Prezent na 60. urodziny? Maraton!

Nazywam się Marek Kurzawa, jestem mężem, ojcem i dziadkiem. Jestem też udziałowcem i członkiem rady nadzorczej firmy tworzącej oprogramowania dla dużych przedsiębiorstw. Mam do opowiedzenia historię sześćdziesięciolatka, który postanowił przebiec maraton. Nie wiem czy jest to historia ciekawa, ale jest prawdziwa.

Nie urodziłem się sportowcem. Nie sięgnąłem po adidasy, kiedy na roczek rodzice rozłożyli przede mną przedmioty symbolizujące wybór ścieżki życiowej. Moja przygoda z bieganiem miała dość leniwe początki. Brak w nich regularności i pasji. A zaczęło się od namowy kolegi - Andrzeja, który zabierał mnie na wspólne przebieżki. Biegaliśmy rzadko, nigdy zimą, i zazwyczaj nie dłużej niż przez godzinę. Zupełnie beznamiętnie rozpoczął się ten romans.

Pierwsze kroki

To było już trzy lata temu. Przeglądałem "Gazetę" i rzuciła mi się w oczy reklama maratonu w Poznaniu. Uwagę przykuła data: 10.10.2009 - dzień moich 60. urodzin! Trochę biegam, więc czemu nie spróbować? Przecież fajnie będzie zrobić sobie taki prezent i udowodnić sobie samemu, że po 60. nie wszystko jest stracone i za mną - pomyślałem. W głowie miałem historię pewnego kominiarza, który całe życie ciężko pracował. Nie opuścił w pracy ani jednego dnia, nigdy nie chorował. Marzył o tym, że jak przejdzie na emeryturę, to będzie miał czas na cokolwiek innego niż praca. Ale stało się inaczej. Po pół roku emerytura go zabiła. Pracy poświęcał tyle czasu, że brakowało go na pasję. Gdy praca się skończyła, on nie wiedział, po co ma wstawać z łóżka. Na starość nie zachował dla siebie nic. W szpitalnym korytarzu opowiedziała mi o tym żona tego kominiarza - szczupła, wysuszona kobieta. Stała oświetlona styczniowym słońcem, a ja wyszedłem z sali, bo nie mogłem znieść przebywania w jednym pomieszczeniu z nieboszczykiem. Kiedyś był taki zwyczaj, że jak pacjent zmarł na wspólnej sali, to jeszcze przez parę godzin tam pozostawał.

Miałem wtedy 26 lat. Ale opowieść wracała do mnie, zwłaszcza wtedy, gdy nie musiałem już żyć w według rytmu codziennej, zawodowej pracy. Może chciałem znaleźć w bieganiu powód do wstawania z łóżka? W ogóle wtedy nie wiedziałem, co znaczy przebiec maraton. Ale miałem przekonać już za kilka miesięcy. Wyciąłem fragment z "Gazety" i powiesiłem sobie na ścianie. Tak to się zaczęło.

Do biegu...

Przygotowania do maratonu ruszyły pełną parą. Zaopatrzyłem się w instrukcje z Internetu i zacząłem biegać regularnie. Kupiłem buty i strój. Potem chciałem wiedzieć, jak szybko biegam i ile biegam. Kupiłem zegarek z GPS-em. Zacząłem gromadzić i czytać specjalistyczne czasopisma dla biegaczy.

...gotowi...

W najbardziej intensywnym momencie moich przygotowań robiłem do 60 kilometrów w tygodniu. Mój organizm przyzwyczaił się do permanentnego wysiłku i po godzinie biegania miałem wrażenie, że mógłbym tak biec do końca świata. Jest to rodzaj nirwany, którą się osiąga - umysł jest jakby zupełnie swobodny, w ogóle nie zajmuje się nogami, one sobie same biegną, nie myśli się nawet o niczym konkretnym.

...stop?

Zawsze jest tysiąc powodów, żeby zrezygnować z treningu. I tylko jeden, żeby nie odpuszczać: bo sobie postanowiłeś. I wiesz, że w głębi siebie nie oszukasz. Nawet wtedy, gdy nogi pobolewają, sam przed sobą nie uczynisz z byle pretekstu prawdziwego powodu. A poza tym bieganie, jak każdy sport, uczy osiągania celów, wytrwałości i samodyscypliny. Dla mnie dodatkową motywacją było to, że wszystkim opowiedziałem o moim biegu. Zaprosiłem znajomych na maraton i już w zasadzie nie miałem wyjścia, musiałem przebiec. Cały czas na ścianie w gabinecie wisiał wydarty z "Gazety" fragment o maratonie, a jak coś jest napisane, to ma inną moc.

START!

