Ucieka biegiem przed alkoholem, zawsze już będzie uciekał

- W maju usunięto mi nerkę. We wrześniu mam maraton - powiedział lekarzom. Pokręcili głowami, jakby zobaczyli samobójcę

W życiu Jerzego Stawskiego - rocznik 1949, energia trzydziestolatka - jest wszystko, co niezbędne do scenariusza filmowego: upadek na (alkoholowe) dno, odrodzenie, gigantyczna radość, groźna choroba. Triumf nad uzależnieniem człowieka niemal już pokonanego. Wygrał, bo zaczął biegać. Już w szkole średniej zauważył, że przy kieliszku nie potrafił się kontrolować. Zaczął pracę, ożenił się. I pił coraz więcej. Kiedy miał dwadzieścia lat, dzień bez wódki lub wina był stracony. - Przed trzydziestką byłem już w pełni uzależniony. A później? Później to pogłębiałem. O swoim alkoholizmie mówi bez wstydu. Nie ścisza głosu. Słychać w nim wręcz dumę, jakby chciał wyznać wszystkim dookoła: - Piłem, ale skończyłem. A pił nawet, kiedy dowiedział się, że ma marskość wątroby. - Myślałem, że zaraz umrę, i ze strachu piłem jeszcze więcej. Nie zdawałem sobie sprawy, że moją prawdziwą chorobą jest alkoholizm. Wódka zniszczyła mi życie, wprowadziła tyle zagrożenia, tyle złego. W 1990 r. rodzina zmusiła go do pójścia na oddział odwykowy. Próbował walczyć, ale czuł, że uzależnienia nie da się pokonać. Za bardzo go wódka kusiła. Obżerał się. Brzuch rósł, przy 174 cm wzrostu waga wskazywała 100 kg. Nie mógł na siebie patrzeć: - Na zdjęciach sprzed lat jestem gruby, opasły, czerwony i wiecznie podchmielony. Szukał ratunku. Alkoholicy znajdują go zwykle w klubie Anonimowych Alkoholików, on spróbował biegania.

To był ciepły październik 1993 roku Trasa w toruńskim lasku z podbiegiem przy torze saneczkowym dała mu w kość. - Byłem "w ogonach", ale liczyło się coś innego: pokonałem 10 km. Strasznie mnie ucieszyło, że już nie piję i potrafię przebiec taaaaki dystans. Teraz 10 km to rozgrzewka. Pierwszy sukces: miejsce na podium w wyścigu trzeźwości w Kole. - Zaczynałem marzyć o półmaratonie. O klasycznym maratonie nawet nie myślałem. 42 km? Kosmos, poza zasięgiem. Wystartował w półmaratonie w Golubiu-Dobrzyniu, ale okazało się, że trasa została źle wymierzona. Regulaminową "połówkę" przebiegł w 1994 r. w Mogilnie. - Udało się, choć na lekkich bólach. Koledzy w tym samym roku namawiali go na Maraton Warszawski. Wahał się. Na treningach dochodził do 30 km, ale wracał zupełnie wyczerpany. - Bałem się, że czekają mnie męki. Było lepiej, dobiegł na metę po mniej niż czterech godzinach, tyle że krótki odcinek szedł.

130 maratonów Odkąd zaczął biegać, pokonał ponad 50 tys. kilometrów, zaliczył 130 maratonów. Tylko dwa razy ratował się marszem. Nigdy nie opuścił trasy. Wszystko skrzętnie notuje. Wielkie maratony w Europie posypały się jeden po drugim: Holandia, Berlin, Londyn, gdzie biega ponad 30 tys. ludzi. I jeszcze bieg po olimpijskim stadionie w Sztokholmie - tym zbudowanym w 1912 r. We Włoszech pokonał upał, za kołem polarnym w Norwegii wpadł na metę przed północą, ale świeciło słońce bo był czerwiec. W Monako biegł zapatrzony w "panoramiczne widoki". Moskwa okazał się droższa niż Zachód. Skromny, nierzucający się w oczy specjalista ds. zaopatrzenia w dużym toruńskim przedsiębiorstwie oszczędza miesiącami, by wyjechać tam, gdzie jeszcze nie biegł. Jeśli wyprawa jest droga - szuka sponsorów. Rodzina go wspiera. Żona i córka wiedzą, jak wiele dobrego Stawskiemu dało bieganie. Teraz ma jeszcze jedną pasję: taniec towarzyski. - Widzę, że po prostu jest dużo ciekawszych zajęć w życiu niż zalewanie się w trupa. Przez cale lata wydeptywał toruńskie chodniki i ludzie przyzwyczaili się do widoku niewysokiego mężczyzny z charakterystyczną kitką ciemnych włosów podskakujących z każdym krokiem. Teraz przeprowadził się za miasto. Beton zamienił na leśną ściółkę. Wciąż sprawdza swą abstynencję. Zanim po maratonie biegacze rozjadą się do domów, lubią przy piwie opowiedzieć o cierpieniach na trasie i o tym, jak je pokonali. Stawski odmawia nawet łyka. - Bieganie jest moją formą oczyszczenia. Zero alkoholu. Nigdy ani kropli, pod żadną postacią. Żadnej symbolicznej lampki szampana. Jeden kieliszek czy kufel obaliłby wszystko. Alkoholizm to nieodwracalna utrata kontroli nad sobą.

Bez nerki też można Na marskość wątroby zapracował piciem. Nerkę stracił bez własnej winy. W 1995 r., gdy przygotowywał się do Maratonu Toruńskiego, podczas rutynowego badania wykryto u niego guza nerki. Usłyszał, że nerkę trzeba usunąć. Po zabiegu odetchnął - nowotwór nie był złośliwy. Ale czy bez nerki można biegać - i to dziesiątki kilometrów? Zaliczać kilkanaście maratonów rocznie? A jeśli nie, to jak inaczej można by uciec przed alkoholem? Miesiąc po operacji, bez konsultacji z lekarzami, spróbował. Przebiegł kilkanaście kilometrów wolnym tempem. Cały czas obserwował, jak zareaguje organizm. Nic się nie stało, więc wystartował w małych zawodach, dopadł mety z potem na czole i ulgą w sercu. Lekarzom powiedział po prostu: - W maju usunięto mi nerkę. We wrześniu mam maraton. Pokręcili głowami, jakby zobaczyli samobójcę. Chwilę poszeptali, zbadali rytm serca. Układ krążenia w porządku, to właściwie - dlaczego nie? Do dziś nie wie, czy uznali, że i tak zrobi to, co chce, czy po prostu zlekceważyli jego przypadek. - Jeden doktór dodał tylko, że gdyby coś się zaczęło dziać, to lepiej żebym zszedł z trasy. Pierwszy maraton po operacji skończył z lepszym czasem niż w debiucie. Okazało się, że alkoholik bez nerki i z niewydolnością wątroby może biegać na maksa. - Czasami przemknie mi przez głowę myśl, żeby się tak nie męczyć, nie ryzykować. Co za różnica, czy dobiegnę na 92. czy na 95. miejscu? Ale adrenalinka mi skacze...