fajnie by było zakończyć walkę o złoto w takim stylu. Ale ja nie chcę wróżyć, bo przed nami naprawdę trudne zadanie i trzeba się skupić na każdy mecz z osobna, a nie od razu na całą serię. Każde spotkanie ma swoją własną historię, jak podejdziemy do tego inaczej, to może być źle.

Trudne zadanie? Wystarczy spojrzeć na kadry Vive i Wisły oraz na wyniki waszych starć z tego sezonu, by stwierdzić, że jesteście zdecydowanym faworytem. Wisła to dobra drużyna, to mistrz Polski, ale od was odstaje.

- Zgodzę się, że to my jesteśmy faworytem. Podczas sezonu zasadniczego pewnie zajęliśmy pierwsze miejsce, ale w walce o medale zdarzają się wpadki. My będziemy się starali wygrać każdy mecz, najlepiej byłoby zakończyć wszystko po trzech. Ale jestem realistą i myślę, że coś może się wydarzyć.

Pewne jest jedno - wasza porażka w tej rywalizacji finałowej wydarzyć się nie może, bo prezes Bertus Servaas drugiej z rzędu, sensacyjnej klęski chyba by nie przeżył.

- Zgadzam się z tobą. Kielce inwestują w zespół spore pieniądze, szczególnie prezes Servaas, który jest bardzo emocjonalny i sercem jest zawsze z drużyną. Nasze zadanie jest jasne, ale podchodzę do niego ostrożnie, bo wiem, że to jest sport i wszystko może się wydarzyć. Zresztą, poprzedni rok to pokazał.

Pomówmy o następnym roku. Vive ciągle się dozbraja, Wisła też kupuje coraz lepszych graczy, m.in. skrzydłowego reprezentacji Serbii Ivana Nikcevicia, który pozbawił was awansu na igrzyska. Wszystko wciąż idzie w kierunku modelu ligi, w której dwa zespoły walczą o złoto, a cała reszta tylko o brąz.

- Są plusy i minusy takiej sytuacji. Pamiętajmy, że w obu naszych zespołach grają naprawdę bardzo mocni polscy zawodnicy, którzy w momencie przyjścia zagranicznych gwiazd tracą swoje pozycje. Wtedy albo muszą siedzieć na ławce, albo decydują się odejść do innych klubów. A jeśli odchodzą, automatycznie wzmacniają te pozostałe polskie kluby. Masz przykład beniaminka ze Szczecina, który wzmacnia się znanymi graczami.

Masz na myśli Mateusza Zarembę, który do Pogoni przeniósł się z Kielc?

- Dokładnie. Ale nie tylko jego. Tam będą zawodnicy, których nazwiska w naszej lidze już słyszeliśmy. Gorzej tylko, że tacy starsi gracze, którzy nie zmieszą się u nas i w Płocku znajdą sobie kluby, bo na rynku brakuje naprawdę zdolnej, mocnej młodzieży. To jest bolączka naszej dyscypliny.

Bolączką nazywanym świętymi wojnami spotkań Vive z Wisłą jest chamstwo na trybunach. Po jednym z ostatnich meczów ostro zwróciłeś się do ludzi, którzy wykrzykują wulgaryzmy, by tego nie robili. Jesteś gotowy na kolejne apele?

- Nie wiem, do ilu osób trafię, ale na pewno w dalszym ciągu będę apelował o sportowy doping. Mamy zresztą dobry przykład z Pucharu Polski. Wtedy nie było żadnych przekleństw, atmosfera była znakomita i chyba żadna krzywda się kibicom obu drużyn nie stała. Dopingowali jak trzeba, kulturalnie, a adrenaliny i emocji nikomu nie zabrakło. Tak powinna wyglądać reklama piłki ręcznej. Mecze na szczycie to święta, a nie wojny. Nie możemy w halach tolerować tego, co czasami dzieje się na stadionach piłkarskich. To nie ta dyscyplina sportu.