W trakcie przygotowania do maratonu nie biegnie się całej jego długości. To po prostu zbyt duże obciążenie dla organizmu amatora. (Gdy przychodzi dzień debiutu na królewskim dystansie, nie możesz wiedzieć, jak zniesiesz 42 km i 195 m.) Często ludzie mówią, że gdyby wiedzieli jakie to ciężkie, to pewnie nigdy by nie zaczęli, a ponieważ nie wiesz jak to jest, myślisz, że jakoś to będzie. Skoro inni dobiegają, to ty też dasz radę. Czy dałem radę? Nadszedł 10.10.2009. Mam strój, buty, wiem, jak masz biec. Adrenalina aż kipi, fałszywie podpowiada, że mogę popędzić od razu na metę. Wiem jednak, że nie mogę. Bo jak wyrwę do przodu, to po pięciu kilometrach opadnę z sił. Przez parę kilometrów biegnę jak niesiony na skrzydłach, jest zapał. Po pół godziny - zaczynam czuć lekkie zmęczenie, ale mięśnie już rozgrzane, wytwarzają się endorfiny i biegnę dosłownie w euforii. Ok. 10. kilometra wpadam w rytm. Stała prędkość, ludzie dopingują, leci muzyka - czuję, że jest fajnie, bezproblemowo. Do czasu. Na 30. kilometrze powoli słabnę i nagle pojawiła się...

Ściana

Fizjologia tego jest znana - brakuje w organizmie wody, substancje odżywcze szybko dostępne zostały już spalone przez mięśnie. Ciało ratuje się spalaniem tłuszczu, ale to wymaga czasu. Człowiek traci moc. Czuję, że muszę się załatwić. Jak to możliwe skoro wypacałem tyle wody? Wracam do biegu, ale grupa, w której biegłem, jest już daleko z przodu, totalnie wypadłem z rytmu. Chcę dobiec do mojej grupy, ale nie mogę. Zaczynam iść, trochę podbiegam i nagle łapie mnie skurcz. Akurat nie ma w pobliżu żadnego punktu medycznego, nie ma nikogo. Zaczynam kuśtykać. Nie było już mowy o bieganiu. Wiedziałem, że zostało mi osiem kilometrów do końca maratonu. Byleby dojść, myślę sobie, ale już nie mam siły, już nie chcę. Wiem, że jest już bliżej niż dalej, mniej niż godzina, muszę dać radę. Zacząłem mimo wszystko biec, zmuszać się i w końcu przezwyciężyłem ten stan. Takich jak ja było wielu, wszyscy biegliśmy już ponad 4 godziny. Przeczytałem później, że właśnie w tym momencie człowiek z biegacza robi się maratończykiem, kiedy przezwycięży tę niemoc i biegnie dalej. Przecież nie musi, robi to tylko i wyłącznie dla siebie. Biegnący w maratonie człowiek nie ściga się z nikim, tylko z samym sobą - z brakiem energii, ze zniechęceniem, z myślami, że po co mi to, przecież nic od tego nie zależy. Nic mi to nie da z wyjątkiem własnej satysfakcji i spełnienia. Jest ciężko, ale biegnę dalej, chcę, żeby to się wreszcie skończyło. I nagle...

Meta

Euforia, że się udało. Dobiegłem - hura! Niemożliwe!? Jak to się stało, przecież już myślałem, że nie dam rady, przecież chciałem się poddać. Od startu minęło nieco ponad 4 i pół godziny, gdy minąłem metę. Liczyłem się z tym, że potrwa to nawet dłużej. Rodzina i znajomi chyba także, bo nikogo spośród nich nie ma na mecie. Jestem ja i największe zwycięstwo mojego życia - zwycięstwo nad samym sobą i nad własnymi słabościami. Przebiegłem maraton. Tak, jestem maratończykiem! Tylko, co dalej?

Znów biegnę

Już wiedziałem, jak to jest przebiec maraton. Wiedziałem, że jest cholernie ciężko, ale zdecydowałem się na kolejny w 2010 i kolejny w 2011 r. w Poznaniu. Bieganie uzależnia. Jeśli w tygodniu kilka razy nie pobiegnę, to czuję się ciężko, źle. Maraton wyznacza tak jakby rytm przygotowań. Nie jest tak, że biegniesz dla samego biegania, ale jest w tym jakiś głębszy sens, cel. Trzeba ćwiczyć różne rzeczy, np. podbiegając pod górki ćwiczysz moc, biegnąc najszybciej jak możesz przez minutę ćwiczysz prędkość, biegnąc 32 km ćwiczysz wytrzymałość i to zamyka pewien cykl, w którym na końcu chodzi o to, żeby przygotować się do maratonu. A potem to się chce pobiec szybciej, poprawić czas, może ustanowić nowy, własny rekord? Właśnie taki mam plan na następne maratony.

Spisała: Magdalena Kurzaw